logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Putin rozumie tylko język siły

Środa, 1 grudnia 2021 (19:22)

Aktualizacja: Środa, 1 grudnia 2021 (21:13)

Z gen. dyw. Romanem Polką, byłym dowódcą Jednostki Specjalnej GROM, w latach 2006-2008 zastępcą szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Były ukraiński prezydent Petro Poroszenko podczas Forum Bezpieczeństwa w Kijowie wezwał wszystkie siły „antyputinowskie” na Ukrainie do zjednoczenia się, a Z achód do nałożenia sankcji na Rosję. Czy to znaczy, że zagrożenie ze strony Moskwy jest coraz bardziej realne?

– Zagrożenie, że Rosja zaatakuje Ukrainę, jest rzeczywiście bardzo duże. Żeby się o tym przekonać, wystarczy tylko przypomnieć sobie wcześniejsze wydarzenia i działania Moskwy. Proszę spojrzeć, jak to historycznie wyglądało, począwszy od aneksji Krymu w 2014 roku, przez destabilizację Donbasu, po incydent czy raczej akt agresji w Cieśninie Kerczeńskiej i tak naprawdę potraktowanie przez Rosję Morza Azowskiego jako swojego terytorium, czy teraz nagromadzenie przy ukraińskich granicach potężnych sił, a także inne działania niekonieczne militarne, które mają obalić rząd na Ukrainie i osadzić tam promoskiewski marionetkowy rząd, tak jak to jest na Białorusi. To wszystko pokazuje, że Rosja, nie zważając na nic, realizuje swój zamysł i cały czas prze do przodu. Stąd też warto byłoby, aby w obliczu zagrożenia ze strony Rosji wszystkie siły na Ukrainie zjednoczyły się, bo to jest ważne dla niepodległości, suwerenności tego kraju oraz dla bezpieczeństwa obywateli. Ważne jest także to, żeby Sojusz Północnoatlantycki nie tylko mówił, nie tylko straszył, że podejmie jakieś środki, ale nie wiadomo jakie, ale żeby wykorzystał te narzędzia, które posiada. Głębokie zaniepokojenie, oburzenie, to za mało. Krótko mówiąc, potrzebne jest konkretne działanie czy uderzenie gospodarcze, które spowodowałoby, że Putin, do którego słowa czy groźby nie przemawiają, który rozumie tylko język siły, język czynów, działań, a więc coś, co go zmusi do refleksji i odstąpienia od swoich planów czy od tego, co w tej chwili obserwujemy – terroryzowania Ukrainy.

Retoryka Kremla jest taka, że to Stany Zjednoczone i NATO powinny zaprzestać dozbrajania wojsk ukraińskich w pobliżu granicy z Rosją…

– To są tłumaczenia w stylu Kremla, znane skądinąd od dawna. Przecież cały racjonalnie myślący świat widzi działania Rosji, jakie siły ludzkie i sprzętowe są gromadzone przy granicach z Ukrainą. Nie jest też tak, że to Ukraina posiada siły, które zagrażałyby Rosji. To jest totalny absurd. Natomiast Ukraina ma oczywiście prawo do tworzenia własnych sił zbrojnych, których wcześniej nie miała, bo te, które były, nie miały szans zareagować, kiedy tzw. zielone ludziki podbijały Krym, dokonując agresji na terytorium suwerennego państwa ukraińskiego. Uważam, że to bardzo dobrze, że Ukraina odbudowuje dzisiaj swoje siły zbrojne. Rosji rzeczywiście się to nie podoba, bo zapewne wolałaby mieć u swoich granic słabe państwo ukraińskie – takie, które można zastraszać, można terroryzować. Nic zatem dziwnego, że Kreml nie chce dopuścić do sytuacji, kiedy Ukraina przejmie kontrolę nad całym swoim terytorium, łącznie z destabilizowanym już od lat przez Rosję Donbasem. I to dla Rosji jest problem, bo chciałaby, aby skala destabilizacji Ukrainy się rozszerzała. Tymczasem okazuje się, że ten cel nie jest osiągany, bo społeczeństwo ukraińskie jest coraz bliższe Zachodowi, natomiast nie chce się integrować z Rosją. Dzisiaj sytuacja wygląda tak, że nawet te obszary na Ukrainie, które dotąd były wyjątkowo przychylne Rosji, teraz odsuwają się, w miarę jak Moskwa terroryzuje ten kraj.

