logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Pomnik powinien stanąć dawno

Wtorek, 13 lutego 2018 (21:59)

Z senator Alicją Zając z Prawa i Sprawiedliwości, wdową po senatorze Stanisławie Zającu, który zginął w katastrofie rządowego Tu-154M pod Smoleńskiem 10 kwietnia 2010 r., rozmawia Mariusz Kamieniecki

10 kwietnia przy placu Piłsudskiego ma stanąć pomnik ofiar tragedii smoleńskiej. Można powiedzieć wreszcie…?

– Myślę, że tak. Dlatego, że te wszystkie osoby, które zginęły pod Smoleńskiem i których upamiętnienie będzie zlokalizowane w takim właśnie miejscu, swoją wieloletnią pracą dla Polski zasłużyły sobie na to, żeby w centrum stolicy swojej Ojczyzny, w miejscu reprezentacyjnym, stanął godny pomnik ku ich czci.

Niestety budzi to sprzeciw obecnych władz Warszawy.  Dlaczego coś, co wydaje się oczywiste, jest krytykowane?

To, co oczywiste jest wtedy, kiedy jest niepolityczne. Natomiast kiedy w grę wchodzi polityka, to okazuje się to niezmiernie trudne i problematyczne. Dla mnie osobiście w świecie polityki, w którym uczestniczę, najtrudniej jest zrozumieć to, że w słusznych sprawach przedkłada się interes polityczny, a więc coś, co trudno nazwać pozytywnym, nad dobro wspólne, a wszystko tylko po to, żeby zaatakować drugą stronę. To jest w polityce okropne, nieludzkie i tego nie popieram.

Rafał Grupiński powiedział wprost, że kiedy Platforma dojdzie do władzy, to ten pomnik zostanie rozebrany…

– Żeby takie groźby wysuwać, warto się najpierw zastanowić nad tym, co się mówi, a poza tym najpierw trzeba dojść do władzy, a to – zważywszy na to, jak zachowuje się Platforma – może okazać się trudne. Ale nawet jeśli, to z pewnością znajdą się ludzie – prawdziwi patrioci, którzy przyjdą i będą bronić miejsc narodowej pamięci, bo ten pomnik stanie się miejscem narodowej pamięci. Do tej pory, przez wszystkie lata po katastrofie, my, rodziny, mieliśmy takie miejsca rozsiane po kraju, tam, gdzie żyli i skąd pochodzili nasi bliscy zmarli. Natomiast miejsca w stolicy państwa, gdzie jako naród moglibyśmy oddać hołd ofiarom katastrofy z 10 kwietnia 2010 roku, poza małą tablicą niestety nie mieliśmy. Jeżeli Warszawa chciałaby całej Polsce dać sygnał właściwego podejścia do patriotyzmu i pamięci narodowej, to taki pomnik powinien stanąć już dawno. Przecież osoby, które poniosły śmierć, będąc na służbie Ojczyzny, swoją pracą i swoim życiem dawały przykład patriotyzmu. Przecież nie wszyscy, którzy zginęli w katastrofie smoleńskiej, należeli do Prawa i Sprawiedliwości, ale na pokładzie rządowego Tu-154M byli przedstawiciele wszystkich ugrupowań politycznych, środowisk społecznych, wojskowi, a także duchowni. Wszystkim jednakowo należy się cześć, szacunek i godne upamiętnienie. Krytykują zaś ci, którzy są niechętni, niezadowoleni z tego, że Polska może się rozwijać, a przede wszystkim z tego, że już nie rządzą. A jak rządzili przez osiem lat, to Polacy mogą się dzisiaj przekonać. Widać jak na dłoni, że te działania nie były korzystne dla Polski, nie służyły też rozwojowi Polski. Mogę to powiedzieć na przykładzie Podkarpacia, które było szczególnie nielubiane przez poprzednią koalicję rządową PO – PSL. Tak czy inaczej pomnik jest potrzebny.

Weźmie Pani udział w odsłonięciu monumentu?

– Na pewno wezmę udział w odsłonięciu pomnika w Warszawie. Dotychczas uczestniczyłam w uroczystościach w Jaśle, a więc tam, gdzie spoczywa mój mąż senator Stanisław Zając. W tym roku będę musiała dzielić czas tej bolesnej rocznicy między Jasło i Warszawę. Właśnie się zastanawiamy, jak zorganizować uroczystości w Jaśle tak, aby móc być i tu, i tam. Myślę, że dla wielu – nie tylko dla członków rodzin, ale także dla tych, którzy z życzliwością, sympatią i ogromnym żalem wspominają tych, którzy zginęli 10 kwietnia 2010 roku w Smoleńsku – odsłonięcie pomnika w Warszawie będzie szczególnym czasem.          

Przed 10 kwietnia mamy też poznać ustalenia zespołu smoleńskiego. Czego możemy oczekiwać?

– Uważam, że rozwój nauki z tygodnia na tydzień, z miesiąca na miesiąc coraz bardziej postępuje i wiele spraw wcześniej niemożliwych do udowodnienia czy odkrycia dzisiaj może ujrzeć światło dzienne. Myślę, że w sprawie tego, co wydarzyło się 10 kwietnia 2010 roku również, być może, uda się odkryć nowe fakty i w końcu my je poznamy. Wierzę, że to nas przybliży do prawdy, bo jako rodziny, ale myślę, że również nasi rodacy, ciągle zadajemy sobie pytanie: dlaczego zginęli nasi bliscy, dlaczego zginęło 96 najważniejszych osób w państwie z prezydentem RP Lechem Kaczyńskim na czele? I to pytanie będziemy sobie stawiać zawsze, dopóki nie uzyskamy na nie odpowiedzi.

Wierzy Pani, że po ośmiu latach od tragedii jest to wciąż możliwe?

– Chcemy cokolwiek się dowiedzieć, ale pod warunkiem, że będzie to prawda. To, czym karmiono nas za rządów Donalda Tuska i Ewy Kopacz, ustalenia komisji Tatiany Anodiny przedstawione w konkluzjach MAK, powtórzone później w raporcie przez komisję Jerzego Millera, to wszystko było jednym wielkim kłamstwem, obrażaniem pamięci ofiar oraz naigrywaniem się z nas, Polaków. Kiedy domagaliśmy się prawdy, to traktowano nas – rodziny – jak grupę roszczeniową, jak zło konieczne. Czasem wręcz w prześmiewczy sposób próbowano nas przedstawiać jako grupę ludzi, która na siłę tworzy rozmaite, nieprzystające do rzeczywistości fakty i teorie itd. Tyle że my nie tworzymy żadnych nowych teorii, natomiast wiemy jedno, że od ośmiu blisko już lat nie ma z nami naszych bliskich. Czy to są dni powszednie, czy to są święta, miejsca czy ludzie, wszystko przypomina nam, że ich już z nami nie ma. Te wspomnienia zawsze będą wracać i tego już nikt nam nie zabierze ani nie przeszkodzi nam w kultywowaniu pamięci o naszych mężach, żonach, ojcach, matkach czy dzieciach, których brak wciąż odczuwamy. Chcemy też w sposób naukowy pokazać nie tylko niedowiarkom w Polsce, ale również całemu światu, że przyczyna tragedii smoleńskiej nie leżała po stronie załogi, na którą usiłowano zrzucić całą odpowiedzialność. Dzisiaj wychodzą sprawy i nowe fakty związane z fałszowaniem czy – jak kto woli – z wymazywaniem zapisów czarnych skrzynek, co jest nie tylko nieprzyzwoite, ale wręcz niedopuszczalne. Jak będąc członkiem komisji badania wypadków lotniczych, można dopuszczać do sytuacji manipulowania dowodami? To jest coś, z czym trudno mi się pogodzić.                  

W sprawie zwrotu wraku Tu-154M i czarnych skrzynek minister Jacek Czaputowicz rozmawiał z ambasadorem Rosji. Jest szansa, że główne dowody wrócą do Polski, zwłaszcza że Siergiej Andrejew twierdzi, iż Polska nie wykazuje chęci poprawy relacji z Rosją?

– Gdyby te dowody wcześniej znalazły się w Polsce, być może byłoby łatwiej. Natomiast teraz, po tych wszystkich manipulacjach i wszystkich wydarzeniach, jakie miały miejsce w międzyczasie, przekazanie głównych dowodów w śledztwie byłoby raczej symboliczne, aczkolwiek nauka zrobiła ogromny postęp, więc również zbadanie wraku na pewno pozwoliłoby się nam zbliżyć do prawdy o tym, co się wydarzyło. Być może dlatego nie chcą nam zwrócić wraku tupolewa i oryginałów czarnych skrzynek.

Czy fakt, że Rosja nie oddała wraku tupolewa i czarnych skrzynek, to jest tylko problem Polski? Czy nie jest to problem europejski, a w związku z tym czy nie są wskazane wspólne starania międzynarodowe? 

– To jest z jednej strony rosyjska polityka, która jest obliczona na skłócenie środowisk w Polsce, natomiast obowiązkiem rządu Donalda Tuska od samego początku, tuż po katastrofie, było domaganie się zwrócenia tych dowodów, które stanowią polską własność. Można było też czynić starania, żeby z czasem decyzje Moskwy w tym względzie zmienić. Tyle że tego nie zrobiono. Natomiast jeśli chodzi o to, co można zrobić dzisiaj, i wspólne międzynarodowe działania, to przecież widzi pan, jak te wspólne działania międzynarodowe wyglądają, że są to działania nie z Polską, ale przeciw Polsce. Pozostaje nam liczyć przede wszystkim na siebie i uporem oraz konsekwencją być może coś wskóramy. Natomiast jeśli zaczniemy liczyć na innych, to możemy przeżyć tylko rozczarowanie.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl