logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Komu potrzebna jest zideologizowana Unia…?

Czwartek, 10 czerwca 2021 (10:01)

Aktualizacja: 10 czerwca 2021 (10:01)

Z dr. Krzysztofem Kawęckim, politologiem, rozmawia Mariusz Kamieniecki.

Niemcy próbują z coraz większą siłą forsować swoje interesy, czemu ma służyć usunięcie weta i powrót do zasady podejmowania decyzji większością głosów?

– Traktat o funkcjonowaniu Unii Europejskiej – tekst ujednolicony z 2019 roku – określa tryb głosowania, jeśli chodzi o Radę Europejską, i tutaj obowiązuje prawo stosowania weta. Wypowiedź szefa niemieckiej dyplomacji Heiko Maasa, który mówi wprost, że nie może być tak, żeby niektóre państwa paraliżowały europejską politykę zagraniczną, co – w jego ocenie – zagraża spójności Europy, świadczy o wręcz nachalnym, za wszelką cenę realizowaniu celów polityki niemieckiej i o nieliczeniu się zupełnie ze zdaniem innych państw członkowskich. Można powiedzieć, że Berlin chce niejako zmusić inne państwa, aby te wspierały kierunek polityki zagranicznej Niemiec. Po raz pierwszy w Unii Europejskiej pomysł czy plan próbujący zburzyć zasadę jednomyślności w głosowaniu i zastąpić ją systemem większościowym pojawił się w 2017 roku, kiedy na posiedzeniu ministrów krajów Unii Polska jako jedyny kraj zawetowała konkluzje Rady Unii Europejskiej w sprawie stosowania Karty praw podstawowych. W dokumencie, który Rada Europejska miała przyjąć – co oczywiście wymagało jednomyślności – napisano, że osoby lgbti są ofiarami dyskryminacji, przemocy fizycznej i podżegania do nienawiści na terenie całej Unii Europejskiej. Polska w tym momencie zastosowała prawo weta i wówczas minister spraw zagranicznych Austrii zaproponował, aby wobec weta Polski dokument przyjąć w głosowaniu większością głosów. Tak oczywiście się nie stało, bo wniosek ten był absolutnie niezgodny z tzw. prawem unijnym, ale mieliśmy już do czynienia z próbą dyscyplinowania Polski, także Węgier przez Radę Europejską i co ciekawe – w kwestiach światopoglądowych. Natomiast wypowiedź Heiko Maasa idzie dalej i dotyczy europejskiej polityki zagranicznej.

Dodajmy, że wszystko to odbywa się w atmosferze stwierdzeń – bardzo często powtarzanych przez niemieckich polityków – o zasadzie solidarności…

– Dokładnie tak. Można powiedzieć, że każde wystąpienie dotyczące Unii Europejskiej jest nacechowane odniesieniami dotyczącymi zasady solidarności. To swojego rodzaju zasłona dymna, która ma przykryć prawdziwe intencje Berlina i świadczyć o rzekomej trosce Niemiec o uniwersalny, zrównoważony rozwój Unii Europejskiej. To podkreślanie przez polityków niemieckich ma miejsce szczególnie teraz i odnosi się do wychodzenia z kryzysu wywołanego pandemią koronawirusa, ale są to tylko słowa, bo wypowiedź Heiko Maasa absolutnie przeczy tym niemieckim szumnym deklaracjom.

Co ciekawe, te słowa niemieckich polityków jakoś nie znajdują wyrazu, jeśli chodzi o solidarność energetyczną, kiedy nie ma woli ze strony Niemiec, ale też Brukseli do zablokowania szkodliwego dla Europy projektu Nord Stream?       

– To tylko potwierdza ogromne wpływy Niemiec na kierunki polityki zagranicznej i wewnętrznej Unii Europejskiej. Można powiedzieć, że sztandarowe projekty Unii Europejskiej – owszem, są mocno wspierane przez Niemcy, ale tylko wtedy, kiedy są styczne z interesami Berlina. Przykładem może być Europejski Zielony Ład – jako element zrównoważonej Europy, co jest jednym z najważniejszych postulatów Berlina. Niemcy niewątpliwie byłyby, co więcej: już są, beneficjentem tego programu, po drugie Niemcy – wbrew europejskiej solidarności – dążą do powiązania wypłaty środków Unii Europejskiej z wymogami przestrzegania przez państwa członkowskie tzw. praworządności.

Parlament Europejski podczas trwającego posiedzenia ma właśnie głosować nad rezolucją, w której wzywa Komisję Europejską do natychmiastowego stosowania rozporządzenia o warunkowości…

– To pokazuje, że nie tylko klasa polityków niemieckich, ale też czołowe siły w Unii prowadzą politykę w tym kierunku. Może warto przypomnieć, że w ubiegłym roku koalicyjne kluby w Bundestagu złożyły wniosek do niemieckiego rządu, aby ten zabiegał na forum Unii Europejskiej możliwość wstrzymania wypłaty środków, w przypadku stwierdzenia zagrożenia poważnym naruszeniem zasady tzw. praworządności w którymś z państw członkowskich. Można zatem powiedzieć, że postępowanie europarlamentu jest niejako przedłużeniem postulatu, apelu czy stanowiska niemieckiego parlamentu – zwłaszcza że Niemcy w czołowej politycznej grupie Parlamentu Europejskiego w Europejskiej Partii Ludowej stanowią większość. Ponadto kwestią, która najbardziej godzi w solidarność europejską, jest sprawa Nord Stream 2, gdzie Rosja – poprzez zmianę polityki Waszyngtonu – otrzymuje poważny instrument energetycznego destabilizowania Europy.

Tak czy inaczej mamy niemiecki dyktat, podkreślenie dominacji Berlina. Czy zważając na to, co powiedzieliśmy wcześniej, można zaryzykować stwierdzenie, że to Niemcy rozbijają wspólnotę europejską?

– Z całą pewnością jest to fakt. Niemcy rozbijają wspólnotę i solidarność europejską, rozbijają rzeczywistą zasadę współpracy. Berlin realizuje swój własny, egoistyczny interes – nawet kosztem praw narodów, państw członkowskich Unii Europejskiej, pozbawiając je suwerenności. Zarysowuje się też konflikt między federalistycznymi planami Unii Europejskiej, które są dla nas oczywiście nie do przyjęcia i wymagają odrzucenia, bo nie jest to ta wizja Europy, jaką należy realizować, ale to jest egoistyczna polityka Niemiec. Powiedziałbym, że ta daleko egoistyczna realizacja polityki niemieckiej może wywołać napięcia w relacjach Berlina z Brukselą. Biorąc jednak pod uwagę, że polityka Unii Europejskiej realizowana jest w oparciu o kryteria ideologiczne, co ma odzwierciedlenie w także w wielu państwach, to ten konflikt może się nasilać. Przykładem jest chociażby to, jak Niemcy bardzo dbają o swój interes państwowy, o swoją zasadę suwerenności i niezależności, a jednocześnie poprzez swoją politykę chcą inne kraje pozbawić tej suwerenności, próbując wprowadzić w życie model powiązania tzw. praworządności z finansami.

Niemiecka presja zarysowuje się coraz bardziej…

– Ostatnio Komisja Europejska wszczęła wobec Niemiec postępowanie za orzeczenie z ubiegłego roku Trybunału Konstytucyjnego w Karlsruhe, który uznał, że Europejski Bank Centralny przekroczył swoje uprawnienia, skupując od 2015 roku obligacje krajów strefy euro. Tym samym niemiecki trybunał uznał, że prawo unijne nie może być nadrzędne wobec prawa krajowego. Zatem niemiecki Trybunał Konstytucyjny stanął niejako w obronie suwerenności prawnej i politycznej państwa niemieckiego. W odpowiedzi na to wiceszefowa Komisji Europejskiej Věra Jourová – znana zresztą z profederalistycznych wypowiedzi – oznajmiła, że najbardziej fundamentalną zasadą Unii jest to, że największą instancją w unijnym prawie jest Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu. To świadczy z jednej strony o tym, że Niemcy chcą sobie podporządkować nawet tę brukselską Unię Europejską w celu realizacji swoich planów i interesów politycznych.          

Czy jest granica, która sprawi, że działaniom Berlina zostanie postawiona wyraźna tama? Jeśli nie, to Niemcy pewnie zrealizują swoją koncepcję budowy superpaństwa?

– Niemcy w swojej historii wielokrotnie pokazywali pychę, poczucie własnej mocarstwowości i realizują tę politykę także dzisiaj. Wydaje się, iż pozycja Berlina jest tak silna, że mogą z powodzeniem modelować i realizować tę swoją politykę wobec Unii Europejskiej. Pewnie też w jakiś sposób testują Unię, przesuwają granice i sondują, na ile mogą samodzielnie de facto prowadzić politykę zagraniczną – często niezgodną z unijnymi wytycznymi. Można zatem powiedzieć, że dla Niemiec Unia Europejska jest tylko instrumentem realizacji globalistycznych planów. Niemcy mają niewątpliwie ambicje odgrywania roli mocarstwowej w świecie, prowadzenia polityki globalistycznej. Stąd z jednej strony prowadzą własną politykę wobec Unii Europejskiej, której cokolwiek by powiedzieć – są liderem, ale z drugiej strony prowadzą własną – często rozbieżną z unijną – europejską politykę wobec Chin. Ponadto prowadzą własną – niezależną od unijnej – politykę z Rosją i utrzymują z nią własne relacje. Widać wyraźnie, że będą też próbowały podjąć samodzielną – też niezależną od unijnej – politykę ze Stanami Zjednoczonymi. Jeśli chodzi o ten ostatni aspekt, to można powiedzieć, że choć unijne i niemieckie cele transatlantyckiej polityki są zbieżne, to jednak widać, że Berlin zechce być liderem i najważniejszym podmiotem tych relacji. Zatem polityka zagraniczna Niemiec jest – nazwijmy to – wielokierunkowa i wydaje się, że Unia Europejska jest tylko instrumentem polityki Berlina. To pokazuje, że interesy narodowe państw członkowskich Unii Europejskiej – szczególnie takich jak Niemcy – odgrywają ważną rolę.

Jaka jest przyszłość Unii Europejskiej zdominowanej przez Berlin?

– Wydaje mi się, że weszliśmy wręcz w newralgiczny okres rozwoju Unii Europejskiej. Z chwilą przyjęcia budżetu na lata 2021-2027 nastąpiło przyspieszenie w kierunku federalizacji Unii Europejskiej, a przede wszystkim pozbawiania kompetencji i suwerenności państw członkowskich. I wygląda na to, że temu procesowi nie chcą ulec Niemcy, być może w jakimś zakresie również Francja. Natomiast mechanizm praworządności i zasada powiązania wypłaty unijnych funduszy będą forsowane i z czasem ten mechanizm może być stosowany coraz częściej. Jeśli więc ta zasada zostanie wprowadzona – czego nie można wykluczyć, to może to oznaczać koniec Unii Europejskiej – rozkład i jednocześnie rozpad. Chyba że w międzyczasie nastąpią daleko idące destrukcyjne tendencje ideologiczne ze strony Unii – wzmocni się przekaz kosmopolityczny i to spowoduje, że w świadomości mieszkańców Europy kwestie narodowe przestaną mieć większe znaczenie. Obawiam się, że ten proces w Unii Europejskiej będzie niestety trwał, a zatem z jednej strony będziemy mieć ofensywę ideologiczną – w kierunku nacjonalizmu unijnego, czyli de facto kosmopolityzmu, a z drugiej strony dążenie do modelu wiązania wypłaty unijnych funduszy z tzw. praworządnością. To oznaczałoby oczywiście rozbudowę kompetencji Unii Europejskiej. W tym zakresie jestem pesymistą co do dobrego rozwoju Unii Europejskiej. Wydaje się, że ten trend destrukcyjny jest tak mocny, co więcej: nie ma mechanizmu, żeby ten kierunek zatrzymać i odrzucić te tendencje. Z drugiej strony musi się rodzić pytanie: po co nam taka Unia, która będzie narzucała rozwiązania w zakresie światopoglądowym czy obyczajowym, co oznacza zniszczenie tożsamości narodowej poszczególnych państw? Biorąc to wszystko pod uwagę, wygląda na to, że przyszłość Unii Europejskiej rysuje się raczej w ciemnych barwach.

            Dziękuję za rozmowę.   

 

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl