logo
logo

Zdjęcie: M.Marek/ Nasz Dziennik

Presja na seksinstruktaż

Poniedziałek, 10 czerwca 2013 (02:07)

Ponad 70 proc. rodziców uczniów szkół podstawowych i gimnazjalnych posyła swoje dzieci na seksedukację – wynika z danych MEN.

To bardzo wysoki odsetek. Najwięcej dzieci na dodatkowe lekcje z wychowania do życia w rodzinie (nazwa często myląca) chodzi w gimnazjach: spośród miliona młodych ludzi aż 868 tys. uczęszczało na tego typu zajęcia.

Niewątpliwie wysoka frekwencja wiąże się z faktem, że na takie lekcje nie jest potrzebna specjalna zgoda rodziców, jak to było jeszcze dwa lata temu. Obecnie, aby dziecko nie musiało w nich uczestniczyć, wymagane jest złożenie odpowiedniej deklaracji.

MEN jednocześnie próbuje uspokajać, że nie zamierza wprowadzać seksedukacji do przedszkoli. Obecnie na zajęcia z wychowania do życia w rodzinie mogą uczęszczać uczniowie od klasy V szkoły podstawowej. Lekcje te nie są obowiązkowe, jednak nie da się ukryć, że istnieje silna presja na dzieci, aby w nich uczestniczyły.

„Nasz Dziennik” zwrócił się do Ministerstwa Edukacji Narodowej z pytaniem, ile dokładnie dzieci uczęszcza na edukację seksualną. Okazuje się, że według szacunków resortu łącznie w szkołach podstawowych, gimnazjalnych i ponadgimnazjalnych w lekcjach z wychowania do życia w rodzinie bierze udział prawie 2 mln młodych ludzi, a dokładnie 1 mln 908 tys. 312 uczniów, co stanowi prawie dwie trzecie całej młodzieży szkolnej.

Najwięcej dzieci uczestniczy w tych wykładach w gimnazjach – ponad 75 proc. uczniów. Zgodnie z podpisaną nowelizacją na zajęcia wychowania do życia w rodzinie nie będą uczęszczać tylko ci uczniowie niepełnoletni, których rodzice pisemnie poinformują dyrektora szkoły, że sprzeciwiają się udziałowi swoich dzieci w tych zajęciach oraz ci uczniowie pełnoletni, którzy sami zgłoszą dyrektorowi w formie pisemnej, że nie chcą w nich uczestniczyć.

O konieczności składania podania odmownego nie wszyscy rodzice dotąd słyszeli. Tymczasem takie zajęcia powinny być w pełni fakultatywne. Zwłaszcza że treści, jakie można na nich usłyszeć, nawet dorosłych wprawiają w osłupienie. „Nasz Dziennik” dotarł do relacji nauczyciela z podwarszawskiego gimnazjum, który słyszał wiele skarg rodziców i dzieci na to, co proponuje się na takich wykładach. Uczniowie mają np. przynosić na lekcje prezerwatywy. Zdarzają się też przypadki ostracyzmu tych rodziców, którzy nie życzą sobie, aby ich pociechy były w ten sposób indoktrynowane.

Odpowiedzialność rodziców

Szczegółowe treści zajęć z wychowania do życia w rodzinie mają być efektem porozumienia między nauczycielem prowadzącym a rodzicami. Nauczyciel wraz z wychowawcą klasy organizuje spotkanie informacyjne z rodzicami uczniów niepełnoletnich oraz z uczniami pełnoletnimi, podczas którego przedstawia program nauczania, podręcznik szkolny oraz inne stosowane środki dydaktyczne.

Doktor Paweł Wosicki, prezes Polskiej Federacji Ruchów Obrony Życia, podkreśla, że obecnie obowiązujący program zajęć wychowania do życia w rodzinie, według nomenklatury WHO, teoretycznie jest edukacją seksualną typu A, która z założenia przygotowuje do odpowiedzialności w sferze ludzkich więzi i prokreacji, a więc powstrzymywania się od aktywności seksualnej przed i poza małżeństwem.

– Jednak w praktyce wiele zależy od osoby prowadzącej zajęcia wychowania do życia w rodzinie, od jej świata wartości i kwalifikacji merytorycznej, gdyż w szczegółach to właśnie ona decyduje, jakie treści będą przekazywane dzieciom na zajęciach. Dlatego rodzice powinni korzystać z przysługującego im prawa do decyzji o tym, czy dziecko ma uczęszczać na te lekcje. Przed taką decyzją mają prawo poznać zarówno osobę prowadzącą zajęcia, jak i szczegółowy ich program – zaznacza.

– Niestety coraz częściej docierają do nas sygnały, że w części szkół, w ramach zajęć dodatkowych, realizuje się program edukacji seksualnej tupu B, opartej na biologistycznej wizji człowieka, gdzie akt seksualny sprowadzany jest wyłącznie do fizjologii, a współżycie przed- i pozamałżeńskie uznaje się za normę. Przy okazji promuje się ideologię skrajnie feministyczną czy nawet genderową – wskazuje dr Wosicki.

W jego przekonaniu, szczególnie niebezpieczne są stowarzyszenia, finansowane często z funduszy UE, które wkraczają do szkół pod hasłem „promowania bezpiecznych zachowań seksualnych” czy „profilaktyki AIDS”.

– Przełamują bariery wstydu, rozdają prezerwatywy po wcześniejszym instruktażu ich używania, zachęcają do podejmowania różnych eksperymentów seksualnych (także z osobami tej samej płci) itp. Szczególnie aktywna jest Grupa Edukatorów Seksualnych „Ponton”, przed którą chciałbym ostrzec wszystkich rodziców – podkreśla nasz rozmówca.

– To, co proponują środowiska genderowo-feministyczne, jest w istocie deprawacją i demoralizacją. Trzeba mówić o tym głośno, aby rodzice zdali sobie sprawę z tego, jak ważna jest ich aktywność i zaangażowanie – zaznacza dr Wosicki.

Badania przeprowadzone przez Instytut Profilaktyki Zintegrowanej w latach 2010-2012 potwierdzają po raz kolejny, że najsilniejszymi autorytetami dla młodych ludzi są najbliżsi. To oni kształtują postawy, które trwale wpisują się w człowieka. Rodzice nie mogą dezerterować z tej kluczowej przestrzeni zadań.

– Za wychowanie dziecka odpowiadają rodzice. Ich wpływ powinien być najważniejszy. Dotyczy to zarówno wychowania duchowego, emocjonalnego, intelektualnego, jak i moralnego. Postawa przerzucania obowiązku wychowania na szkołę jest poważną pomyłką z wielką szkodą dla dzieci – ocenia ekspert.

– Idealna byłaby sytuacja, w której dziecko, wzrastając w wartościach przekazywanych przez rodziców, jednocześnie utrwala je w szkole. Natomiast zarówno dysonans przekazu – w domu inny, w szkole inny – jak i brak prawidłowego wychowania w domu ma zawsze skutki negatywne – konkluduje Paweł Wosicki.

Paulina Gajkowska

Nasz Dziennik