logo
logo

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Musimy zadbać o prawdę historyczną

Poniedziałek, 29 stycznia 2018 (21:11)

Z dr. hab. Norbertem Maliszewskim, profesorem Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, specjalistą ds. marketingu politycznego, rozmawia Mariusz Kamieniecki.

Panie Profesorze, o co tak naprawdę toczy się spór wokół nowelizacji ustawy o IPN? Czy jest to tylko kwestia braku zrozumienia przez Izrael istoty ustawy, a więc złej interpretacji zawartych tam przepisów?

– Ze strony izraelskiej jest to w dużej mierze przejaw niezrozumienia, antypolskich uprzedzeń i wewnętrznej gry politycznej w państwie Izrael. Źródłem całego kryzysu jest reakcja Yaira Lapida, członka izraelskiego parlamentu i lidera ugrupowania politycznego „Jest Przyszłość”, polityka znanego z kontrowersyjnych wypowiedzi, aspirującego do funkcji premiera Izraela, który rozpoczął w tym kraju dyskusję nad nowelizacją ustawy o IPN. Jest to efekt artykułu w izraelskim dzienniku o charakterze lewicowym, który ustawę o IPN zinterpretował w sposób fałszywy, sugerując, że służy ona nakładaniu kar za stwierdzenia świadczące o współdziałaniu Polaków w holokauście. Oczywiście nie jest to prawda, bo w ustawie o IPN są bezpieczniki. To znaczy, że kary mają być za fałszowanie historycznych faktów i prawdy. Natomiast nie ma mowy o odpowiedzialności karnej w przypadku prowadzenia rzetelnych badań naukowych. Oznacza to ni mniej, ni więcej, że IPN nie zamierza nikogo karać za prowadzenie rzetelnej pracy naukowej ani za mówienie prawdy. Penalizacja ma dotyczyć wysuwania tez o charakterze nie naukowym, ale służącym szerzeniu stereotypów oskarżających Naród czy państwo polskie o współudział w holokauście. Nie można bowiem pozwolić na formułowanie tez o winie całego Narodu. Natomiast ta cała gra służyła Yairowi Lapidowi oraz dziennikowi, który zamieścił fałszywe tezy wobec Polski, żeby rozbudzić emocje przed kampanią poprzedzającą wybory w Izraelu.

Wygląda na to, że jest to spór wewnętrzny w Izraelu…

– Tym bardziej dziwi fakt, że premier Beniamin Netanjahu zamiast wejść w spór z Yairem Lapidem i dowieść, że formułowane przez niego stwierdzenia są nieprawdziwe, wolał uniknąć tego starcia, a zdanie krytyki skierował w stosunku do polskiego rządu. W związku z tym pojawił się kryzys o charakterze dyplomatycznym, a jednocześnie problem wizerunkowy dla Polski. Wynika to z tego, że kiedy mamy do czynienia z obchodami 73. rocznicy wyzwolenia obozu Auschwitz-Birkenau i upamiętnieniem ofiar holokaustu, to o tej kwestii rozpisują się światowe media, które oprócz prawdy historycznej posługiwały się również stereotypowymi, nieprawdziwymi informacjami. Stąd istnieje pilna potrzeba przeprowadzenia bardzo szeroko zakrojonej kampanii, która służyłaby temu, aby ten powstały kryzys zażegnać.

Dlaczego Beniamin Netanjahu pozwolił sobie, aby na użytek wewnętrznej polityki wywołać spór międzynarodowy?        

– To stanowisko – jak się wydaje – wywołało też zdziwienie polskiego rządu. Jednak wygląda na to, że groźba przedterminowych wyborów w Izraelu jest na tyle duża, że premier Beniamin Netanjahu nie chciał ryzykować, aby uderzyła w niego fala emocji, która widocznie już się pojawiła po artykule izraelskiego dziennika. Widać, że mamy tu do czynienia z niezrozumieniem ustawy o IPN i przedstawieniem jej przez izraelski dziennik jako próby zaciemnienia historii, co z kolei spowodowało silne reakcje emocjonalne. Oczywiście są one nieuzasadnione, niezgodne z prawdą, ale Netanjahu widocznie bał się zderzyć z tą falą emocji i wolał skrytykować polski rząd. Tak czy inaczej jest to podyktowane kalkulacją kampanijną.

Jak przy tych rozbieżnych ocenach zażegnać kryzys dyplomatyczny na linii Polska – Izrael?

– Upraszczając, należy użyć kija i marchewki. Kij, czyli ustawę o IPN, już mamy i nie powinniśmy się z niej wycofywać, natomiast powinniśmy odpowiednio przedstawić problem i swoje racje przed opinią światową. Jesteśmy w dość trudnym położeniu, bo to, co powie Izrael – niestety, ale będzie wyżej ocenione, a racja przyznana nie nam, a Żydom, choćby obiektywnie prawda była po naszej stronie. To wynika ze stereotypów, jakoby to tylko Żydzi byli ofiarą II wojny światowej, co oczywiście jest nieprawdą. Taką narrację przedstawia nie tylko premier Netanjahu, ale także różne prestiżowe ośrodki jak chociażby Instytut Pamięci Męczenników i Bohaterów Holocaustu Yad Vashem, który wydał opinię o podobnej treści. W tej sytuacji można pouczać, można wymachiwać maczugą, ale można też zastosować zabiegi dyplomatyczne. Pytanie, co jest lepsze, co korzystniejsze. Najbardziej skuteczną taktyką, narracją służącą hamowaniu antypolskich stereotypów jest stworzenie tzw. jednej drużyny pomiędzy Polakami a Żydami.

To możliwe?

– Jak wynika z badań naukowych, jest to nie tylko możliwe, ale stosunkowo proste i – co ważne – może być skuteczne. Narracja powinna pójść – skądinąd zgodnie z prawdą – w kierunku, że wspólnie z Żydami jesteśmy ofiarami II wojny światowej. Poruszając problem cierpienia, musimy – tak jak w Stanach Zjednoczonych – obchody rocznicy holokaustu uznać za jedno z ważniejszych wydarzeń. W sobotę, obserwując doniesienia medialne, zauważyłem, że najważniejsi światowi politycy, wydając oświadczenia, przypominali o tym dniu. Dlatego powinniśmy podnieść rangę tych obchodów i na tym budować pozytywną kampanię. Oczywiście ta kampania musi być zrobiona w nowoczesny sposób w mediach papierowych, w telewizji, ale także w internecie, w mediach społecznościowych itd. W tę kampanię powinni zostać zaangażowani świadkowie – osoby, które przeżyły holokaust, autorytety różnych dziedzin, także polscy politycy mówiący, że nieprawdą jest używanie terminu „polskie obozy koncentracyjne”. Nie może to być jednak kampania partyzancka, ale profesjonalna, dobrze przemyślana i przygotowana. Powinna też uwzględniać stereotypy obowiązujące w różnych krajach i zadawać im kłam.

Jak powinny wyglądać takie reakcje?

– W razie, gdy ktoś użyje określenia „polskie obozy śmierci”, powinien zostać wyedukowany, powinien otrzymać pogłębioną informację historyczną. Natomiast jeśli prawda zawarta w wiarygodnych źródłach i danych nie zmieni jego nastawienia, to wówczas tym kijem może być ustawa o IPN i wynikające z niej restrykcje, czyli próby karania za szerzenie kłamstwa. Prowadząc tę pozytywną kampanię, nie możemy się stawiać w pozycji moralnych zwycięzców, tzn. nie możemy wychodzić li tylko z założenia, że mamy rację i wszyscy muszą tej racji przyklasnąć. Nie tędy jednak droga. Nie możemy atakować, bo postawimy się w pozycji przegranej, ale najpierw musimy do swoich racji przekonać innych. To z kolei wymaga bardzo zręcznej dyplomacji, czyli zarówno asertywności, a jednocześnie dużej wrażliwości i zrozumienia tych wszystkich zjawisk.

W jakim miejscu dzisiaj jesteśmy my, Polacy, skoro po 73 latach od zakończenia wojny musimy tłumaczyć światu i co ciekawe także Żydom, kto był katem, a kto ofiarą?

– To jest efekt zaniedbań. Wszędzie na świecie są instytucje jak w Stanach Zjednoczonych czy w Niemczech, które dbają zarówno o prawdę historyczną, jak i o wizerunek danego kraju. Działania tam prowadzone są bardzo profesjonalne. Dlatego nie bez powodu nie mówi się o niemieckim nazizmie, ale tylko o nazizmie. Nie bez powodu mówiło się o wypędzonych i na tej samej szali stawiało się cierpienie wypędzonych i zbrodnie wobec sześciu milionów ofiar polskich obywateli. Miało to na celu zmienić wizerunek, żeby Polaków – mimo że mają rację – stawiać w trudniejszej, kłopotliwej pozycji. Dlatego jeśli ktoś użyje określenia „polskie obozy śmierci”, to do sądu nie może występować o sprawiedliwość osoba czy osoby prywatne, bo to będzie nieskuteczne, ale to państwo powinno karać za kłamstwa. Skuteczna może być także pozytywna kampania, w której na nowo moglibyśmy przedstawiać prawdę i fakty w oparciu o dane i ludzi, którzy są symbolami pomocy Polaków udzielanej Żydom np. przez rodzinę Józefa i Wiktorii Ulmów. Tych świadków, bohaterów, których historie są gotowymi materiałami na scenariusze filmów, które mogłyby pójść w świat, jest bardzo dużo. I to jest także sposób, aby mówić światu prawdę o Polakach, których bohaterstwo pomogło wielu Żydom przetrwać niemiecką gehennę. Jednak takie działania nie mogą być przypadkowe, amatorskie, nie mogą być płytkie, ale to musi być długofalowa, wieloletnia akcja, która będzie odkłamywać stereotypy i fałszerstwa. Jednocześnie cały czas trzeba prowadzić mądry dialog z Izraelem i – jak słyszymy – decyzją premiera Morawieckiego ma powstać zespół, grupa robocza, która będzie kontynuować dialog historyczny. To bardzo dobra decyzja.

Czy taka kampania historyczna nie powinna być skierowana także do Izraela, skoro tych, którzy wywołali II wojnę światową i spowodowali holokaust, nazywa się jedynie nazistami? Sformułowanie „naziści” bez „niemieccy” słyszymy nawet w Auschwitz z ust ambasador Izraela Anny Azari.

– Izrael jest państwem kluczowym jako miejsce takiej kampanii. Ale mamy też wielu przyjaciół Polski, którzy mogą być naszymi ambasadorami w świecie. W Polsce zmieniają się postawy są ludzie, którzy darzyli sympatią Żydów, a dzisiaj ten trend wydaje się zmieniać. Jednak nie oznacza to, że jesteśmy krajem ksenofobicznym czy antysemickim. Natomiast wyrażanie takich niechętnych postaw szkodzi naszemu wizerunkowi, stąd musimy przekonywać, że Polacy nie tylko w polityce są jednym z najbardziej przyjaznych dla Izraela państw w Unii Europejskiej. Musimy światu uzmysłowić, że Polacy nie byli nazistami, ale podobnie jak Żydzi staliśmy się ofiarami niemieckiego nazizmu i ofiarami II wojny światowej. I ta prawda musi wybrzmieć i być przekonująca. Najlepiej przekonują fakty, a fakty są takie, że jako Polska byliśmy i jesteśmy życzliwi narodowi żydowskiemu. Musimy w świecie stworzyć miejsca, gdzie o tej prawdzie będzie się można dowiedzieć. Taka narracja i sukcesywna, konsekwentna polityka może przynieść pozytywne efekty i wymierne korzyści dla Polski.

Dziękuję za rozmowę. 

Mariusz Kamieniecki

Aktualizacja 29 stycznia 2018 (21:11)

NaszDziennik.pl