Rzecznik Putina, Dmitrij Pieskow, odpiera zarzuty, jakoby Rosja planowała, przygotowywała agresję militarną, i mówi, że Rosja jest pokojowo usposobiona…

– Odnosząc się do słów rzecznika Kremla, trzeba powiedzieć, że kłamliwa polityka Rosji była realizowana m.in. podczas ataku w 2014 roku i aneksji Krymu, gdzie również mówiono o tzw. woli ludu, szukając też innych usprawiedliwień, m.in., że to niby separatyści zdestabilizowali Donbas, tyle tylko, że tym separatystom Rosjanie udzielili tzw. humanitarnej pomocy. Pamiętamy białe konwoje ciężarówek z uzbrojeniem zmierzające w tamten rejon. Jak widać, Rosja ma stałą tendencję zarzucania Zachodowi czegoś, co sama czyni chociażby w relacji do Ukrainy.

Czy Stany Zjednoczone i NATO są w stanie wywrzeć na tyle wystarczającą presję na Moskwę, żeby zahamować eskalację konfliktu i zatrzymać kolejną napaść na Ukrainę?

– Narzędzia do tego oczywiście są, i to różne. Tak naprawdę zablokowanie projektu Nord Stream 2 wystarczyłoby, żeby zmiękczyć Putina i ostudzić jego zapędy. Niestety, tej woli, zwłaszcza po stronie Niemiec, nie widać. Również niektóre inne państwa zachodnie, kierowane daleko posuniętym oportunizmem, wciąż pozwalają Putinowi prowadzić grę polegającą na tym, że nie rozmawia z Sojuszem Północnoatlantyckim, nie rozmawia z Unią Europejską, tylko rozmawia z każdym z osobna i w ten sposób rozbija solidarność wspólnoty. Dochodzi więc do sytuacji, kiedy takie struktury jak NATO, Unia Europejska wysyłają gorące, żarliwe protesty, oświadczenia, mówią o głębokim zaniepokojeniu, ale za tym nie idzie żadne konkretne działanie, które byłoby dotkliwe dla Putina. Ten sposób funkcjonowania pozwala Putinowi osiągać kolejne cele. Najpierw był Krym, potem Donbas, a teraz, kto wie, czy nie pójdzie jeszcze dalej. Zatem narzędzia są, możliwości powstrzymania rosyjskiego przywódcy też są, i dobrze byłoby, gdyby Zachód odstąpił od intratnych kontraktów z Rosją czy chociażby częściowo z nich zrezygnował. O ile Zachód – poszczególne państwa robiące interesy z Rosją – mogą sobie pozwolić bez większego uszczerbku na odstąpienie od tych interesów, to dla Putina jest to tlen i brak tych kontraktów oznaczałby ruinę gospodarczą, co rosyjskie państwo odczułoby bardzo dotkliwie. Natomiast dla państw zachodnich utrata intratnych kontraktów mogłaby oznaczać co najwyżej chwilowe kłopoty, ale z całą pewnością nie ważyłoby to tyle, co dla Rosji, która bez państw Unii Europejskiej, bez państw, które są też członkami NATO, nie jest w stanie normalnie funkcjonować.

A może sprawę rozwiązałoby przyjęcie Ukrainy w szeregi NATO? Pytam o to w kontekście wypowiedzi Jensa Stoltenberga, który w Rydze oświadczył, że o członkostwie Ukrainy w NATO zdecydują państwa Sojuszu i Ukraina, a nie Rosja…

– Najwyższy czas przejść od deklaracji i słów Zachodu do działań. Polska nieraz już z takimi propozycjami występowała, stając się niejako rzecznikiem spraw Ukrainy na Zachodzie. Orędownikiem włączenia Ukrainy w struktury Sojuszu Północnoatlantyckiego oraz Unii Europejskiej – oczywiście po spełnieniu szeregu wymagań – był śp. prezydent Lech Kaczyński. W sytuacji, kiedy zgłaszano szereg zastrzeżeń co do tego projektu, prezydent Kaczyński powtarzał jedno: mianowicie, że Ukrainie – jeśli chodzi o funkcjonowanie – trudno jest sprostać wymogom i oczekiwaniom świata Zachodu, zwłaszcza jeśli nie otrzymuje realnego wsparcia. Słabość Ukrainy leży nie w zasobach ludzkich, ale w jakości instytucji, która jest bardzo niska i wymaga zdecydowanych reform. Dlatego paradoksalnie przyjęcie Ukrainy w struktury NATO i Unii Europejskiej pozwoliłoby temu państwu dużo szybciej osiągnąć określone wymogi czy standardy. Miejmy więc nadzieję, że NATO się w porę obudzi, zreflektuje, bo tak naprawdę zapewnienie bezpieczeństwa i względnej stabilizacji Ukrainie jest w interesie bezpieczeństwa innych krajów Sojuszu Północnoatlantyckiego. W przeciwnym wypadku pozwolimy Putinowi na odbudowę dawnego sowieckiego imperium, które nie zmniejszy zagrożenia, które dzisiaj generuje, ale przeciwnie – zwiększy je. Putin, jeśli udałoby mu się zdestabilizować Ukrainę, nie zatrzyma się, ale będzie chciał pójść dalej.

    Dziękuję za rozmowę.

 

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl