logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Mateusz Marek/ Nasz Dziennik

Jaki sukces?

Czwartek, 8 listopada 2018 (00:04)

Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, wykładowcą z KUL i WSKSiM, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Jak Pan Profesor skomentuje wyniki drugiej tury wyborów samorządowych? PiS przegrało w dużych miastach.

– To prawda, przy czym nie jest tak, że strona przeciwna, czyli Koalicja Obywatelska, zaproponowała jakieś nowe twarze. Inaczej było np. w przypadku Warszawy i zwycięstwa Rafała Trzaskowskiego, co wskazuje, że jest to miasto mocno zideologizowane, gdzie jest, nazwijmy to, ściana antypisowska. Wyobraźmy sobie sytuację – wprawdzie niemożliwą – PiS w Krakowie popiera Jacka Majchrowskiego albo, dajmy na to, w Rzeszowie kandydata lewicy Tadeusza Ferenca, a Platforma z Nowoczesną wystawiłyby swojego kontrkandydata. Czy wówczas wygrałby kandydat PiS, czy kontrkandydaci Platformy i Nowoczesnej? Jestem przekonany, że wynik Majchrowskiego czy Ferenca byłby analogiczny. Oczywiście jest to rozważanie teoretyczne, ale ono ilustruje nam sytuację, że wybory samorządowe rządzą się inną logiką, że nie rządzą się logiką ściśle partyjną. Platforma, Nowoczesna, SLD w dużych miastach nie tyle wystawiały swoich kandydatów, bo dla przykładu w Gdańsku wystawiły zupełnie innego kandydata, tylko starały się podwieszać pod tych, którzy wytworzyli sobie pewien układ, który jest jakby pozapartyjny, ale lokalnie bardzo głęboko osadzony. Jaka jest prawda, to zawsze jest dyskusyjne w każdym z tych przypadków, ale musimy jednak pamiętać, że PiS szło pod swoim szyldem praktycznie wszędzie i niemal za każdym razem kreowało nowe twarze.

I może to właśnie był błąd…?

– Myślę, że PiS niekoniecznie ma już wykreowane swoje marki dobrych gospodarzy, ludzi lokalnie zakotwiczonych. Wybory samorządowe pokazują, że są dwie kategorie polityków, które tylko czasem się przenikają. Mianowicie wielu polityków samorządowych – nawet Rafał Dutkiewicz we Wrocławiu – próbowało kiedyś zrobić karierę na scenie ogólnokrajowej i, jak wiemy, nic z tego nie wyszło. Okazuje się, że ci lokalni politycy, próbując kariery ogólnokrajowej, otrzymują śladowe ilości głosów i nic nie wynika z tych ich inicjatyw ogólnopolskich. I odwrotnie, również wielu polityków, którzy sprawdzają się na scenie ogólnopaństwowej, nie potrafi się przebić na niwie lokalnej.

Z czego to wynika?

– Inna logika rządzi jednymi i drugimi wyborami, również inne argumenty. Żeby wygrać wybory samorządowe, ale nie do sejmików wojewódzkich, bo te były bardzo mocno upartyjnione, ale wybory do rad miast, gmin czy powiatów, trzeba maksymalnie wejść w lokalne środowisko. Trzeba żyć sprawami środowisk lokalnych, być z ludźmi dostatecznie długo. Wielu wyborców oddaje głos na ludzi, których zna, zna też ich dotychczasowe dokonania i ma nadzieję, że dalej będą robić coś dobrego. I tu szyld partyjny nie gra roli. I jeśli dana partia będzie chciała coś na tym wygrać – tak jak Platforma, która poparła lokalnych działaczy mniej lub bardziej swoich lub pod nich się tylko podwiesiła i dzisiaj może ogłosić sukces. Tyle że to nie jest do końca jej sukces.

Ale to świadczyłoby, że głosowania w wielu miastach były przeciwko PiS?

– Tak było, ale tylko w niektórych miastach. PiS się nie przebił w wielu miejscach z uwagi na to, że nie miał ludzi tej marki, którzy wrośliby w lokalną społeczność do samego spodu. Owszem, PiS miało wielu zdolnych polityków, którzy odnosili ogromne sukcesy na niwie państwowej, jak chociażby Małgorzata Wassermann, która  – jestem o tym absolutnie przekonany, że jeśli przyjdą wybory do Sejmu, to otrzyma gigantyczne poparcie, ale nie w przypadku wyborów samorządowych. Chodzi o to, że w tych wyborach ludzie nie kierowali się tym, że Małgorzata Wassermann ma osiągnięcia m.in. jako szefowa komisji śledczej ds. Amber Gold, ale decydowały zupełnie inne argumenty, mianowicie, czy dany kandydat był w mojej dzielnicy, czy coś dla tej dzielnicy zrobił itd. I tu jest różnica, stąd bierze się poparcie bądź jego brak.

Wyborcy chcą stawiać na gospodarzy…             

– Dokładnie tak jest. Oczywiście inaczej jest już w sejmikach wojewódzkich, bo tu siłą rzeczy obowiązuje pewien układ partyjny, z którego pośrednio wyłania się marszałka, czasem też w starostwach i powiatach, kiedy głosuje się na partie, bo wiadomo, że ona wyłoni z siebie takiego czy innego gospodarza. I tu jest kwestia, czy mamy czy nie mamy zaufania do danej partii. Co by jednak nie powiedzieć, trzeba podkreślić, że PiS odniosło duży sukces, zmieniając konfigurację w wielu sejmikach czy starostwach, pomimo że miało przeciwko sobie niemal wszystkie ugrupowania, a jednak będzie rządziło w co najmniej sześciu sejmikach. I dopiero teraz, kiedy to wszystko złożymy sobie w całość, to wyjdzie nam cała geografia skomplikowanych wyborów samorządowych.

Czym kierują się ludzie, dokonując takich, a nie innych wyborów, jak np. w Gdańsku?

– Nie można stwierdzić, że wszystkie wybory wyborców są dobre, bo wybór Pawła Adamowicza nijak się nie mieści w logice. Nie jest zatem tak, że wyborcy nie popełniają błędów. Twierdzenie takie uważam absolutnie za utopijne. Oczywiście jest też kwestia, czy dobrze dobrano odpowiednich kandydatów na burmistrzów czy prezydentów, ale na to pytanie muszą sobie odpowiedzieć lokalne środowiska. Jest też jeszcze jedna prawidłowość, mianowicie jeśli szukamy kandydatów na wójtów, burmistrzów czy prezydentów, to nie tyle powinny ich wyznaczać partie, co raczej powinny szukać takich kandydatów. Chodzi o znalezienie ludzi, którzy już się sprawdzili i mają szanse, a zarazem podzielają poglądy ideowo zakotwiczone w tym obszarze. Jeśli się bowiem wyznaczy z góry kandydata, to wówczas takie wybory mają wymiar promocji tej osoby, ale na przyszłość, a póki, co nie dają rękojmi zwycięstwa.

I chyba nie należy szukać kandydatów na ostatnią chwilę, ale – jak Pan Profesor mówi – wychowywać ich…  

– Owszem, należy wychowywać kandydatów, promować ich z myślą o przyszłości, dawać im zadania do wykonania. Ale żeby być ze społecznością lokalną, potrzeba bardzo dużo czasu, żeby poznać lokalne uwarunkowania, problemy ludzi, trzeba się sprawdzać, a to wymaga poświęcenia. Na to jednak nie mają czasu politycy ze szczebla ogólnopolskiego, posłowie, senatorowie, którzy, choć wyrastają z danego regionu, to działają na niwie ogólnokrajowej. Co by nie powiedzieć, jeśli chodzi o wybory samorządowe w dużych miastach, to PiS nie odniosło żadnego sukcesu. Owszem, w niektórych miastach, jak chociażby w Chełmie, wygrał młody człowiek, kandydat PiS, gdzie kompletnie nikt się tego nie spodziewał.

Czy i jak te wybory samorządowe mogą się przełożyć na przyszłoroczne wyniki wyborów do Sejmu?

– Wyniki przełożą się przede wszystkim w aspekcie wyników wyborów do sejmików wojewódzkich i trochę powiatów. Natomiast wyniki wyborów prezydentów, burmistrzów czy wójtów nie będą miały – w mojej ocenie – aż tak wielkiego znaczenia. Jeśli ktoś nie daje temu wiary, proszę, żeby się przyjrzał wynikom wyborów w większych miastach przed czterema laty i porównał to z wynikami PiS czy Platformy rok później w wyborach parlamentarnych.

PiS jednak nie powinno chyba spocząć na laurach i liczyć, że wybory samorządowe mają inną specyfikę niż parlamentarne…

– Zdecydowanie tak. Moim zdaniem, wybory samorządowe dają ogromną władzę – wprawdzie rozproszoną na różne podmioty, ale jednak władzę ogromną i szeroko rozumiane środowiska prawicowe powinny się nad tym pochylić. Jeśli bowiem mówimy o poprawie kondycji życia ludzi nie tylko jeśli chodzi o jakieś megainwestycje finansowane z budżetu krajowego, ale w różnych aspektach życia, to samorząd ma na to gigantyczny wpływ. W związku z tym, jeśli chcemy ludziom poprawić ich los, to nie wystarczy przejąć władzę ogólnokrajową, ale trzeba próbować wejść w samorządy, szukając takich ludzi, którzy są samorządowo aktywni, którzy są społecznikami i zdobyli markę swoją dotychczasową działalnością, bo tylko wtedy będzie szansa na sukces.

Dziękuję za rozmowę.

      

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl