logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Nie można obrażać się na naród

Środa, 5 sierpnia 2020 (21:14)

Aktualizacja: 5 sierpnia 2020 (21:49)

Z Andrzejem Maciejewskim, politologiem z Instytutu Sobieskiego, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Przy okazji zaprzysiężenia prezydenta Andrzeja Dudy rozgorzała dyskusja, czy w obliczu pandemii, zważając na przypadki zakażenia koronawirusem wśród parlamentarzystów, wydarzenie to będzie bezpieczne pod względem epidemiologicznym?

– Zaprzysiężenie głowy państwa to doniosłe z konstytucyjnego punktu widzenia wydarzenie i wszelkie zasady bezpieczeństwa – także epidemiologiczne – z całą pewnością będą zastosowane. Zapewniam, że Sejm i otoczenie parlamentu to będą najbardziej czyste i sterylne miejsca w Polsce. Wszyscy, którzy opowiadają niestworzone rzeczy o zarazkach itd., nie mają pojęcia, o czym mówią.

Po pierwsze, w Sejmie zawsze było czysto, bardzo czysto.  Nikt też niepowołany z pewnością nie będzie miał wstępu na teren Sejmu, wejściówki są ograniczone do minimum, a każdy zaproszony otrzyma maseczkę, rękawiczki i płyn do dezynfekcji. Przez cztery lata minionej kadencji byłem posłem, dlatego wiem, na czym polegają procedury, stąd można być spokojnym, jeśli chodzi o bezpieczeństwo wszystkich osób, które wezmą udział w zaprzysiężeniu Andrzeja Dudy na drugą kadencję Prezydenta Rzeczypospolitej.

Oczywiście przy założeniu, że wszyscy zachowają się odpowiedzialnie, zdroworozsądkowo, uprzednio przejdą testy, które były zapowiadane. Według mnie Sejm w dniu zaprzysiężenia prezydenta Dudy będzie najbezpieczniejszym miejscem w Polsce. Zawsze był miejscem bezpiecznym, a w tym momencie w szczególny sposób.

Były dyskusje, czy prezydent powinien mieć maseczkę itd.?

– Niekoniecznie. Przecież to nie czas i miejsce, żeby ktokolwiek rzucał się komuś na szyję. W takich momentach – z reguły – prezydent pojawia się w Sejmie na krótko, składa przysięgę, zabiera głos, nie ma więc miejsca na inne gesty. Również przedstawiciele Zgromadzenia Narodowego zgromadzeni w Sali Plenarnej Sejmu, przy zachowaniu wszelkich reguł i zasad epidemiologicznych, będą bezpieczni. Nie ma więc potrzeby dzielić włosa na czworo i szukać sensacji.

Jednak nie tylko kwestie bezpieczeństwa epidemicznego są komentowane. Jak odbiera Pan zapowiedź bojkotu zaprzysiężenia prezydenta Dudy przez Koalicję Obywatelską? 

– Nie można obrażać się na naród, że dokonał takiego, a nie innego wyboru. Od pewnego czasu złą praktyką jest bojkotowanie najważniejszych osób w państwie i mówię to z perspektywy mojego doświadczenia poselskiego. Widziałem przypadki, kiedy urzędujący prezydent był witany owacjami przez połowę sali, a druga połowa nawet nie wstała z miejsc. Takie zachowanie jest pewną formą kultury, a właściwie braku kultury i szacunku dla państwa. Pamiętam przypadki, kiedy głos zabiera premier, a część opozycji wychodzi z sali bądź zachowuje się niekulturalnie. Takie sceny też już widziałem na sali sejmowej.

Czemu ma służyć ta demonstracja polityczna? Czy to zapowiedź, jak będzie wyglądała „współpraca” totalnej opozycji z prezydentem w drugiej kadencji?

– Platforma szuka paliwa politycznego i wysyła do swojego elektoratu sygnał dezaprobaty wobec prezydenta Dudy. Ale to też nie dziwi, bo jest to ciąg pewnych zdarzeń, kontynuacja linii, którą obrała sobie opozycja totalna jako sposób uprawiania polityki. Sąd Najwyższy stwierdził wybór Andrzeja Dudy na prezydenta RP i ci, którzy dotychczas mieli usta pełne frazesów o wolnych sądach, którzy tak wiele mówili o Konstytucji RP, nagle kontestują ten wybór, nie potrafią przyjąć faktu, że wygrał kontrkandydat.

Pojawiła się cała masa protestów wyborczych, które – dla zasady – są zawsze, ale te, z którymi mieliśmy teraz do czynienia, będące efektem nawoływań przegranej ekipy, były żenujące – wszystkie na jedno kopyto. Trudno mieć też pretensje do kogokolwiek, że Rafał Trzaskowski miał krótszą kampanię, skoro Koalicja Obywatelska w trakcie rozgrywki podmieniła kandydatkę Małgorzatę Kidawę-Błońską, której kandydatura była wynikiem ustaleń partyjnych. Trudno też uznać za zarzut, że media narodowe były stronnicze wobec jednego kandydata, bo proszę mi pokazać wybory, w których media państwowe nie byłyby stronnicze wobec partii władzy…? Tak było zawsze.

Pretendent do najwyższego urzędu w państwie zawsze startuje z niższego pułapu i to on musi gonić urzędującego prezydenta, a nie odwrotnie. Tak było chociażby w 2015 roku, kiedy Andrzej Duda musiał gonić Bronisława Komorowskiego. Dlatego trzeba to umieć wyodrębnić i odróżnić. Dla mnie te sprawy są oczywiste, bo tak było zawsze, tylko może nie zwracaliśmy na to aż takiej uwagi. Taka jest tradycja polska od 30 lat, z tym że nie zawsze się o tym mówiło.

Opozycja kontestuje wynik wyborów i przedstawia różne argumenty, że były nierówne itd., ale gdyby wygrał Trzaskowski, to nie byłoby sprzeciwów?

– Dokładnie. Nie byłoby słowa protestów. Co więcej, byłby powód do dumy. Proszę zwrócić uwagę, że SMS Centrum Zarządzania Kryzysowego jest traktowany jako element gry politycznej, ale zapomina się, że cały czas mamy stan pandemii, który nie został odwołany, a więc ten stan trwał w czasie wyborów i ciągle trwa. Co więcej, wszystkie komisje były zobligowane do utrzymania rygorów higienicznych, do przestrzegania zachowania dystansu między wyborcami, bo kolejki przed lokalami były wszędzie, dlatego troska państwa o bezpieczeństwo obywateli była najważniejsza. I jeśli ktoś dzisiaj próbuje stworzyć atmosferę, że SMS był po to, żeby „zrobić” większą frekwencję, jest niepoważny. Czyżby komuś zależało, żeby frekwencja wyborcza była niska…? Przecież demokracja polega na tym i wszystkim ugrupowaniom powinno zależeć na tym, aby w wyborach udział wzięła jak największa liczba ludzi.

Komu służy ta polaryzacja i utrzymywanie emocji politycznych na niezdrowym poziomie? Jak głęboko może sięgać gra polityczna i kontestowanie demokratycznych wyborów Polaków?

– Ten stan będzie utrzymywany tak długo, jak na rękę będzie to stronom konfliktu. Część opozycji powoli zaczyna wyciągać wnioski. Nie da się wiecznie wojować, bo ludzie mają już dość tej politycznej wojny, która przybiera na sile. Do kolejnych wyborów mamy trzy lata, więc pewnie będzie względny spokój. Retoryka i działanie na zasadzie nie, bo nie, zasada kontestowania wszystkiego, co robi strona rządząca, nie sprawdziła się przez ostatnich sześć wyborów, które opozycja przegrała. Tylko pytanie, czy opozycja, która sama siebie określiła jako totalna, jest w stanie wyciągnąć wnioski? Najwyraźniej politycy Platformy tego nie robią, co jest wodą na młyn Szymona Hołowni. W polityce obrażanie jest najgorszym wariantem.

Szymon Hołownia ma przed sobą polityczną przyszłość czy to tylko gwiazda jednego sezonu? 

– Myślę, że Szymon Hołownia jest rządny wyrównania rachunków z Platformą za wybory prezydenckie i zrobi wszystko, żeby się odegrać. Wydaje się, że nikt nie dał mu takiej determinacji do zbudowania ruchu „Polska 2050” jak Platforma i Rafał Trzaskowski. Wszystko jest po to, żeby podkraść elektorat Platformy, szczególnie młody elektorat. Myślę, że Hołownia jest na najlepszej drodze, żeby to zrobić i żeby wyrównać polityczne rachunki.

Jak zatem jawi się przyszłość Platformy? Miał być zapowiadany przez Rafała Trzaskowskiego Ruch Obywatelski „Nowa Solidarność”, tymczasem czas płynie i jest cisza…

– To, co dość nieudolnie zapowiada Rafał Trzaskowski, jest działaniem, które ma zniwelować plany Szymona Hołowni. Co ciekawe, w Platformie po przegranych wyborach prezydenckich jest dobre samopoczucie, bo wydaje się im, że wynik, jaki osiągnął Trzaskowski, jest efektem poparcia dla tej formacji. Tymczasem nic bardziej mylnego. Ponadto w Platformie jest kryzys przywództwa, a Borys Budka w roli przewodnika wyraźnie się nie sprawdza. Kiedyś w rozmowie z panem redaktorem powiedziałem, że za Schetyną w Platformie będą jeszcze wzdychać, i chyba coś w tym jest. Jak widać, nie zawsze zmiana musi oznaczać lepsze.

               Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl