logo
logo

Zdjęcie: Mateusz Marek/ Nasz Dziennik

Praworządność nie jest zagrożona

Niedziela, 4 marca 2018 (22:00)

Z dr. Krzysztofem Kaszubą, prezesem Zarządu Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego Oddział Wojewódzki w Rzeszowie, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Jak ocenia Pan pomysł Platformy Obywatelskiej dotyczący „wielkiej narodowej debaty” w sprawie przyjęcia euro?

– Ta debata toczy się już przecież od 2009 roku, kiedy to ówczesny premier Donald Tusk ogłosił, że Polska będzie gotowa w 2015 roku do przyjęcia euro. Dyskutują ekonomiści i przedsiębiorcy, dyskutują politycy. Zdecydowana większość podkreśla, że ewentualne przyjęcie przez Polskę euro to perspektywa nie kilku, ale kilkunastu lat. Wielka narodowa debata jest oczywiście potrzebna, ale jej głównym tematem, co po raz kolejny potwierdziły wydarzenia ostatnich tygodni, powinny być trzy tematy. Pierwszy to ocena i napiętnowanie zakłamanej antypolskiej propagandy w Izraelu i Stanach Zjednoczonych, wspieranej głównie przez nowoczesną platformę antypolskiej targowicy. Drugi to ocena i prawda o antypolskich programach zaboru mienia Polaków, w latach 90. XX wieku, w ramach tzw. Programu Powszechnej Prywatyzacji i Narodowych Funduszy Inwestycyjnych. Trzeci temat to skala i zakres reparacji za zniszczenia Polski dokonane przez okupantów, którzy we wrześniu 1939 r. dokonali z dwóch stron napaści na nasz kraj.

Jakie konsekwencje mogłoby przynieść dla Polski przyjęcie w stosunkowo krótkim odstępie czasowym waluty euro?

– Najważniejsze konsekwencje to utrata własnej waluty i związanych z tym możliwości podejmowania decyzji gospodarczych w interesie Polaków, polskich przedsiębiorstw i polskich przedsiębiorców. Przyjęcie waluty euro to dodatkowe koszty związane z jej wprowadzeniem. Koszty dla gospodarki i rządu, czyli polskich podatników. Zmiana waluty to także nowe ceny. Praktyka pokazuje, że na zmianie obowiązującej w danym kraju waluty, pomijając mechanizm prawa popytu i podaży, najczęściej zarabia ten, kto cenę stanowi, a nie przeciętny konsument.

Czy powinno się odbyć ogólnonarodowe referendum w tej sprawie, o czym już wcześniej wspominał chociażby prezydent Andrzej Duda?

– Jak najszybciej należy przeprowadzić referendum w sprawie zmiany Konstytucji RP. Jego elementem może być kilka innych pytań, w tym także dotyczące wprowadzenia euro.

Komu dzisiaj służy waluta euro, które państwa są największymi beneficjentami tej waluty?

– Twarde dane ekonomiczne za ostatnie kilkanaście lat, takie jak: wartość PKB w przeliczeniu na mieszkańca, wartość eksportu, saldo budżetu państwa, cena 10-letnich obligacji rządowych, wyraźnie pokazują, że bezdyskusyjnym beneficjentem euro są Niemcy, niemieckie przedsiębiorstwa oraz niemieccy konsumenci. Za Niemcami jest długa przerwa, a dalej są Holandia i Luksemburg.

Jeden z argumentów zwolenników przyjęcia euro mówi o tym, że pozostając poza strefą euro, stawiamy się na marginesie Unii Europejskiej. Czy i na ile jest to zasadne twierdzenie?

– Tego typu stwierdzenia stawiają na marginesie przede wszystkim ich autorów. Wielka Brytania, Szwecja, Dania, Czechy potwierdzają, że zachowując waluty narodowe, dokonały bardzo dobrego wyboru. Stan gospodarek tych krajów, wycena ich obligacji rządowych, poziom stopy bezrobocia to marzenie polityków, ekonomistów i obywateli takich krajów członków strefy euro, jak Włochy, Hiszpania, Portugalia czy Grecja. Przecież to właśnie w tych czterech krajach południa Europy jest najwyższe bezrobocie w Unii Europejskiej, wśród młodych na poziomie ok. 50 proc. To oznacza, że co drugi młody człowiek w tych krajach nie posiada tego, co najważniejsze dla normalnego człowieka, obok zdrowia, mianowicie dobrej, satysfakcjonującej pracy.

Jakie warunki powinny zostać spełnione przed przyjęciem waluty euro, aby się nie pogrążyć?

– Zwolennicy przyjęcia euro zapominają, a może nie wiedzą, że dawno temu, w 1961 roku kanadyjski ekonomista Robert Mundell, który w 1999 r. otrzymał nagrodę Banku Szwecji im. Alfreda Nobla w dziedzinie ekonomii, przedstawił warunki, jakie są potrzebne do przystąpienia do optymalnego obszaru walutowego. Te warunki to m.in. wysoka elastyczność cen i płac oraz mechanizm rynkowy prowadzący do optymalnej alokacji czynników produkcji. Polska gospodarka ma jeszcze wiele słabych punktów: ogromny dług publiczny, ogromne zadłużenie zagraniczne, duży deficyt budżetowy, należy też wymienić nieracjonalną i niebezpieczną strukturę własnościową z dominującym udziałem inwestorów zagranicznych. I to, co najważniejsze dla zdecydowanej większości Polaków, mianowicie niski poziom płac i niskie PKB na mieszkańca w porównaniu ze średnią unijną. Te słabości Polski to m.in. efekty działalności tych polskojęzycznych polityków, którzy najgłośniej krzyczą o konieczności szybkiego wejścia do strefy euro.

Przez 25 lat wyprzedano ogromną część polskiej gospodarki. Czy biorąc pod uwagę kierunek obrany przez rząd PiS oraz premiera Morawieckiego, jest możliwe odrobienie – przynajmniej części – strat?

– Straty musimy odrabiać i to jest pewne. 25 lat prymitywnej tzw. prywatyzacji, jawnie antynarodowa polityka gospodarcza antypolskich polityków, głównie „specjalistów od unii wolności i platformy oszustów”, to wszystko odbija się dzisiaj negatywnie. Ponadto bieżąca, haniebna antypolska aktywność w Brukseli, Stanach Zjednoczonych i Izraelu nowoczesnej platformy targowiczan pogłębiają straty i blokują rozwój. Odrabianie strat zajmie wiele dekad. Szybkie wprowadzenie radykalnych zmian w systemie prawnym i podatkowym może znacząco skrócić czas potrzebny na dogonienie bogatych krajów Unii Europejskiej. Warto jednak pamiętać, że źródłem bogactwa najbogatszych krajów w Europie była także eksterminacja i ludobójstwo Inków, Azteków i innych narodów Ameryki, narodów Azji i Afryki, haniebne niewolnictwo, prymitywny kolonializm i wojny, które wzbogaciły pośrednio wiele rządzących dzisiaj światem korporacji finansowych i przemysłowych. Polska w tym procederze nie uczestniczyła.

Polska gospodarka może być silna – także bez euro?

– Przykłady Czech, Szwecji czy chociażby Danii pokazują dobitnie, że jest to możliwe. Oczywiście potrzebne są optymalne warunki prawne i podatkowe, dobry klimat inwestycyjny, by kreatywność przedsiębiorców była optymalnie powiązana z aktywnością i kwalifikacjami pracowników. Chodzi też o to, żeby dochody milionów pracujących Polaków były adekwatne do dochodów przedsiębiorstw i zysków właścicieli.

Jak ocenia Pan próbę uzależnienia dotacji unijnych od „stanu praworządności”?

– Obserwacja sytuacji społeczno-gospodarczej i stanu praworządności w krajach Unii Europejskiej, np. w takich państwach, jak Hiszpania, Grecja, Niemcy, Malta, Cypr czy Francja, pokazuje, że na ich tle np. w Polsce mamy podobny stan praworządności na poziomie organizacji instytucji i regulacji prawnych. Próba uzależnienia dotacji unijnych od „stanu praworządności” z hasłem w tle, że ma to dotyczyć Polski, to prymitywny brukselski antypolonizm. Problemem Polski jest skandaliczny poziom decyzji i werdyktów podejmowanych przez ludzi w czarnych togach, zbyt często łamiących elementarne zasady prawa, prawdy i sprawiedliwości. 

W obliczu Brexitu wspólna kasa unijna się skurczy. Jak należy ocenić propozycję premiera Morawieckiego dotyczącą zwiększenia składek czy chociażby wskazanie nowych źródeł finansowania, a niekoniecznie zmniejszania dotacji?

– Ostatnich kilkanaście lat funkcjonowania Unii Europejskiej pokazało, że dużo środków można było wykorzystać efektywniej. Oszczędności są możliwe i potrzebne. Na przykład zrównanie poziomu wsparcia dla europejskich rolników w wiodących krajach Unii Europejskiej z otrzymywanym przez polskich rolników. Potrzebne, a wręcz niezbędne, są także racjonalne oszczędności w apanażach unijnych urzędników, ale także racjonalna alokacja zasobów na cele rozwoju społeczno-gospodarczego. Zamiast tysięcy genderowych, antyrodzinnych i antychrześcijańskich programów więcej pieniędzy należy przeznaczać na programy edukacyjne, naukowe i proinnowacyjne wspierające kreatywność przedsiębiorców i aktywność pracowników. I właśnie ta druga część propozycji premiera Morawieckiego, tj. określenie nowych źródeł finansowania, powinna być przedmiotem poszukiwań, dyskusji i realizacji.

Czy unijne elity są jednak skłonne zaakceptować pomysł polskiego premiera?

– Teoretycznie tak. Przecież wszyscy mają świadomość, że jest to temat ważny dla większości członków Unii Europejskiej. Jest tylko jeden problem, mianowicie premier Mateusz Morawiecki w ostatnich tygodniach pokazał, że potrafi godnie reprezentować dumne dziedzictwo historyczne Polski i Polaków. Organizowane w Stanach Zjednoczonych, Izraelu i niestety także przez polskojęzyczną targowicę, antypolskie, głównie żydowskie, zakłamane kampanie i prowokacje nie sprzyjają pomysłom polskiego premiera.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl