logo
logo

Zdjęcie: Mateusz Marek/ Nasz Dziennik

W polityce liczy się stanowczość

Środa, 4 lipca 2018 (22:51)

Z dr. hab. Włodzimierzem Osadczym, historykiem, dyrektorem Ośrodka Badań Wschodnioeuropejskich na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim św. Jana Pawła II, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Porozumienie z Izraelem to rzeczywiście sukces Polski, jak przekonuje rząd, czy raczej porażka?

– Trudno ocenić to, co się wydarzyło w związku z nowelizacją ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej, a właściwie rezygnacją, wycofaniem się z jej niektórych punktów dotyczących karania i odpowiedzialności za oszczerstwa i kłamstwa, bez tego, co się działo wcześniej. Ten kontekst jest szalenie ważny, bo pozwala zobaczyć, jak wygląda polityka tego rządu w kwestii pamięci historycznej. W 2016 roku Klub Kukiz’15 złożył w parlamencie wniosek dotyczący nowelizacji ustawy o IPN, włączając do obowiązujących zapisów kolejny dotyczący zbrodni ukraińskich nacjonalistów i ukraińskich formacji kolaborujących z III Rzeszą oraz karalności za negowanie zbrodni wołyńskiej. Uznano, żeby połączyć kwestie banderyzmu z wcześniej złożonym przez Prawo i Sprawiedliwość wnioskiem dotyczącym karalności za szkalowanie Narodu Polskiego poprzez obarczenie odpowiedzialnością za holokaust, w tym mieszczą się określenia „polskie obozy śmierci”, „polskie obozy koncentracyjne” i inne paszkwile, jakie w ostatnich czasach się nasiliły.    

Projekt Kukiz’15 uzyskał pozytywną opinię Biura Analiz Sejmowych…

– Owszem, ale przeszedł też, uzyskując pozytywne oceny sejmowych komisji. Na jedno z takich posiedzeń byłem i ja zaproszony, zabierając głos w kwestiach kwitnącego – niestety –  banderyzmu na Ukrainie. Faktem bowiem jest, że jest to bardzo niebezpieczna ideologia, która może mieć wpływ także na bezpieczeństwo państwa polskiego. Niestety, po przejściu wszystkich etapów legislacyjnych projekt ustawy trafił do zamrażarki marszałka Sejmu. Był „mrożony” przez blisko półtora roku. To kuriozalne i zupełnie niezrozumiałe, bo skoro właściwie gotowej już ustawie nikt nie miał nic do zarzucenia pod względem merytorycznym, która była ewidentnie potrzebna z uwagi na szarzenie się ideologii banderyzmu i przenikania jej na terytorium Polski, ponadto ze względu na ataki środowisk żydowskich, które próbowały zniekształcić wizerunek Polski okresu II wojny światowej oraz umniejszyć rolę, jaką w czasie holokaustu odegrał polski Naród, a także ze względu na oskarżanie nas o udział w holokauście, ta ustawa była ze wszech miar potrzebna.

Wiem, że były próby zwracania się do marszałka Kuchcińskiego w tej sprawie, ale zdaje się nie przyniosły rezultatu…

– Marszałek Kuchciński wstrzymywał dalszy tok postępowań nad tą ustawą. Wiem też, że mocno w tę sprawę był zaangażowany wicemarszałek Terlecki, który też dbał o to, aby projekt tej ustawy nie pojawił się podczas obrad na sali plenarnej Sejmu. Próby upominania się środowisk kresowych, frakcji politycznych, w tym przede wszystkim ze strony Kukiz’15 jako inicjatora były niestety nieskuteczne. I wówczas, kiedy relacje polsko-ukraińskie coraz bardziej się pogarszały, to za każdym razem ten temat pojawiał się na sali obrad, ale był wycofywany przez większość sejmową.

Czym Pan tłumaczy ten upór PiS?

– Postawa PiS była żenująca i właściwie trudno to wytłumaczyć. Widać, że kierownictwo Sejmu traktowało tę ustawę jako czynnik uprawiania bieżącej polityki historycznej, nie chciałbym pójść za daleko, ale sprawiało to wrażenia handlowania pamięcią historyczną. Jak bowiem można zrozumieć fakt, kiedy dajmy na to, rano pojawia się informacja, że temat nowelizacji ustawy o IPN się pojawia, a wieczorem się go wycofuje, a takie sytuacje miały miejsce. W 2017 roku głosy protestu stawały się coraz bardziej stanowcze. 20 listopada 2017 roku ukazało się oświadczenie Centrum Informacji Sejmowej, w którym – w imieniu marszałka Kuchcińskiego – zapewniano ks. Zaleskiego, że Sejm cały czas pracuje nad tym projektem, że są prowadzone prace zmierzające do połączenia inicjatywy związanej z relacjami polsko-żydowskimi, która wyszła od PiS, z członem antybanderowskim autorstwa Kukiz’15. Było zatem zapewnienie marszałka Sejmu, że prace nad tą ustawą były prowadzone przynajmniej od listopada 20117 roku, dlatego twierdzenie, że ustawa ta pojawiła się nie wiadomo skąd, a dodatkowo twierdzenie, że rzekomo w tym wszystkim zadziałała ręka Moskwy, to taką narrację mogły podtrzymywać tylko wyjątkowo nieuczciwe osoby. Tak czy inaczej ustawa o IPN została znowelizowana w styczniu br. przez Sejm RP i zachwalana przez PiS jako coś, co broni polską rację stanu. Ciężko zrozumieć, dlaczego tak się stało, skoro wcześniej wszelkie próby uchwalenia noweli ustawy o IPN autorstwa Kukiz’15 były torpedowane. Można tylko domniemywać, że było to zależne od takich czy innych środowisk. Finał był taki, że ambasador Izraela Anna Azari w czasie uroczystości poświęconych 73. rocznicy wyzwolenia niemieckiego nazistowskiego obozu zagłady Auschwitz-Birkenau skrytykowała ustawę, po czym zaczęły się ataki i naciski na Polskę, aby to prawo zmienić.

Naciski były także ze strony ukraińskiej…        

– Kulminacją ingerowania w polskie sprawy były chyba apele prezydenta Poroszenki do Senatu RP, aby zawetował tę ustawę. To nie do pomyślenia, żeby takie sugestie czy apele oraz głosy de facto szkalujące państwo polskie płynęły od „strategicznego” partnera. Formułował je osobiście dyrektor Ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej Wołodymyr Wjatrowycz, jakby nie było urzędnik państwa w randze ministra. Niestety, wszystko to odbywało się w całkowitym milczeniu polskiego MSZ, nie było tez żadnej reakcji od ambasadora RP w Kijowie Jana Piekło. Można zatem powiedzieć, że z chwilą przyjęcia ustawy o IPN w styczniu tego roku Polska stała się  chłopcem do bicia atakowanym dotkliwie nie tylko ze strony Izraela i środowisk żydowskich, ale także przez dyplomację Stanów Zjednoczonych oraz oczywiście ze strony Ukrainy. Co by nie powiedzieć, państwo polskie doświadczyło bezprecedensowej presji i to, co się stało w ubiegłym tygodniu, czyli wycofanie się z części zapisów ustawy dotyczących penalizacji, można uznać jako przejaw uległości Polski wobec presji, o której mówiłem.

Czy Pana zdaniem są jakieś – powiedzmy – ukryte kulisy zmian ustawy o IPN?    

– Wiemy, że z atakami wobec tej ustawy teraz ujawnili się „tenorzy” polskiej polityki i tzw. celebryci naukowi oraz polityczni, którzy jeszcze kilka miesięcy czy kilka tygodni temu wychwalali tę ustawę, wskazując, że zawarte w niej zapisy są bardzo ważne dla Polski. Teraz zaś jakby na rozkaz odgórny pojawiły się zupełnie inne narracje. W tej sytuacji można się było spodziewać, że obóz rządzący bez problemu przeforsuje zmiany, usuwając to, czego jeszcze niedawno broniono jak niepodległości. Myślę, że to, co się wydarzyło przy głosowaniu zmian zapisów w ustawie o IPN, to ogromne upokorzenie, którego państwo polskie już dawno nie doświadczyło. Wystarczyło kilka godzin, aby Sejm głosami partii rządzącej, a także tzw. opozycji totalnej, przy wsparciu Senatu i podpisie prezydenta znowelizował tę ustawę. To wszystko wystarczyło, żeby zaraz po tym premier Mateusz Morawiecki mógł zdać sprawozdanie premierowi Izraela z wykonanego zadania. Wiemy, że w protokole dyplomatycznym istnieją prestiż i wzajemny szacunek oraz zasada wzajemności, ale tak jak została potraktowana Polska, przerasta wszelkie wyobrażenia o możliwości funkcjonowania w relacjach międzynarodowych.

Tyle że ze strony rządowej słyszymy, że teraz pozycja Polski w oczach naszych sojuszników Izraela, Stanów Zjednoczonych wprost przeciwnie wzrasta. 

– W polityce liczy się siła, nie uległość. Mam na myśli siłę wynikającą nie tylko z potencjału militarnego czy pozycji gospodarczej, ale liczy się także siła ducha, wiary i zasad moralnych. Uległość w polityce nigdy nie była powodem do szacunku czy też realizacji racji stanu. Uległe były państwa wasalne, bo nie miały innego wyjścia. Uległa była np. PRL. Natomiast teraz widzimy, że komuś wyraźnie zależało na tym, aby wskazać Polsce miejsce w szeregu i uświadomić nam, że jeśli będziemy się wybijali, to będą też nieprzyjemne konsekwencje. Z Zachodu, zwłaszcza z Waszyngtonu, słyszymy narrację o sojuszach, partnerstwie, ale czy to, co się teraz stało – mam na myśli także presję wywieraną na Polsce – rzeczywiście świadczy o partnerstwie, to można mieć poważne wątpliwości. Dlatego powinniśmy mieć świadomość, że te ustępstwa z naszej strony zostały wymuszone nie tylko, żeby osiągnąć zakładany cel, ale do tego państwo polskie zostało publicznie upokorzone.

Ale narracja rządu mówi o czymś zupełnie odwrotnym, wręcz o sukcesie negocjacyjnym…?

– Rządzący nie mają innego wyjścia niż powielać tego typu narracje, że jest to sukces.

Jakie konsekwencje na przyszłość pociągają za sobą ustępstwa z polskiej strony w sprawie ustawy o IPN?                      

– Wydaje mi się, że niestety zmiana ustawy o IPN utrwala obraz Polski jako państwa, które pozbawia się pamięci, któremu daje się coś w rodzaju koncesji na pamięć. Polakom pozwolono pamiętać o Katyniu z racji tego, że przyzwoliły na to światowe mocarstwa, które w tym momencie są skonfliktowane z Moskwą. Nie wiemy jednak, jak będzie to wyglądało później, bo wiemy, że za kilka dni dojdzie do spotkania prezydenta Trumpa z Putinem i może się okazać, że Polska znajdzie się w bardzo trudnej sytuacji. W odróżnieniu od Polski, państwa decyzyjne cały czas rozmawiają z Rosją jako dużym graczem, niekoniecznie się zgadzając z polityką Kremla. Natomiast Polska bodajże jako jedyny kraj w Europie jest odsunięta. Nie wiemy też, co nam obóz rządzący szykuje na odcinku dotyczącym banderyzmu ukraińskiego. Wiemy, że mocno się nasila i powiela kłamstwo, że jest to wrzutka moskiewska, m.in. ja jako osoba, która konsultowała tę ustawę, jestem pomawiany o realizację prorosyjskich interesów. Przy okazji chciałbym zaznaczyć, że pozwy sądowe wobec powielających tego typu oszczerstwa są przygotowywane i nie pozostanie to bez odpowiedzi.

Czy to nie rozzuchwala jeszcze bardziej Ukraińców?       

– Nie wiem, czy można być jeszcze bardziej zuchwałym niż to ma miejsce obecnie ze strony ukraińskiej, o czym zresztą wspomniałem już wcześniej, kiedy ze strony ukraińskich władz poddaje się wprost krytyce politykę wewnętrzną państwa polskiego. Niestety, odbywa się to przy milczeniu polskiego MSZ i ambasadora RP w Kijowie. To świadczy tylko o uległości. Przypomnę tylko sytuację z ubiegłego roku, kiedy MSZ przygotowało wzory polskich paszportów upamiętniających m.in. walki o zręby państwa polskiego, gdzie miał być m.in. Cmentarz Obrońców Lwowa, niestety protest ambasadora Ukrainy w Warszawie spowodował, że polski MSZ się z tego pomysłu wycofał. Tak nie da się uprawiać polskiej polityki zagranicznej szczególnie wobec Ukrainy. Przypomnę też sytuację sprzed kilku dni, kiedy wszystkie czynniki rządowe odmówiły patronatu nad Kongresem Środowisk Kresowych RP i konferencją naukową „Wołyń ’43: Walka o pamięć – Walka o Polskę”, które odbywały się w Lublinie i były poświęcone 75. rocznicy ludobójstwa dokonanego na Kresach przez OUN-UPA. Taka sytuacja miała miejsce po raz pierwszy w historii, co pokazuje uległość państwa polskiego na odcinku polityki wschodniej, co więcej – przyzwalanie na mieszanie się w wewnętrzne sprawy Polski przez „strategicznego” ukraińskiego sąsiada.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl