logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Zabrakło konkretów

Piątek, 21 września 2018 (21:11)

Z posłem Tomaszem Rzymkowskim (Kukiz’15) rozmawia Mariusz Kamieniecki

Jaki jest bilans wizyty prezydenta Andrzeja Dudy w Białym Domu? Możemy powiedzieć, że po stronie amerykańskiej mamy partnera, któremu zależy na Polsce?

– Nie ukrywam, że jestem bardzo rozczarowany tą wizytą. Po pierwsze, liczyłem, że będą jakieś konkrety, tymczasem były wprawdzie ciepłe, ale tylko słowa, zresztą bardzo ogólnikowe. Zabrakło też gestów świadczących o zacieśnieniu współpracy. Kwestia stałej amerykańskiej bazy w Polsce to wciąż, niestety, tylko pieśń przyszłości. Oczywiście moi oponenci powiedzą, że taka decyzja wymaga zgody Kongresu Stanów Zjednoczonych, natomiast brakuje również jednoznacznej deklaracji ze strony amerykańskiego prezydenta. Była ku temu doskonała okazja, ale tej deklaracji niestety zabrakło. Kolejna rzecz to brak jednoznacznej, twardej postawy prezydenta Donalda Trumpa i jasnej deklaracji w sprawie sankcji dla tych podmiotów, które są zaangażowane w budowę Nord Stream 2 po dnie Bałtyku. Tutaj również prezydent USA w stosunku do swojego wystąpienia na szczycie NATO złagodził swoje stanowisko, swoje nastawienie wobec tej inicjatywy. Wprawdzie skrytykował ten polityczny projekt rosyjsko-niemiecki, ale bez deklaracji czy zapowiedzi sankcji. Jednak najsłabiej wizerunkowo wyglądało zdjęcie siedzącego w wygodnym fotelu prezydenta Trumpa i stojącego obok w rogu biurka prezydenta Andrzeja Dudy podpisujących wspólną deklarację. Myślę, że należało zadbać o odpowiednie warunki przy podpisaniu bądź co bądź dokumentu międzypaństwowego. To niezręczność i można powiedzieć wpadka protokolarna, ale też powiedziałbym pstryczek w polską stronę.

Wciąż jednak mamy deklarację o strategicznym partnerstwie między Polską a Stanami Zjednoczonymi…

– Z pewnością jest to fakt, ale brakuje mi w tym wszystkim konkretów. Proszę pamiętać, że to partnerstwo polsko-amerykańskie już było, a teraz zostało niejako odświeżone. Ponadto Polska jest członkiem Sojuszu Północnoatlantyckiego – wielokrotnie Donald Trump przedstawiał nas jako wiernego partnera, sojusznika, który realizuje ustalenia NATO chociażby w kwestii wydatków budżetowych na obronność i modernizację własnej armii, zgodnie z ustaleniami z Newport, czyli dwa procent PKB. Natomiast ze strony Stanów Zjednoczonych, jeśli chodzi o deklaracje sprzed kilku dni, to czuję pewien niedosyt.

Z czego wynika ta wstrzemięźliwość?

– Składa się na to kilka elementów. Po pierwsze, jest to efekt naszej słabości – myślę tu o służbach, o współpracownikach prezydenta Dudy. Mam wrażenie, że ta wizyta – niezależnie od tego, co twierdzi Kancelaria Prezydenta RP – była jednak nie do końca przygotowana. Zrobiono apetyt polskiemu społeczeństwu, balonik został mocno nadmuchany, były wielkie nadzieje i oczekiwania związane z tą wizytą prezydenta Dudy w Białym Domu, natomiast efekt finalny jest taki sobie, nie jest – w mojej ocenie – zadowalający. Kolejna rzecz, która mogła zaważyć na konkluzji tego spotkania, to wybory do Senatu Stanów Zjednoczonych, które odbędą się za kilka tygodni i być może Donald Trump nie chciał zaszkodzić Partii Republikańskiej, licząc, że uda się przynajmniej utrzymać dotychczasowy stan posiadania. Myślę, że to był najważniejszy element tej całej rozgrywki, której byliśmy świadkami. Jest też pytanie o kurs polityki amerykańskiej administracji, zważywszy, że mamy dość płynną sytuację geopolityczną na świecie. Wiemy, że Donald Trump w odróżnieniu od swoich poprzedników prowadzi bilateralne, dwustronne negocjacje z wieloma partnerami i we wszystkim widzi interes, owszem, polityczny, ale też biznesowy. Natomiast pozycja Polski w tej grze wciąż jest – w mojej ocenie – bardzo niejednoznaczna. Wiele poprzednich rządów w Polsce deklarowało bliską współpracę ze Stanami Zjednoczonymi, ale profitów płynących z tej naszej sympatii i lojalności za wiele nie mamy.

Polska wciąż liczy na stałe amerykańskie bazy w Polsce, ale podczas wspólnej konferencji więcej o tym mówił prezydent Duda niż prezydent Trump. Czy jest szansa na powstanie takiej bazy i co jest dla nas korzystniejsze: czy wydawanie miliardów dolarów na stworzenie takiej bazy, czy może wykorzystanie tych środków na dozbrajanie własnej armii?

– Moim zdaniem, Polsce jest potrzebne jedno i drugie. Proszę pamiętać, że ta baza, która została już okrzyknięta w mediach jako „Fort Trump”, byłaby bazą polską, a jedynie udostępniona wojskom amerykańskim. Mowa jest tutaj o dywizji pancernej, która zostałaby zlokalizowana jako element polskiego terytorium, który zostałby tylko udostępniony wojskom sojuszniczym zgodnie z zawartą wcześniej umową. Tak czy inaczej musimy też sami zadbać o własne bezpieczeństwo, a to oznacza konieczność modernizacji swoich sił zbrojnych, co nie ulega najmniejszym wątpliwościom. W tej sytuacji trzeba znaleźć złoty środek między jednym a drugim. Z pewnością armia Stanów Zjednoczonych jako najpotężniejsza armia świata jest gwarantem naszej niepodległości i suwerenności, jest z całą pewnością elementem odstraszającym potencjalnych agresorów, ale pamiętajmy przy tym, że najistotniejszym elementem jest nasza własna zdolność do obrony państwa. I jeśli sami o to nie zadbamy w pierwszym rzędzie, to nikt za nas tego nie zrobi. Uważam, że mylne jest porównywanie lokacji wojsk amerykańskich z wynajmowaniem ochroniarza. W mojej ocenie, jest to bliska współpraca między sojusznikami w ramach Sojuszu Północnoatlantyckiego, co w bardzo znaczący sposób podwyższy poziom bezpieczeństwa Polski na arenie międzynarodowej.

Wspomniał Pan wcześniej, że współpraca polsko-amerykańska nie jest taka, jakiej byśmy sobie życzyli, ale zastanawiam się, jaka byłaby pozycja Polski, gdyby dzisiaj gospodarzem Białego Domu była Hillary Clinton? 

– Trudno jednoznacznie powiedzieć, podejrzewam jednak, że te polsko-amerykańskie relacje mogłyby być relatywnie gorsze niż za prezydentury Donalda Trumpa. To znaczy, nie można wykluczyć, że to, co obserwujemy dzisiaj ze strony elit brukselskich, czyli nagonka na Polskę w związku z reformami wymiaru sprawiedliwości, czy w ogóle w związku z tym, że w Polsce rządzi Zjednoczona Prawica, a siły, które przez osiem lat rządziły Polską, w wyniku demokratycznych wyborów w 2015 roku musiały przejść do opozycji, nie mogąc się pogodzić z utratą władzy – nie można wykluczyć, że podobne ataki na Polskę mogłyby być ze strony amerykańskiej administracji, zza oceanu. Na pewno łatwiej byłoby Hillary Clinton dogadać się z obozem lewicowo-liberalnym w Polsce niż z przedstawicielami obozu patriotycznego i to nie ulega żadnej wątpliwości.

Nasze obecne polsko-amerykańskie relacje nie są wymarzone, ale wiadomo, że rozmowy i dialog będą trwały. W jakim kierunku powinniśmy rozwijać naszą współpracę?

– Nacisk powinien zostać położony przede wszystkim na współpracę militarną i wojskową polegającą na możliwości zakupu najnowocześniejszych technologii wojskowych, instalowania na terytorium Polski gałęzi amerykańskiej gospodarki – zarówno obronnej, jak też energetycznej. Pamiętajmy, że jesteśmy w takim położeniu geopolitycznym, że kwestia militarna gwarantuje nam bezpieczeństwo, ale również kwestia dostaw surowców energetycznych. Stąd też tak duże znaczenie ma dla nas dywersyfikacja surowców i w tym momencie Stany Zjednoczone jawią się jako potencjalny partner gospodarczy dla Polski, ale taż państw Trójmorza. Dzisiaj ropa naftowa i gaz są bardzo potrzebne każdej gospodarce świata i o te surowce może się toczyć również konflikt zbrojny. Mamy w Polsce odpowiednią infrastrukturę, która pozwala na import gazu LNG ze Stanów Zjednoczonych do Europy właśnie polskimi wrotami przez polski Bałtyk, co byłoby dobrym rozwiązaniem korzystnym dla obu stron: i dla Polski, i dla strony amerykańskiej.

Tym bardziej że Stanom Zjednoczonym, ale Polsce również zależy na zmniejszeniu dominacji rosyjskiej w zakresie dostaw gazu…

– Oczywiście. W ubiegłym roku na ten temat rozmawiałam z prof. Markiem Chodakiewiczem z The Institute of World Politics w Stanach Zjednoczonych, który przedstawił perspektywę amerykańską. Chodzi o to, że Stany Zjednoczone z roku na rok eksportują coraz więcej gazu LNG czy też ropy naftowej i są jednym z największych eksporterów węglowodorów. W tej sytuacji Polska jawi się Amerykanom jako potencjalny partner w eksporcie tych surowców, których cena z racji wzrastającego z roku na rok wydobycia będzie spadała, bo również koszty wydobycia w Stanach Zjednoczonych będą mniejsze. Może się również stać tak, że te surowce energetyczne zrównają się cenowo z surowcami, które w tej chwili kupujemy ze Wschodu, przede wszystkim z Federacji Rosyjskiej.

Dziękuję za rozmowę.

                                 

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl