logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Splamione epolety

Środa, 4 kwietnia 2018 (03:21)

Rozmowa z Leszkiem Żebrowskim, badaczem historii najnowszej

 

Jak ocenia Pan argumentację prezydenta Andrzeja Dudy zaprezentowaną podczas wetowania tzw. ustawy degradacyjnej?

– Każdą praktycznie ustawę można kwestionować, wyszukując w niej niuanse i półcienie. Bardzo źle się dzieje, jeśli w obozie władzy dochodzi do takich rozgrywek, w dodatku na forum publicznym. To wygląda jak tracenie zdrowego rozsądku – dla opozycji jest to bardzo mocny atut: „Zobaczcie, oni żadnej sprawy nie potrafią porządnie załatwić, tylko się o wszystko kłócą”. Tak zwany zwykły wyborca zaczyna tracić orientację, o co w tym wszystkim chodzi. A o co naprawdę chodzi? Co zmieniłaby taka ustawa? Praktycznie bardzo niewiele. III RP ma całkowitą ciągłość ustrojową, prawną i kadrową z Polską Rzecząpospolitą Ludową. Jeśli chcemy jeszcze dziś, po prawie trzech dekadach, dekomunizować Polskę, to nie mogą to być praktycznie puste gesty, pozbawianie stopni wojskowych tylko niektórych oficerów „ludowego” Wojska Polskiego, w dodatku na podstawie bardzo nieostrych, niejednoznacznych kryteriów. Pozostając przy wojsku – cały „korpus polityczny” LWP powinien być taką dekomunizacją objęty i pozbawiony świadczeń. Politrucy to nie byli oficerowie, tylko delegaci partii komunistycznej w szeregach wojska! Czyli, mówiąc wprost, była to agentura partyjna w wojsku, przeznaczona do jego kontrolowania od wewnątrz. Cały korpus wojskowych tajnych służb, poczynając od Informacji Wojskowej, to nie było wojsko w sensie dosłownym, to był „wojskowy UB”, w dodatku znaczna ich część była na usługach wschodniego mocodawcy, czyli Związku Sowieckiego. I tak dalej. Jak miałaby wyglądać ich dekomunizacja? Wybiórczo? Indywidualnie? Tak się nie da. Jeśli chodzi o stopnie wojskowe, to wielu oficerów nawet niższych stopni (poruczników, kapitanów) popełniało czyny zbrodnicze. Dziś są one przedawnione, cóż więc z tym począć?

 

Ustawa rzeczywiście zawiera luki prawne?

– Nie ma projektów ustaw i ustaw doskonałych. Na tym dziś polega zawód prawnika – na dopasowaniu środków do zamierzonych celów. Ktoś, kto ma inne spojrzenie, powie natychmiast „nie”, albowiem są tam luki i należy to i tamto poprawić. Czyli jest to zawsze próba sił – jeśli projekt jest „mój”, jest dobry, jeśli nie „mój”, to potrafię go zwalczyć, opóźnić, osłabić. Decyduje zatem doraźna gra interesów, a nie interes społeczny. Co więcej, interes społeczny dotkliwie z tego powodu cierpi.

 

Prezydent jako jeden z argumentów podał przepisy, które pozbawiają członków WRON stopni wojskowych bez możliwości złożenia wyjaśnień i trybu odwoławczego. Jak ten argument należy ocenić w świetle wyroku sądów powszechnych i Trybunału Konstytucyjnego uznających WRON za związek przestępczy o charakterze zbrojnym?

– Rzeczą niezmiernie przykrą jest argumentacja, że np. Jaruzelski czy Kiszczak tak, ale Hermaszewski już nie… Bo kosmonauta, bo pilot… Zabrakło jeszcze argumentacji, że jest on teściem prominentnego polityka PiS, i mielibyśmy „pełnię szczęścia”. Hermaszewski jest komunistycznym generałem, był członkiem partii komunistycznej, osobą zaufania również naszych „sojuszników”, skoro go bezwarunkowo akceptowali. Opowieści o tym, że nie wiedział, nie chciał być we WRON, są absurdalne. Mógł się nie zgodzić, mógł odmówić, odejść z hukiem. Śmierć mu za to nie groziła, więzienie też nie. Nie potrafił się zachować, jak trzeba, nawet w tak decydującej chwili, gdy powstała grupa jawnie terroryzująca społeczeństwo. Nie chciał przedwcześnie kończyć komunistycznej kariery? To był jego ówczesny, świadomy wybór.

Według Pana, weto stawia w ogóle pod znakiem zapytania degradację wojskowych, którzy tworzyli aparat opresji w okresie PRL?

– Tak naprawdę po prostu to uniemożliwi. Wyżsi oficerowie LWP, Informacji Wojskowej, Wojskowej Służby Wewnętrznej itd. są dziś już w bardzo podeszłym wieku i po prostu odchodzą z tego świata. Jestem przekonany, że już nikt im żadnej „krzywdy” nie zrobi, a pośmiertne degradacje będą pustym gestem bez praktycznego znaczenia. Bo co np. zrobić z pomnikami i nagrobkami, gdzie są odpowiednie, peerelowskie i postpeerelowskie inskrypcje? Pójdziemy to skuwać na Powązkach? Co z podręcznikami historii, encyklopediami itp.?

Czy za decyzją prezydenta mogą stać – w Pana ocenie – przesłanki polityczne?

– Zawsze takie są i tu widać je gołym okiem. Jednym z haseł wyborczych obecnej władzy była dekomunizacja. Mówiono też o ujawnieniu Aneksu do Raportu o WSI, i co? Po prostu nic. Czyli – czyja władza, tego Aneks… Wiedza „tajemna”, którą można się posługiwać w zakulisowych rozgrywkach. Ujawnienie usunęłoby z tego nimb tajemniczości i Aneks stałby się kolejnym przyczynkiem do badań historycznych, niczym więcej. Można też szukać przyczyn jeszcze głębiej – że jednak gruba kreska, przynajmniej w tym wymiarze, obowiązuje nadal. Bo jeśli tak nie jest, to dlaczego jest tak, jak jest?

Z czego wynika fakt, że część Polaków nie widzi potrzeby degradacji Jaruzelskiego i innych wysokich komunistycznych wojskowych?

– Polacy są bardzo mocno podzieleni i na skutek zaniedbań dotychczasowych trzech dekad długo to się nie zmieni, co najmniej przez pokolenie. Ilu żyje dziś ludzi, którzy przeżyli i pamiętają epokę 1944-1956? Niewielu, w dodatku szybko odchodzą. W sile wieku są natomiast ci, którzy nie ponosili bezpośrednich konsekwencji (przynajmniej tak im się wydaje) rządów komunistycznych. Ludzi urodzonych w latach 50., 60. i później nie traktowano już tak jak ich poprzedników, skala represji była na ogół proporcjonalnie niewielka. Co pamiętają np. żołnierze służby zasadniczej z okresu swej służby? To, co najchętniej rejestruje nasza pamięć. Przyjaźnie, znajomości, życie towarzyskie, rzeczy śmieszne itp. Reszta ulega zatarciu, zwłaszcza gdy się w tym bezpośrednio nie uczestniczyło. Co pamiętają ludzie z okresu zatrudnienia po 1956 roku? Praca w biurze, w fabryce – wyjścia do sklepów i wyrozumiałość kierowników, naczelników, dyrektorów. Talony na sprzęt AGD czy przydziały na wczasy. Czyli – było fajnie i wesoło. Strasznie było niektórym, ale „nas” to nie dotyczyło, zatem to nie było „nasze”. Nawet Jaruzelski pozostaje w opowieściach raczej jako taki sztywny, wyprężony jak struna facet w ciemnych okularach (co ta Syberia z niego zrobiła…), czyli raczej śmieszny niż groźny. Podobnie jak Kiszczak – ciepły facet w Magdalence, stukający się kielichem z Wałęsą czy Michnikiem. Po prostu człowiek honoru. Nie wszyscy byli internowani, nie wszyscy siedzieli w więzieniach, więc może ci, którzy siedzieli, byli jednak czegoś winni? Bo przecież za nic by nie zamykali. I tak dalej. Tak ten mechanizm działa. Nie było zdecydowanej polityki historycznej i dekomunizacyjnej państwa po 1989 roku (sami siebie mieli rozliczać?), nie było tego w szkołach, w urzędach, w miejscach pracy. Poprzedni dyrektor nadal był dyrektorem (albo nawet awansował), pułkownik zostawał generałem, działacz w organizacjach dotychczas kontrolowanych przez SB zostawał wiceprezesem i prezesem… A tyle spraw było do załatwienia i oni je załatwiali. Nastąpiła petryfikacja starego układu, wszystko się poplątało, zlepiło. Co z tym zrobić? Na pełną sprawiedliwość jest już za późno, ale na chociaż symboliczną sprawiedliwość – jeszcze nie. Tylko do tego niezbędna jest silna wola polityczna, nie w postaci pustych gestów na pokaz, ale konkretnych, zdecydowanych działań. Tylko kto tego naprawdę jeszcze chce?

Dziękuję za rozmowę.

Drogi Czytelniku,

zapraszamy do zakupu „Naszego Dziennika” w sklepie elektronicznym

Paulina Gajkowska

Aktualizacja 4 kwietnia 2018 (13:24)

Nasz Dziennik