logo
logo

Monte Cassino

Zdjęcie: Mateusz Marek/ Nasz Dziennik

Góra Polaków

Sobota, 18 maja 2019 (02:51)

75 lat po zwycięskiej bitwie o Monte Cassino weterani 2. Korpusu Polskiego wracają na klasztorne wzgórze.

Dziś, podczas uroczystości państwowych z udziałem prezydentów Polski i Włoch, oddadzą hołd swoim poległym kolegom i przekażą specjalne przesłanie młodemu pokoleniu. Walczyli nie tylko o niezdobyte przez aliantów wzgórze klasztorne. Nie tylko o wyrąbanie drogi na Rzym. Tak jak ich poprzednicy spod Legnicy, Wiednia, Warszawy w dniach Cudu nad Wisłą żołnierze 2. Korpusu byli też żołnierzami Chrystusowej sprawy. Stanęli do walki w obronie wiary i Ewangelii, o chrześcijański kształt Polski i Europy. W ziemię Monte Cassino i okolicznych wzgórz wsiąkła krew blisko 1000 polskich żołnierzy.

– Nie zadawaliśmy pytań, czy warto ponosić takie ofiary. Wiedzieliśmy, że Polska jest okupowana, że Polacy, nasze rodziny cierpią i że my musimy walczyć – mówi „Naszemu Dziennikowi” ppłk prof. Wojciech Narębski, jedyny żyjący żołnierz 22. kompanii zaopatrzenia artyleryjskiego, uczestnik zwycięskiego szlaku gen. Władysława Andersa od Monte Cassino po Ankonę i przełamanie linii Gotów. Sędziwy weteran odczyta testament żołnierzy generała skierowany do harcerzy, strzelców, uczniów szkół noszących imię dowódcy 2. Korpusu i bitwy o Monte Cassino.

– Ta bitwa uchodzi za najbardziej zaciętą bitwę II wojny światowej. Rozmawiałem ze strategami. Fachowcy mówią, że 2. Korpus Polski wykonał zadanie ponad siły. To było możliwe tylko dzięki bohaterstwu żołnierza – podkreśla prof. Wojciech Narębski.

W czasie walk prof. Wojciech Narębski dowoził z okolic Venafro pociski do stanowisk bojowych, 40-60 na jedno działo. Dla bezpieczeństwa transport odbywał się przeważnie nocami, gdyż Niemcy z sąsiadującego z Monte Cassino masywu Monte Cairo, dominującego nad całym terenem, mieli wgląd w pole bitwy. – Obserwatorzy mieli specjalne przyrządy i penetrowali teren walk. Widzieli nas jadących i próbowali co pewien czas ostrzeliwać, żeby uszkodzić nasze samochody z amunicją, co groziło eksplozją – opowiada ppłk prof. Narębski. W 22. kompanii zaopatrzenia artyleryjskiego „służył” niedźwiedź Wojtek, nazywany „dużym Wojtkiem” w odróżnieniu od „małego”, czyli Wojciecha Narębskiego, przygarnięty przez żołnierzy w Iranie. – Zwierzę lubi naśladować człowieka. Jak widział, że my nosimy z trudem – jedna skrzynia z czterema pociskami ważyła 100 kg, brał ją w łapy i sam podnosił do góry. Czasami kładł na samochód albo stawiał jedną na drugą, co było dla nas dużą ulgą, bo nie musieliśmy podnosić pakunków do góry – wspomina kombatant.

Drogi Czytelniku,

cały artykuł jest dostępny w wersji elektronicznej „Naszego Dziennika”.

Zapraszamy do zakupu w sklepie elektronicznym

Małgorzata Rutkowska Cassino

Nasz Dziennik