logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Bezprawne działania Komisji Weneckiej

Wtorek, 14 stycznia 2020 (22:55)

Z Markiem Astem, posłem PiS, przewodniczącym sejmowej Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Wygląda na to, że do przedstawicieli opozycji zaczynają dołączać sędziowie, którzy w sobotę uczestniczyli w Marszu Tysiąca Tóg…

– Uważam, że w każdym innym państwie tego rodzaju aktywność części środowiska sędziowskiego czy szerzej – prawniczego – w sposób oczywisty –zostałaby zakwalifikowana jako polityczna demonstracja czy też jako działalność o charakterze związkowym. Sędziowie absolutnie mają ustawowy zakaz podejmowania tego rodzaju aktywności, więc udział w takim marszu protestacyjnym niestety kompromituje sędziów i prawników, którzy wzięli w nim udział. Można też dzisiaj stwierdzić, że są oni kolejną grupą protestującą przeciw obecnej, w sposób demokratyczny wybranej władzy, więc niewiele różnią się od KOD-u czy tym podobnych organizacji, które przez minione cztery lata wychodziły na ulice polskich miast pod lada pretekstem. Wygląda też na to, że działanie pod hasłem „ulica i zagranica” to wciąż aktualne hasło totalnej opozycji i – jak się okazuje – także nadzwyczajnej sędziowskiej kasty.

Do czego takimi działaniami zmierza część sędziów?

– Mówiąc wprost: w ślepy zaułek, dlatego że stanowisko Zjednoczonej Prawicy jest jednoznaczne i to zarówno w parlamencie, jak i w rządzie. Kwestie związane z organizacją wymiaru sprawiedliwości, statusem sędziów, postępowaniem dyscyplinarnym to wyłączna domena, właściwość każdego państwa członkowskiego Unii Europejskiej. I my w żaden sposób tych zapisów ustawy dyscyplinującej sędziów nie zamierzamy zmieniać, dlatego żadne protesty nie pomogą, podobnie jak ściąganie do Polski Komisji Weneckiej czy angażowanie w wewnętrzny spór w Polsce Komisji Europejskiej. Uważamy, że w tym wypadku mamy absolutnie rację, natomiast polskim sędziom – uczestnikom protestów polecamy obrazki z Francji, gdzie mogą zobaczyć, w jaki sposób są tam traktowani protestujący sędziowie, czy w ogóle przedstawiciele zawodów prawniczych, przez policję. Jakoś w Polsce – ze strony totalnej opozycji, ani w Europie – ze strony Komisji Europejskiej nie słyszę słów oburzenia, chociaż jako żywo w Polsce o tego typu sytuacjach nie ma mowy, wręcz przeciwnie, polska policja ochrania marsze organizowane przez sędziów i wspierające je organizacje czy polityków.

Może zamiast ochraniać, należałoby wyciągać konsekwencje prawne wobec sędziów, którzy nie tylko że biorą udział w tego typu marszach, ale myślę też o ich postawie i wyrokach, które zapadają, jak chociażby w przypadku sędziego Trybunału Konstytucyjnego Stanisława Piotrowicza w procesie o ochronę dóbr osobistych, który wytoczyli I prezes Sądu Najwyższego Małgorzata Gersdorf i sędzia Krzysztof Rączka?                    

– Myślę, że tutaj jest kwestia rzecznika dyscyplinarnego i Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego. Jeżeli takie wnioski będą, a moim zdaniem są ku temu podstawy, to należałoby wszcząć stosowne postępowania dyscyplinarne. Spróbujmy jeszcze chwilę uzbroić się w cierpliwość i poczekajmy, bo za moment wejdą w życie przepisy ustawy zmieniające ustawę o sądach powszechnych i wówczas te dodatkowe instrumenty będą mogły zostać użyte w postępowaniach dyscyplinarnych. Ale już w tym momencie, w oparciu o dotychczasowe przepisy prawa – wydaje się, że zasady niezawisłości sędziowskiej zostały naruszone, że udział sędziów w tego rodzaju demonstracjach – jak w ostatnią sobotę – jest w sposób oczywisty sprzeczny z zasadą niezawisłości sędziowskiej. Dlatego sędziowie, którzy biorą udział w tego rodzaju akcjach, muszą się liczyć z konsekwencjami i odpowiedzialnością.

Czemu miała służyć wizyta przedstawicieli Komisji Weneckiej, która przecież nie została zaproszona przez polskie władze?

– Wywieraniu presji – zupełnie nieuprawnionej. Powiedzmy wprost – jest to skandal, ponieważ w trakcie procesu legislacyjnego, który właśnie trwa w polskim parlamencie, Komisja Wenecka – instytucja, która jest powołana m.in. do badania praworządności w poszczególnych państwach członkowskich Rady Europy, sama tę praworządność narusza. Narusza swój statut, w którym wyraźnie jest napisane, jakie instytucje w imieniu państwa mogą zaprosić Komisję Wenecką do siebie. I tutaj marszałek Senatu w żaden sposób nie jest wymieniony jako osoba, która na zewnątrz może Polskę reprezentować, więc faktycznie tę wizytę można traktować wyłącznie w kategoriach prywatnej wycieczki. Jeżeli marszałek Tomasz Grodzki chciał skorzystać z ekspertów zagranicznych, to budzi to moje najgłębsze zdziwienie, ponieważ zaplecze eksperckie Senatu RP jest naprawdę szerokie, stąd jeśli miał jakieś wątpliwości, to mógł sięgnąć po prawników z wysokimi kwalifikacjami, z tytułami naukowymi, którzy zapewne podpisaliby się pod jego wątpliwościami pod ustawą, jeśli takowe rzeczywiście byłyby. Nie liczę bowiem, że marszałek Grodzki skorzystałby z tych ekspertów, którzy zgadzają się z treścią ustawy, jaka została uchwalona przez Sejm. Tymczasem marszałek Grodzki zdecydował się na zaproszenie ekspertów zagranicznych, ale efekt tego działania będzie żaden. Nie wiem bowiem, czy Komisja Wenecka w oparciu o tę wizytę przedstawi jakąś opinię. Jeśli nawet, to Komisja musi się też liczyć ze zdecydowaną reakcją polskiego rządu, bo o tego rodzaju opinię nie zwracał się żaden uprawniony przedstawiciel państwa polskiego, z kolei Komisja Wenecka z własnej inicjatywy działać nie może.          

Tyle tylko, że Komisarz Rady Europy wydała opinię w sprawie ustaw sądowych jeszcze przed zakończeniem wizyty Komisji Weneckiej. Po co zatem był ten przyjazd do Polski i wezwania do dialogu?

– To pokazuje, że jest to działanie zupełnie pozbawione podstaw prawnych. Jest to działanie na zasadzie wspierania nadzwyczajnej sędziowskiej kasty i totalnej opozycji w Polsce przez ich akolitów, sojuszników, którzy zasiadają w Komisji Weneckiej. To podważa zupełnie wiarygodność organu, jakim jest Komisja Wenecka. Ta wizyta z całą pewnością daje też do myślenia i będzie dawała także państwom członkowskim Rady Europy, bo nikt na tego rodzaju działania ze strony Komisji Weneckiej – w momencie konstytuowania tego organu – się nie godził.

Jaka jest zatem pozycja – nie chcę powiedzieć – sens istnienia Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, skoro – dajmy na to – Hiszpania nie zgadza się z jego orzeczeniami, wiemy też, jakie jest stanowisko polskich władz, a do tego mamy kilkadziesiąt innych orzeczeń, do których państwa Unii się nie dostosowały?

– Myślę, że niebudzące wątpliwości orzeczenia Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu byłyby i są przez państwa członkowskie Unii Europejskiej wykonywane. Natomiast te orzeczenia, które noszą znamiona czy też mają charakter polityczny i wkraczają w zakres spraw zastrzeżonych do autonomicznego rozstrzygnięcia przez suwerenne państwo członkowskie, zgodnie z konstytucją danego państwa wykonane być nie mogą. W Trybunale Sprawiedliwości w Luksemburgu zasiadają sędziowie, prawnicy, ale są to tylko ludzie, którzy mogą się mylić. Wiadomo też, że instytucji odwoławczej od tych rozstrzygnięć nie ma, wobec czego od woli państwa członkowskiego Unii zależy to, czy wykona rozstrzygnięcie trybunału, czy też nie. Oczywiście ze strony Komisji Europejskiej będą pogróżki, że zostanie uruchomiony jakiś tryb wstrzymywania środków unijnych czy też uzależniania wypłaty środków finansowych zarezerwowanych w budżecie unijnym od wykonywania wyroków Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu. Jednak – jak się okazuje – dotyczy to tak wielu państw, że Komisja Europejska nigdy  na tego rodzaju sankcje się nie zdecyduje. Co by nie powiedzieć, Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej został powołany także po to, żeby badać praworządność poszczególnych państw członkowskich, ale na pewno nie po to, aby kwestionować zapisy umów stowarzyszeniowych, wedle których określone dziedziny są zastrzeżone do właściwości państwa członkowskiego. Niestety, ale takimi orzeczeniami Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu podważa swój autorytet.

Dziękuję za rozmowę.           

 

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl