logo
logo

Zdjęcie: Mateusz Marek/ Nasz Dziennik

Z ograniczonym zaufaniem

Wtorek, 4 września 2018 (23:20)

Ze Stanisławem Piotrowiczem, posłem PiS, przewodniczącym sejmowej Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Polscy prokuratorzy i technicy kryminalistyczni rozpoczynają w Smoleńsku oględziny wraku tupolewa. Czego się Pan spodziewa po tych działaniach?

– Dobrze, że nasi przedstawiciele pojechali do Smoleńska. Oględziny wraku Tu-154M konieczne były bezpośrednio po katastrofie i powinny być wykonane niezwłocznie. Nie chciałbym jednak wracać do tamtych chwil, ale trzeba jasno stwierdzić, że zostały popełnione kardynalne błędy, a być może mieliśmy do czynienia z zamierzonymi działaniami. Trudno na to jednoznacznie odpowiedzieć.

Tak czy inaczej ciągnie się za nami decyzja Donalda Tuska o oddaniu śledztwa w ręce Rosjan…    

– Oczywiście, że tak. Skoro Rosjanie teraz zgodzili się na coś, na co wcześniej nie wyrażali zgody, to trzeba też ostrożnie do tego podchodzić i dokonywać oceny. Niemniej jednak zobaczymy, co będą mogli, jakie czynności będą mogli przeprowadzić polscy specjaliści, a na jakie nie otrzymają przyzwolenia strony rosyjskiej. Ważne jest też, jak będzie wyglądała droga przekazywania pozyskanych materiałów. Wcześniej – jak pamiętamy – próbki pobrane przez polskich ekspertów musiały pozostać w Moskwie. Dopiero potem Rosjanie decydowali o przekazaniu ich do Polski i to opóźnienie było dość znaczne. Co się w tym czasie działo z próbkami, też do końca nie wiemy. A zatem dobrze, że teraz są wykonywane czynności, ale dość ostrożnie podchodzę do efektów tych prac.

Jakie – Pana zdaniem – intencje mogły towarzyszyć rosyjskiej zgodzie, skąd ta nagła zmiana decyzji?

– Przede wszystkim być może liczą, że jeśli chodzi o możliwości zabezpieczania śladów, upływ czasu spowodował swoje. Po drugie być może, że dokonano ingerencji w dowody rzeczowe, czego też przecież nie można wykluczyć. Osobiście nie mam zaufania ani do tego, co robią, ani do tego, co mówią Rosjanie. Zresztą stanowisko Rosjan, chyba w nikim – nawet wśród państw europejskich – zaufania nie wzbudza.  

Mimo ewentualnych prób ingerencji w dowody rzeczowe technika cały czas idzie do przodu, czy jest zatem szansa, żeby po ośmiu latach zbadać wrak i dojść do prawdy?

– Zawsze jest jakaś szansa. Na przykład jeśli chodzi o ślady mechanoskopijne, to upływ czasu w mniejszym stopniu im szkodzi. Są jednak ślady, które tracą na wartości wraz z biegiem czasu. A zatem zawsze jest możliwość, że znajdzie się materiały, które w mniejszym lub większym stopniu przyczynią się do wyjaśnienia sprawy. Ale tak jak powiedziałem, skoro Rosjanie zgodzili się teraz na zbadanie wraku tupolewa, to rodzi się pytanie, co spowodowało taką zmianę stanowiska. Trzeba też sobie jasno powiedzieć, że wrak samolotu jest cały czas pod kontrolą i w dyspozycji Rosjan, i co się z tym dowodem rzeczowym działo na przestrzeni ośmiu lat od katastrofy, trudno dzisiaj powiedzieć. Przecież wiemy, że już wcześniej podejmowano próby mycia szczątków Tu-154M, ale możliwa była też dalsza ingerencja, a zatem trzeba się do tego odnosić bardzo ostrożnie. Można przypuszczać, że skoro Rosjanie zgodzili się na oględziny wraku tupolewa, to zadbali o to, żeby tam niczego nie znaleziono, co wskazywałoby na ich ingerencję w to, co się wydarzyło 10 kwietnia 2010 roku w Smoleńsku. Patrząc na to, jak na przestrzeni lat zachowywali się Rosjanie, można się spodziewać wszystkiego. Są podstawy, żeby wątpić w uczciwość strony rosyjskiej. Nie oznacza to jednak, że nie mamy skorzystać z okazji i każdej możliwości, jaka się nadarza. Być może, że na skutek niedopatrzenia ze strony służb rosyjskich uda się zobaczyć coś, co im umknęło i pozyskać istotne w śledztwie ślady.      

Tyle że jak słyszymy, cała procedura i wszystkie czynności pobierania próbek będą wykonywane nie bezpośrednio przez polskich ekspertów, ale przez rosyjskich i to pod nadzorem rosyjskiego Komitetu Śledczego…

– Tym bardziej należy się sceptycznie odnosić do wartości dowodowej. Z tego oto względu, że Rosjanie przekazywali nam już np. kopie nagrań zapisów czarnych skrzynek, z których każda była inna. Mieliśmy zatem do czynienia z wielką nierzetelnością lub zamierzoną manipulacją.  

Czy liczy Pan na to, że kiedyś główne dowody w śledztwie, a więc wrak tupolewa i czarne skrzynki, wrócą do Polski?

– Zarówno wrak tupolewa, jak i czarne skrzynki są polską własnością. Natomiast patrząc realnie na to, do czego zdolni są Rosjanie, nie jestem w tym względzie huraoptymistą. Rosjanie mają w tym interes, żebyśmy nie poznali prawdy o tym, co się wydarzyło w Smoleńsku 10 kwietnia 2010 roku. I co do tego nie ma najmniejszych wątpliwości. Gdyby bowiem mieli czyste ręce, to sami zabiegaliby o to, żeby w badaniach od samego początku, od chwili katastrofy uczestniczyli eksperci międzynarodowi, po to żeby odsunąć od siebie jakiekolwiek podejrzenia. Tego nie zrobili, a wręcz przeciwnie, dzięki uległości ze strony polskiej mogli nad wszystkim zapanować i korzystając z okazji, takie też zabiegi podjęli w sposób skuteczny. Wszystko w jednym celu, aby to nie strona polska czy strona międzynarodowa, ale żeby to strona rosyjska o wszystkim decydowała. W efekcie ograniczono stronę polską, a jednocześnie nie zadbano o to, ażeby eksperci międzynarodowi mogli wziąć udział w badaniach katastrofy, w tym również dowodów rzeczowych. Myślę, że tak zachowuje się tylko ktoś, kto się boi prawdy.

Dziękuję za rozmowę.      

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl