logo
logo

Wybieram Nasz Dziennik

Zdjęcie: / Nasz Dziennik

Antidotum na medialną papkę

Wtorek, 4 czerwca 2019 (14:54)

ROZMOWA z ks. Robertem Mikosem, wikariuszem z parafii Chrystusa Króla Wszechświata w Piastowie

 

Od kiedy czyta Ksiądz „Nasz Dziennik”?

– Od pierwszego numeru.

Codziennie kupuje Ksiądz nowy numer?

– Muszę przyznać, że tak. Ja jestem „gazeciarzem” i dla mnie internet czy telewizja w porównaniu z gazetą to zupełnie inne światy. Przedkładam nad obraz słowo pisane. Nawet jak gdzieś wyjeżdżam, zawsze staram się kupić dziennik po drodze.

Jakie teksty czyta Ksiądz ze szczególną przyjemnością?

– Działy „Wiara Ojców” i „Myśl jest bronią”, a szczególnie teksty ks. prof. Czesława Bartnika.

To treści, które tłumaczą rzeczywistość?

– Wyjaśniają sens tego, co dzieje się wokół, i budują prawidłowe myślenie.

Tego typu teksty pewnie trudno znaleźć gdzie indziej.

– Myślę, że tak. W innych pismach treści są bardzo wygładzone, poprawne, a autorzy „Naszego Dziennika”, tak jak ks. prof. Bartnik, piszą o pewnych rzeczach wprost. Piszecie o tym, o czym nikt inny nie pisze. Poruszacie tematy ważne, a nie plotki, jak robią to inne gazety. Nie zapomnę tekstu w jednym z niby poważnych dzienników o tym, że zachorował pies premiera Wielkiej Brytanii. „Nasz Dziennik” to zupełnie inny poziom, to poważny tytuł.

Zachęca Ksiądz do lektury „Naszego Dziennika”?

– Tak, zachęcam do czytania dziennika i zwracam uwagę na tematy, które redakcja podejmuje. W przypadku ks. prof. Bartnika łatwo zainteresować innych lekturą, bo jego artykuły zawsze dotykają bardzo aktualnych problemów współczesności w Kościele, w Polsce. A to interesuje wszystkich.

Nawet jak w dzienniku są zapowiedzi materiałów, które ukażą się w kolejnych wydaniach, to już staram się nakierować ludzi na te treści. Teraz od kilku dni „Nasz Dziennik” zapowiadał, że w sobotę umieści obrazek ze słowami św. Jana Pawła II z pierwszej pielgrzymki do Polski w 1979 roku. Również mówiłem o tym ludziom od kilku dni. Cenię bardzo inserty umieszczane w dzienniku, choćby ten o obronie życia od poczęcia czy przepiękne zdjęcia Żołnierzy Niezłomnych.

„Nasz Dziennik” sprzedawany jest przy parafiach. Zachęta do lektury w czasie ogłoszeń parafialnych, na wzór tej, o której mówi Ksiądz, to wielka pomoc dla wiernych w zalewie medialnej papki.

– Oczywiście. Byłem kiedyś na bardzo trudnej parafii, gdzie wiele osób kwestionowało nauczanie Kościoła, panowała polityczna poprawność. Natomiast w kiosku parafialnym był dostępny „Nasz Dziennik” i wiele osób go kupowało, a oponenci nigdy przeciwko temu nie protestowali, nie wyrażali krytycznych uwag. Ta sytuacja była bardzo budująca.

I pokazująca, że do sprzedaży i kupowania „Naszego Dziennika” należy podchodzić śmiało i bez kompleksów?

– Tak jest. Znałem osoby, które bardzo sceptycznie podchodziły do dziennika, zawsze je zachęcałem, aby choć jeden tekst przeczytali, przejrzeli choć jeden numer – i muszę przyznać, że ich zdanie po takiej lekturze było zupełnie inne. Zawsze mówię: przeczytaj i dopiero wtedy się wypowiadaj.

Z jednej strony zatem jest radość z lektury, z drugiej – kupowanie i czytanie „Naszego Dziennika” to konkretne wspar-cie dla budowy katolickiej opinii publicznej w Polsce?

– Bez wątpienia. To jest obecnie bardzo ważne. Nie mamy jako katolicy innego codziennego, polskiego i niezależnego pisma, a jak ważne jest kształtowanie konserwatywnej opinii, widzieliśmy choćby podczas ostatnich wyborów do europarlamentu.

Dostrzega Ksiądz wokół siebie potrzebę tego, by ludzie sięgali po „Nasz Dziennik”, bo to wzmacnia prawidłowe myślenie Polaków?

– Jak najbardziej. Każdy coś tam niby wie, bo usłyszał w radiu czy telewizji, ale to bardzo często nie przybliża ludzi do rozumienia rzeczywistości, a jedynie napełnia głowę zalewem informacji.

A gdyby „Naszego Dziennika” miało nie być na rynku?

– Po prostu sobie tego nie wyobrażam.

Jego trwanie to nasza wspólna odpowiedzialność?

– Oczywiście, kupowanie „Naszego Dziennika” to wyraz naszej obywatelskiej postawy.

Dziękuję za rozmowę.

Beata Falkowska

Nasz Dziennik