logo
logo

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Wszystko jeszcze może się wydarzyć

Wtorek, 2 marca 2021 (21:14)

Aktualizacja: 2 marca 2021 (21:14)

Z dr. Krzysztofem Kawęckim, politologiem, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Donald Trump rozwiał wątpliwości i w swoim pierwszym przemówieniu po odejściu z urzędu prezydenta w Orlando na Florydzie stwierdził, że nie zamierza zakładać nowej partii, ale też nie wykluczył ponownego kandydowania w 2024 roku. Do kogo było adresowane to przesłanie i jaki miało cel?

– Istotne jest to, że Donald Trump po zakończeniu kadencji prezydenckiej – w końcu – przerwał milczenie. Jego przesłanie bardzo ciepło, wręcz entuzjastycznie przyjęte przez zwolenników było adresowane właściwie do trzech segmentów. W pierwszej kolejności do wyborców Partii Republikańskiej. Były prezydent cieszy się wciąż znaczącą popularnością Amerykanów o poglądach konserwatywnych. To jest najważniejsze źródło jego siły politycznej. W drugiej kolejności wystąpienie było skierowane do lokalnych aktywistów republikanów, dla których Donald Trump jest liderem tej partii. Ponadto adresatami przesłania Trumpa był również establishment Partii Republikańskiej, który jest podzielony. I Donald Trump dał do zrozumienia, że jest najlepszym gwarantem sukcesu i jedności republikanów. To niezmiernie ważne zwłaszcza w sytuacji, kiedy partia ta przeżywa pewien kryzys i potrzebuje świeżego oddechu.

Zupełnie absurdalny impeachment wobec Donalda Trumpa się nie powiódł i wygląda na to, że były prezydent powraca do gry.

– Z całą pewnością Donald Trump ma wolę walki, a to jest pierwszym warunkiem zwycięstwa. Natomiast kwestia zastosowania impeachmentu tak naprawdę pokazała słabość demokratów, którzy nic nie udowodnili. Wbrew ich oczekiwaniom cała ta batalia i próba zdyskredytowania Donalda Trumpa zakończyła się fiaskiem i jeszcze bardziej umocniła wizerunek byłego prezydenta jako osoby szykanowanej przez lewicową klasę polityczną, i co bardziej istotne – skonsolidowała konserwatywny elektorat.

Czy Trumpowi uda się zjednoczyć Partię Republikańską, która jest podzielona co do roli samego Trumpa, partię, o której powiedział, że „będzie zjednoczona i silniejsza niż kiedykolwiek wcześniej”?

– Donald Trump jest w tej chwili – rzec można – optymalną osobą, która może zjednoczyć szeregi republikanów oraz konsolidować poparcie elektoratu konserwatywnego. To bardzo ważne. Natomiast nieco trudniej będzie mu zdobyć akceptację partyjnych liderów. Wystarczy na przykład wspomnieć fakt, że wśród republikańskich kongresmenów pojawiły się próby marginalizacji Trumpa. Jednak na korzyść byłego prezydenta dodatkowo przemawia fakt, że wśród republikanów właściwie nie ma wyrazistej postaci, kogoś, kto mógłby zastąpić Donalda Trumpa w roli lidera.

Co wygłoszone oświadczenie oznacza dla obecnego obozu rządzącego, który Donald Trump wciąż oskarża o wyborcze oszustwo?

– Już sama deklaracja o możliwości ponownego kandydowania na urząd prezydenta pokazuje, że Donald Trump nie zamierza abdykować z czynnej polityki. To pewna nowość, bo dotychczas prezydenci, którzy przegrywali wybory, ograniczali się do pełnienia bardziej roli eksperckiej niż zaangażowania się w czynną politykę. Warto podkreślić, że ewentualne kandydowanie Trumpa w najbliższych wyborach prezydenckich w Stanach Zjednoczonych będzie też oznaczało, że płaszczyzną konfrontacji staną się kwestie kulturowe. To może być referendum tożsamościowe – za lub przeciw tradycyjnym amerykańskim wartościom ukształtowanym na pojęciach chrześcijańskich.

Dostało się też Joe Bidenowi, którego Trump oskarżył o najgorsze otwarcie prezydentury i politykę „przeciwko miejscom pracy, rodzinie, granicom, energii, kobietom oraz nauce”.

– Krytyka prezydenta Joe Bidena to również próba ukierunkowania przekazu republikanów. Pierwsze deklaracje nowego prezydenta pokazują, że będzie realizował postulaty lewicy, co zresztą zapowiadał w trakcie kampanii wyborczej, a więc wsparcie dla neomarksistowskiej rewolucji kulturowej czy promocja praw osób tzw. lgbt. Proszę też zwrócić uwagę, że Joe Biden już zdążył znieść zakaz przyjazdu do Stanów Zjednoczonych obywateli z państw muzułmańskich, zapowiedział też powrót do Światowej Organizacji Zdrowia oraz działanie na rzecz porozumienia w sprawie klimatu. Są to działania w zupełnej kontrze do byłego prezydenta Donalda Trumpa i jego polityki.

Zanim jednak odbędą się wybory prezydenckie, to czekają nas wybory do amerykańskiego Kongresu. Jak ważny będzie ich wynik w kontekście ewentualnej kandydatury Trumpa?

– Wybory do Kongresu Stanów Zjednoczonych odbędą się za dwa lata, ale walka o parlament już się właśnie rozpoczęła za sprawą wystąpienia Donalda Trumpa w Orlando na Florydzie. Kongres – a więc Senat i Izba Reprezentantów – to bardzo ważna instytucja w systemie politycznym tego kraju, dlatego wybory do Kongresu będą czymś w rodzaju prawyborów prezydenckich. Zwycięstwo może otworzyć drogę do sukcesu.

Z czym wcześniej będzie się musiał zmierzyć Donald Trump, zważywszy, że jest cenzurowany w mediach?

– Siłą Donalda Trumpa jest konserwatywny populizm, umiejętność dotarcia do ludzi. Natomiast będzie on musiał zmierzyć się przede wszystkim z lewicowym systemem medialnym. Z powodów cenzury, której doświadczył w trakcie kampanii jak nikt inny wcześniej. To może być zapowiedzią, że także w przyszłości mogą zostać ograniczone jego możliwości komunikacji, także w mediach społecznościowych. Dlatego skuteczne dotarcie do Amerykanów poprzez media konserwatywne, to będzie, jest – jak się wydaje – najważniejsze wyzwanie dla republikanów.

Czy sytuacja, jaka ma obecnie miejsce w mocno podzielonych Stanach Zjednoczonych i dochodzenie do głosu sił lewicowych, lewackich, neomarksizmu, nie są zagrożeniem dla świata Zachodu?

– Takie zagrożenie oczywiście występuje. Joe Biden wydał prezydenckie memorandum, które ma na celu rozszerzenie ochrony praw osób lgbt nie tylko w Stanach Zjednoczonych, ale i na świecie. To pokazuje, w jakim kierunku będzie szła polityka obecnej administracji amerykańskiej. Tym bardziej że wiceprezydentem Stanów Zjednoczonych jest Kamala Harris – osoba o bardzo lewicowych, wręcz lewackich poglądach, która jak się wydaje, może być kandydatką Partii Demokratycznej w przyszłych wyborach prezydenckich, w których o Biały Dom – być może – zawalczy właśnie z Donaldem Trumpem.

Wydaje się, że czas Donalda Trumpa jeszcze nie minął?

– Zapewne tak. Pytanie tylko: w jakiej roli? Czy utrzyma pozycję lidera Partii Republikańskiej, czy będzie kandydował w 2024 roku na urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych, czy też może ograniczy się do roli mentora i najpoważniejszego krytyka polityki realizowanej przez obecnego prezydenta Joe Bidena.

Warto też zauważyć, że deklaracja o ewentualnym kandydowaniu w wyborach prezydenckich została sformułowana przez Trumpa w sposób umiarkowany. Przyszłość polityczna Donalda Trumpa będzie zależna od wielu czynników. Będzie też zależeć od wpływowych środowisk konserwatywnych – politycznych, medialnych i finansowych. Rozpoczęła się kadencja Joe Bidena i choć czas szybko płynie – zwłaszcza w polityce, to do kolejnych wyborów prezydenckich w Ameryce pozostało ponad trzy lata. W polityce to bardzo dużo czasu i wszystko jeszcze może się wydarzyć. Może być zatem ciekawie.

            Dziękuję za rozmowę.

 

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl