logo
logo

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

To były haniebne słowa

Wtorek, 8 października 2019 (22:01)

Z Krzysztofem Wyszkowskim, współtwórcą i byłym działaczem Wolnych Związków Zawodowych, doradcą premierów Jana Krzysztofa Bieleckiego i Jana Olszewskiego, członkiem Kolegium IPN, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Jak odebrał Pan słowa Lecha Wałęsy o twórcy „Solidarności Walczącej” śp. Kornelu Morawieckim, wypowiedziane podczas konwencji Koalicji Obywatelskiej?

– Trudno ocenić merytorycznie wypowiedź człowieka pogubionego, którego ludzie, sytuacja, okoliczności w czasach strajków w Stoczni Gdańskiej, w sierpniu 1980 roku wyniosły na piedestał. Niestety, stworzyliśmy mit, nie zdając sobie sprawy, że nie tyle, że nie udźwignie tego ciężaru, co zdradzi ideały nas wszystkich, którzy w nie wierzyliśmy.

Jak to wówczas wyglądało?

 – 31 sierpnia wraz z moim bratem, ale też innymi, na koniec podpisania Porozumień Sierpniowych w sali BHP Stoczni Gdańskiej w obecności mediów, kamer zagranicznych stacji telewizyjnych okrzyknęliśmy Lecha bohaterem, budując jego pozycję. Myślę, że dla niego samego – zwłaszcza na początku – było to nie do udźwignięcia, niczym kosmonauta w momencie wystrzelenia w kosmos, który przechodzi tak duże przeciążenie, że traci przytomność. I ten człowiek stracił przytomność umysłu, zachłysnął się swoją wielkością. Później w okresie stanu wojennego większość z internowanych w ośrodku odosobnienia była przeciwna podtrzymaniu Wałęsy na stanowisku przewodniczącego NSZZ „Solidarność”. Muszę się przyznać, że wówczas sądziłem, że w imię podtrzymania frontu walki z komunizmem – mając już świadomość, kim jest Wałęsa, stałem na stanowisku, że lepiej żeby został do czasu zwycięstwa, a później sobie z nim poradzimy, odsuwając go na bocznicę.

Dzisiaj nie żałuje Pan tego?    

– Muszę przyznać, że wtedy – przypomnę, że siedzieliśmy w więzieniu – nie przypuszczałem, że władza tak mocno wydrąży jego umysł, duszę, osobowość. Wcześniej przecież wspierałem tego człowieka, bo uważałem, że uda się obalić Wojciecha Jaruzelskiego przy pomocy Wałęsy. Chodziło o zakończenie potwornego układu Jaruzelski – Mazowiecki, tego PRL-u bis i wystarczy obalić Jaruzelskiego, a później z Wałęsą damy sobie radę. Odczuwam to bardzo mocno, mam świadomość, że w dużym stopniu odpowiadam za fakt, że ten człowiek wszedł do historii Polski. Sprawa jest zatem skomplikowana i nie wystarczy tylko odnosić się do wypowiedzi Wałęsy o śp. Kornelu Morawieckim, wypowiedzi haniebnej, ale jest to poziom charakterystyczny dla Wałęsy. 

Skąd ta niechęć Lecha Wałęsy, który  – delikatnie rzecz ujmując – nie darzył sympatią Kornela Morawieckiego?

– Wałęsa nikogo nie darzy sympatią, zwłaszcza tych, którzy wytykają mu oczywiste błędy, którzy moralnie zdali egzamin z polskości, patriotyzmu – w przeciwieństwie do niego. W pewnym sensie byłem jedną z osób, która w dawnych latach niejako opiekowała się Wałęsą – zwłaszcza wtedy, kiedy był pogubiony. To pomogło mu stanąć na nogi. Dzisiaj nie ma sensu odnosić się do jego aktualnych wypowiedzi, bo jak ujął to premier Mateusz Morawiecki, komentując haniebne słowa Wałęsy o Kornelu, żadne słowo Wałęsy w niczym nie ujmuje Kornelowi, natomiast jest najlepszym świadectwem o Lechu Wałęsie. I to jest prawda, Lech Wałęsa jest człowiekiem, nad którym należałoby roztoczyć zasłonę milczenia.

Dlaczego Kornel Morawiecki nie chciał pójść z Wałęsą i wybrał inną drogę?    

– Kornel Morawiecki był człowiekiem zasad, był człowiekiem w pełni samodzielnym. Ja też nie poszedłem z Kornelem, każdy z nas robił swoje. On robił to, co dyktowało mu wewnętrzne poczucie patriotyzmu. Był z Wrocławia i miał pewien dystans do tego, co robił Wałęsa, i nie poszedł na żaden układ z komunistami.

Dlaczego Pan tak długo popierał Wałęsę?

– Byłem przekonany, że – jak wspomniałem wcześniej – z tym człowiekiem damy sobie radę. Skoro faktem jest, że stał się ikoną „Solidarności” – zresztą zupełnie niezasłużenie – to uważaliśmy, że może być pomocny w obaleniu układu komunistycznego, że przy jego pomocy uda się obalić Jaruzelskiego, a później się go odsunie.

Ale to się nie udało…

– W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że utrzymywanie takiego stanu rzeczy nie ma sensu, więc odszedłem. Jednak koszty wystawienia Wałęsy na nienależną mu pozycję były duże. Przyznam, że ostrzegano mnie, co to za człowiek, ale wtedy zlekceważyłem te przestrogi i dzisiaj – w pewnym sensie – mam poczucie winy. Przeliczyłem się, mając nadzieję, że zwyczajnie zwiędnie, że okaże się zgraną kartą. I tak się stało, tylko że wtedy otoczył się kokonem ludzi dawnego komunistycznego układu. Wprawdzie został odrzucony przez Naród po pierwszej kadencji na urzędzie prezydenta RP, przegrywając z Aleksandrem Kwaśniewskim, i wydawało się, że to jest jego koniec. Wszystko, co działo się z nim później, to już tylko odpryski jego wcześniejszej działalności i uwikłania w dawny układ, w którym ciągle tkwi jak TW „Bolek”. 

Kornel Morawiecki znacznie wcześniej dostrzegł to, czego w Wałęsie nie widzieli inni?      

– Już w Gdańsku wielu ludzi wiedziało, kim jest Wałęsa, mnie też ostrzegano, żeby nie pomagać temu człowiekowi, bo on doprowadzi do wielu złych rzeczy. Rzeczywiście, wówczas zlekceważyłem te przestrogi. Ulepiliśmy bezdusznego Golema, który rozpadając się, zrobił duże szkody i wszyscy ponieśliśmy poważne koszty. Kornel Morawiecki już podczas Zjazdu „Solidarności” przestrzegał, aby nie chować głowy w piasek, był zdecydowanym przeciwnikiem jakiegokolwiek układu z komunistami, a z chwilą wprowadzenia stanu wojennego przeszedł do podziemia. Miał charakter, charyzmę, w przeciwieństwie do Wałęsy, którego już nie ma. Kiedy po wyborze na prezydenta zaproponował mi współpracę w Kancelarii Prezydenta, odmówiłem i wydawało mi się wówczas, że to jest koniec jego roli, że już nic więcej złego nie zrobi. Myliłem się jednak, bo to, co robi dzisiaj, jest zatrważające. Tak czy inaczej Wałęsy jako człowieka już nie ma, a Kornel, mimo iż odszedł, to pozostał zwycięski i żyje dzięki swojemu człowieczeństwu i nadziei, jaką wlewał w ludzi, których nasycał ideą i pragnieniem wolnej Polski. Co więcej, Kornel Morawiecki żyje dzięki legendzie, którą stworzył, żyje nie tylko w środowisku ideowców, których skupił wokół siebie, ale żyje też w swoim synu, premierze Mateuszu Morawieckim, który – można powiedzieć – jest darem Kornela dla współczesnej Polski.

Dziękuję za rozmowę.

 

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl