logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Musimy szukać kompromisów

Czwartek, 18 lipca 2019 (22:14)

Z Markiem Astem, posłem Prawa i Sprawiedliwości, przewodniczącym sejmowej Komisji Ustawodawczej, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Jeszcze Ursula Von der Leyen nie objęła stanowiska, a Komisja Europejska przechodzi do drugiego etapu procedury związanej z naruszeniem prawa przez Polskę. Po co ten ruch, skoro mandat obecnej Komisji dobiega końca?

– Mamy kampanię wyborczą w Polsce, za moment skończy się obecna kadencja Sejmu, opozycja – mam na myśli Koalicję Europejską – się rozpadła i szanse na to, żeby totalna opozycja osiągnęła jakiś przyzwoity wynik w nadchodzących wyborach są małe. W tej sytuacji Komisja Europejska musi rzucić jakieś koło ratunkowe i dalej drążyć temat, który prawdę powiedziawszy, nie ma jakiegokolwiek uzasadnienia, jeśli chodzi o stan faktyczny. W Polsce nie dochodzi przecież do żadnego naruszania praworządności, ale będący swoistym biczem na niepokorne państwa w Unii Europejskiej, które chcą iść własną drogą, które chcą – zgodnie z wolą wyborców – się reformować wewnętrznie – jest stosowany sławetny artykuł 7 Traktatu o Unii Europejskiej. I z tego też chyba wynika decyzja odchodzącej niebawem Komisji Europejskiej o przejściu do drugiego etapu procedury związanej z naruszeniem prawa przez Polskę, a wszystko po to, żeby już Komisję pod nowym przewodnictwem jakby postawić przed faktem dokonanym. Mam jednak nadzieję, że nadejdzie pewna refleksja, że zmiana na stanowisku przewodniczącego Komisji Europejskiej i poparcie ze strony PiS dla kandydatury Ursuli von der Leyen przynajmniej spowoduje, że przewodnicząca Komisji jeszcze raz przyjrzy się dotychczasowej procedurze wszczętej z art. 7 w stosunku do Polski i być może będzie wnioskowała o wycofanie się z tej procedury. Tym bardziej że nie ma żadnych racjonalnych podstaw, aby jakiekolwiek szykany wobec Polski stosować.

Kiedy mówi Pan o tych nadziejach, to przypominam sobie, jakie nadzieje PiS wiązało z wyborem Antonio Tajaniego na szefa Parlamentu Europejskiego, co też okazało się zawodem.

– Wydaje się, że przy wyborze Ursuli von der Leyen pole manewru było nieduże. PiS, które – jak wiemy – w Parlamencie Europejskim należy do Grupy Europejskich Konserwatystów i Reformatorów nie ma wielkiej siły głosu. Oczywiście byliśmy języczkiem u wagi przy tym głosowaniu nad kandydaturą niemieckiej polityk i właściwie możliwe były dwie opcje: poprzeć albo odrzucić. Wykonaliśmy gest, który dowodzi, że dochowujemy standardów, że jeżeli coś zapowiadamy, jeśli się na coś umawiamy, do czegoś się zobowiązujemy – a tutaj wstępne poparcie dla kandydatury Ursuli von der Leyen przecież było – to w przeciwieństwie do lewicowych czy lewackich partii, które nie głosowały na Beatę Szydło jako kandydatkę na szefową Komisji zatrudnienia i spraw społecznych w Parlamencie Europejskim – mimo obowiązujących zwyczajów i wcześniejszych ustaleń – to my jednak pokazujemy, że dla nas standardy są jednak najważniejsze. I nawet jeśli mamy pewne obiekcje co do tego, jak nowa przewodnicząca będzie prowadziła Komisję Europejską – w szczególności w sprawach dotyczących Polski – to jednak zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami dotrzymaliśmy słowa i zagłosowaliśmy za kandydaturą Ursuli von der Leyen.

Tylko co z tego, że my dotrzymujemy słowa, skoro w całym tym brukselskim towarzystwie nie obowiązują – jak się okazuje – żadne standardy…?

– Rzeczywiście nie obowiązują tam standardy, ale przecież wcale nie oznacza to, że wolna amerykanka jest standardem przyjętym w ogóle w Unii Europejskiej. Stąd być może decyzja Brytyjczyków o wystąpieniu ze Wspólnoty, bo skoro w Brukseli nie obowiązują zasady, skoro obowiązuje tam prawo silniejszego, to stąd tak twarde i nieprzejednane stanowisko Wielkiej Brytanii o brexicie. Zresztą Boris Johnson – jak wszystko wskazuje – nowy premier Wielkiej Brytanii, zapowiedział, że jeśli nie uda się wypracować umowy, to jego kraj i tak opuści Unię Europejską i podał sztywną datę 31 października tego roku. Jest zatem determinacja, żeby – zgodnie z wolą narodu – Wielka Brytania opuściła szeregi wspólnoty. My oczywiście tak daleko iść przecież nie zamierzamy, więc nie chcemy być w ciągłej konfrontacji z Komisją Europejską, nie chcemy też cały czas prowadzić sporów przed Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Wiemy też, że w wielu sprawach jako członek Unii Europejskiej jesteśmy zależni od decyzji, które są podejmowane w Komisji Europejskiej, więc musimy szukać kompromisów, a czasami cofnąć się nawet o kilka kroków. Mogę powiedzieć tylko tyle, że dzisiaj najistotniejsze jest to, czy Zjednoczona Prawica w zbliżających się wyborach parlamentarnych dostanie mocny mandat do sprawowania władzy na kolejne cztery lata, bo ten mocny mandat wyborców może być też twardym argumentem do prowadzenia podmiotowej polityki w Unii Europejskiej.

Wspomniał Pan o przegranej Beaty Szydło w wyborach na szefową Komisji zatrudnienia i spraw społecznych, co zatem zostało z wygranej PiS-u w wyborach europejskich, skoro nie możemy obsadzić jednego z kluczowych stanowisk w Unii Europejskiej?

– Niestety, ale Parlament Europejski jest zdominowany przez środowiska lewicowe i taka linia w tej chwili – także w Europie – obowiązuje. PiS jako partia konserwatywna jest w zdecydowanej mniejszości. Nie załamujemy rąk, bo to zwycięstwo, jakie odnieśliśmy w wyborach do europarlamentu, pokazuje, że Polacy zgadzają się z polityką rządu premiera Mateusza Morawieckiego w stosunku do Unii Europejskiej. I to jest ważny aspekt, bo w tych trudnych wyborach do europarlamentu, kiedy właśnie mówiliśmy o kierunkach rozwoju Unii Europejskiej – jej przyszłości i miejscu Polski we Wspólnocie – to nasza narracja została nagrodzona właśnie zwycięstwem wyborczym i to zwycięstwem zdecydowanym. Można więc powiedzieć, że to jest najważniejsze i ta wskazówka jest istotną zdobyczą z kampanii wyborczej, że my z jednej strony, będąc sekowani przez środowiska, które są w większości w Parlamencie Europejskim, możemy specjalnie się tym nie przejmować. Mam nadzieję, że Polacy zrozumieją, że z uwagi na naszą podmiotową politykę właśnie w ten sposób jesteśmy karani.

Co zatem z tego, że PiS wygrało wybory europejskie skoro Frans Timmermans, przeciwko któremu toczyła się batalia – z naszym udziałem – i tak będzie dalej wiceszefem Komisji Europejskiej i jak można się spodziewać nadal będzie nękał Polskę?

– Tutaj – można powiedzieć – że wpływu na to wielkiego rząd premiera Mateusza Morawieckiego nie ma, bo o takim, a nie innym kształcie obecnego Parlamentu Europejskiego zdecydowali wyborcy w Niemczech, Francji, Holandii, we Włoszech czy w innych krajach. To jednak pokazuje, że jeszcze nie nadszedł czas, kiedy formacje reprezentujące tradycyjne wartości, formacje, które odwołują się do idei, które stały u podstaw tworzenia Unii Europejskiej, czyli przede wszystkim wartości chrześcijańskie, będą miały decydujący głos. Ale taki czas kiedyś – mam nadzieję, że w niedługo – nadejdzie i te formacje będą dominować na europejskiej scenie politycznej. Na razie ciągle jesteśmy w mniejszości, a dominuje ideologia mocno lewicowa, lewacka łącznie z propagowaniem ideologii LGBT.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl