logo
logo

Zdjęcie: Telewizja Trwam/ -

Jestem polskim wypędzonym

Czwartek, 1 lutego 2018 (03:33)

Z prof. dr. hab. Wojciechem Stankowskim z Instytutu Geologii Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu, wypędzonym przez Niemców w 1939 roku z Trzemeszna, rozmawia Andrzej Kulesza

Z Wielkopolski Niemcy wygnali około 160 tys. Polaków. Niebawem minie 80 lat od tamtych wydarzeń, a w Poznaniu do dziś nie ma pomnika upamiętniającego tragedię wypędzeń. Zabiegi o jego budowę się przeciągają.

– Jest rzeczą nie do przyjęcia, że w Wielkopolsce, kolebce naszej państwowości, a jednocześnie społeczności trwale związanej z polskością i konsekwentnie podtrzymującej ducha narodowego podczas zaborów, wreszcie zrywu zwycięskiego powstania, są problemy z budową pomnika upamiętniającego masowe wypędzenia z początków II wojny światowej. Trudności w trwałym upamiętnieniu tamtych wydarzeń są dla mnie zupełnie niezrozumiałe, wręcz oburzające. Społeczny Komitet Budowy Pomnika Wypędzonych w Poznaniu pod przewodnictwem Henryka Walendowskiego działa już ponad 10 lat. Powstał projekt, mają działkę, a okazuje się, że można zblokować inicjatywę, bo komuś nie podoba się koncepcja upamiętnienia. Skoro problemem jest wizja monumentu, to równocześnie powinna zostać zaproponowana nowa forma pomnika, zamiast odłożenia sprawy ad acta i rozpoczynania procedury od zera. Nasuwa się bolesne pytanie, czy władze miejskie Poznania są zainteresowane upamiętnieniem wypędzeń Wielkopolan.

 

Jak ocenia Pan projekt pomnika zaproponowany przez Społeczny Komitet Budowy Pomnika Wypędzonych w Poznaniu?

– Pomnik przedstawia dziecko opatulone w koc. To się bardzo wpisuje w moją biografię. Ta koncepcja upamiętnienia bardzo mi się podoba.

 

Sprawa upamiętnienia wypędzeń z Wielkopolski i innych miejsc w Polsce jest bardzo ważna, gdyż ten temat jest w Polsce słabo znany. Wypędzeni pod wpływem przekazów medialnych kojarzą się głównie z Niemcami przesiedlonymi po II wojnie światowej.

– Niemcy potrafili stworzyć narrację, która akcentuje ich punkt widzenia historii. Wypędzenia kojarzą się na świecie, a po części nawet w Polsce, z przesiedlaniem Niemców po II wojnie światowej. Było to skutkiem wojny i wynikało z międzynarodowych postanowień, a nie jednostronnych decyzji Polaków. Pomija się fakt, że w okresie 1939-1941 to Niemcy brutalnie wyrzucali z domów Polaków.

Nie sposób w tym miejscu pominąć sprawy niemal całkowitego milczenia o masowych (kilkaset tysięcy osób) wywózkach Polaków na roboty do Niemiec.

 

Jako czteroletnie dziecko Pan również został z rodziną wyrzucony ze swojego domu.

– Na początku grudnia 1939 roku, około północy, do naszego domu w Trzemesznie przyszli Niemcy. Dali mojej mamie pół godziny na przygotowanie się do opuszczenia domu. Przez ten czas zdołała ubrać mnie, moją siostrę i przygotować do wyjazdu swoją siostrę i mamę. Zostaliśmy brutalnie wyrzuceni. Do dziś mam przed oczami obraz niemieckiego żołnierza w charakterystycznym mundurze i butach stojącego w rozkroku, a za nim mój ulubiony trójkołowy rowerek.

Zaprowadzono nas na dworzec, zapakowano do wagonów. Przez dwie doby jechaliśmy. Wysadzono nas na niewielkiej stacji niedaleko Garwolina. Czekały tam podwody, głównie sanie, gdyż to była bardzo mroźna i śnieżna zima. Zostaliśmy przewiezieni do szkoły w Wildze. Dostaliśmy pierwszą od wielu godzin ciepłą strawę.

Potem umieszczono nas w drewnianym domu z czterema pokojami bez ogrzewania. Jedyny piec, typowo kuchenny, znajdował się w kuchni. Jak się przed nim siedziało, to ciepło było jedynie w twarz, a w plecy było już zimno. Spaliśmy na siennikach ze słomy, przy których ścieliło się coś białego. Dziś wiem, że to był szron.

Mocno zapisała mi się w pamięci Wigilia 1939 roku. Moja mama zdołała we dworze wyprosić garnek ziemniaczanej zupy jako wigilijne danie. Do dziś pamiętam, że ta zupa mi bardzo smakowała.

 

Z czego utrzymywała się Pana rodzina?

– Mama dobrze znała niemiecki, a że był to dawny zabór rosyjski, więc niewiele osób władało tym językiem. Dostała posadę tłumacza w gminie. Dzięki temu jakoś egzystowaliśmy.

Słuchając rozmów Niemców, mama dowiadywała się, kiedy będą na niektóre wsie naloty i rekwirowanie żywności albo łapanki na roboty do Niemiec. Ostrzegała o tym tamtejszych mieszkańców. Wspierała też partyzantów, organizując kartki żywnościowe. Wszystko to było bardzo niebezpieczne. W przypadku dekonspiracji finał byłby oczywisty. Mama zdobyła pozycję i zaufanie u miejscowych. Zdarzało się, że jeździła w jakichś sprawach służbowych do Garwolina. Niejednokrotnie wracała z pieniędzmi dla gminy. Zdarzało się, że z lasu wychodzili uzbrojeni ludzie. W tym rejonie działały oddziały Armii Krajowej, formacje komunistyczne, ale nie brakowało też zwykłych bandytów. Jak zobaczyli mamę, to mówili: „A to pani, niech pani jedzie”.

 

Po wyparciu Niemców wrócił Pan do rodzinnego Trzemeszna?

– Tak, w marcu 1945 roku wróciliśmy do naszego miasta. Jechaliśmy otwartą ciężarówką. Do dziś mam w pamięci ruiny Warszawy, pomiędzy którymi kluczył kierowca.

 

A co się działo w tym czasie z Pana ojcem?

– Mój ojciec był bardzo aktywnym społecznie profesorem w liceum w Trzemesznie, szkole o narodowych tradycjach powstałej w okresie działania Komisji Edukacji Narodowej. Był powstańcem wielkopolskim. W wojnie polsko-bolszewickiej z oddziałami wielkopolskimi walczył na Ukrainie. Przed Niemcami ratowało go to, że został w sierpniu 1939 roku zmobilizowany do wojska jako oficer rezerwy. Większość jego kolegów nauczycieli z liceum, którzy pozostali w Trzemesznie, została aresztowana i rozstrzelana w pobliskim lesie koło Kruchowa.

Ojciec został najpierw internowany na Litwie, a następnie stał się jeńcem Sowietów. Został skazany na zsyłkę, trafił na północ w okolice Murmańska. Na szczęście udało mu się dostać do Armii Andersa, z którą wyszedł ze Związku Sowieckiego. Jako nauczyciel został odkomenderowany do Junackiej Szkoły Kadetów w Barbarze, niedaleko Gazy. W 1947 roku wrócił do Trzemeszna. Niestety, jego życiowe epizody z lat 1919-1920 i 1940-1942 stały się powodem – delikatnie mówiąc – pewnych kłopotów w PRL.

Dziękuję za rozmowę.

Andrzej Kulesza

NaszDziennik.pl