logo
logo

Zdjęcie: M.Marek/ Nasz Dziennik

Płać lub umieraj

Piątek, 29 marca 2013 (02:11)

Narodowy Fundusz Zdrowia zmienia zakres finansowania leków dostępnych w ramach chemioterapii niestandardowej w leczeniu nowotworów krwi. Jeśli cena leku wynegocjowana z dostawcą będzie wyższa, niż założył NFZ, koszty zakupu poniesie szpital.

 

Narodowy Fundusz Zdrowia tłumaczy, że konieczność przeprowadzenia zmian w wycenie świadczeń wymusza nowa, warunkowa rekomendacja Agencji Oceny Technologii Medycznych dotycząca kuracji lenalidomidem (revlimid) w leczeniu dorosłych pacjentów ze szpiczakiem mnogim oraz finansowania terapii pacjentów z przewlekłą białaczką mielocytową i ostrą białaczką szpikową preparatem Vidaza (azacytydyna).

Co oznacza warunkowa akceptacja AOTM? Otóż to, że dany lek może być finansowany ze środków publicznych przez płatnika publicznego, czyli Narodowy Fundusz Zdrowia, pod warunkiem że jego cena będzie ściśle ustalona. To takie zalecenie AOTM do refundacji tych leków.

NFZ powołuje się też na nowelizację rozporządzenia ministra zdrowia z 11 stycznia 2010 r. w sprawie świadczeń gwarantowanych z zakresu programów zdrowotnych „Akceptacja finansowania świadczenia w programie chemioterapii niestandardowej przez dyrektora oddziału wojewódzkiego NFZ następuje na podstawie wniosku, po spełnieniu warunków zawartych w rekomendacji Prezesa AOTM”.

Fundusz tłumaczy, że warunkiem dalszego finansowania terapii danym specyfikiem powinno być obniżenie jego ceny do poziomu efektywności kosztowej. W odniesieniu do azacytydyny cena powinna więc ulec obniżeniu z ponad 1,5 tys. zł do 1,1 tys. zł za fiolkę 100 mg.

Cena z sufitu

Co te zmiany oznaczają dla szpitali i pacjentów? Problem w tym, jaką cenę za lek wynegocjuje z dostawcą szpital. Jeżeli będzie to kwota podana przez Fundusz, to taki zwrot dostanie szpital. Jeśli będzie to cena wyższa, Fundusz nadwyżki już nie zapłaci, tylko szpital z własnej kieszeni.

Azacytydyna to podstawowy preparat podawany w terapii przewlekłej białaczki mielocytowej i ostrej białaczki szpikowej. Lek jest skuteczny i ma stosunkowo mało dolegliwe skutki uboczne. Podawana pacjentom pozwala na uniknięcie przetoczenia krwi, poprawia jakość życia pacjenta.

Lekarze nie wyobrażają sobie sytuacji, w której szpital miałby dostawać o prawie 200 zł mniej za ampułkę. Przy kilkunastu chorych konieczność dopłaty do ich leczenia w ciągu kilku miesięcy może wynieść nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych.

Zdaniem Jacka Gugulskiego, prezesa Zarządu Stowarzyszenia Pomocy Chorym na Przewlekłą Białaczkę Szpikową, zmiany w wycenie leków dla chorych na nowotwory krwi spowodują, że znajdą się oni w sytuacji dramatycznej.

– Oznacza to, że chorzy tych leków po prostu nie dostaną. Cena tych specyfików została ustalona na poziomie niższym niż ceny w Europie. Ma to znaczenie fundamentalne – mówi Gugulski. Dlaczego?

– Rozmawiałem z producentem. Firma na taką obniżkę, którą proponuje NFZ, się nie zgadza. Cena, jaką zaproponował Fundusz, została wzięta z sufitu, nie negocjowano jej z producentem. Żaden szpital nie pozwoli sobie na to, by dopłacać, kiedy już wie, że nie będzie miał zwrotu pełnego kosztu leku. To jest pewien precedens w Polsce, kiedy NFZ już mówi, że nie pokryje pełnych kosztów terapii. Mam wrażenie, że chodzi o ograniczenie ich zużycia. Dojdzie do sytuacji, że pacjenci będą umierać. Cały problem polega jeszcze na tym, że nawet gdyby chorzy chcieli dopłacić za terapię, to nie mogą. Szpitalom nie wolno przyjąć od nich pieniędzy. To cały splot niekorzystnych wydarzeń, który spowoduje, że ludzie będą umierać – wyjaśnia Gugulski.

– Miesięczny koszt leczenia szpiczaka sięga nawet 20 tys. zł. A jest to leczenie ciągłe, leczenie w jednym miesiącu skutkuje leczeniem w miesiącu kolejnym. Są chorzy, którzy przechodzą trzydzieści cykli terapii. A im droższa terapia jednostkowa, tym mniejszą liczbę chorych można leczyć – wskazuje prof. Wiesław Jędrzejczak, konsultant krajowy w dziedzinie hematologii.

– Moim zdaniem, odbywa się jakaś gra między instytucjami państwowymi a dostawcą. To powoduje oczywiście nerwową sytuację u chorych, którzy wymagają tego leczenia – dodaje.

W jego przekonaniu, zarówno revlimid, jak i azacytydyna nie powinny być stosowane w chemioterapii niestandardowej. Oba specyfiki powinny być ujęte w ramach programów lekowych, które dotąd nie zostały uruchomione.

– Mam nadzieję, że nastąpi to przed końcem bieżącego roku, bo wtedy kończy się program chemioterapii niestandardowej – zaznacza prof. Jędrzejczak.

Anna Ambroziak

Nasz Dziennik