logo
logo

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Rajd dla ofiar obławy

Poniedziałek, 24 czerwca 2013 (02:03)

Pod patronatem „Naszego Dziennika”

Ujawnienie przez Rosjan pełnej listy ofiar obławy augustowskiej i miejsca ich pochówku to zadanie, od którego podjęcia nie mogą uchylać się polskie władze.

W sobotę i niedzielę przez teren Puszczy Augustowskiej przejechali uczestnicy rajdu śladami obławy. Wzięło w nim udział około 30 motocyklistów ze Stowarzyszenia Międzynarodowy Motocyklowy Rajd Katyński, któremu szefuje Wiktor Węgrzyn, i grupa mieszkańców miasta.

Organizatorem imprezy był m.in. Klub Historyczny im. Armii Krajowej w Augustowie oraz ks. Stanisław Wysocki, prezes Związku Pamięci Ofiar Obławy Augustowskiej. W lipcu 1945 r. odziały sowieckiego Smiersza i UB zabiły mu ojca i dwie siostry.

Motocykliści pokonali trasę z Augustowa przez Jaminy, Sztabin, Krasnybór, Giby, Sejny, Krasnopol aż do Suwałk, gdzie wczoraj została odprawiona uroczysta Msza św. w intencji ofiar obławy i Ojczyzny.

– W ten sposób staramy się objąć większość terenu, na którym do niej doszło. To boli. Ale pomimo upływu 68 lat bliscy zamordowanych wciąż wołają: „Pomóżcie odnaleźć nam groby naszych bliskich”. Jesteśmy tu po to, by w tym pomagać – mówią w rozmowie z „Naszym Dziennikiem” Danuta i Zbigniew Kaszlejowie z augustowskiego Klubu Historycznego im. AK.

Znaki pamięci

W rejonie Suwałk i Augustowa praktycznie nie ma miejscowości, gdzie nie byłoby rodzin pokrzywdzonych w obławie, w której Sowieci nie porwaliby kogoś, po kim następnie wszelki ślad zaginął.

Znakami pamięci są dziś miejsca, gdzie przetrzymywano ofiary. W samym Augustowie jest to tzw. Dom Turka, była siedziba NKWD, a potem powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. Z kolei w Jaminach jest tablica upamiętniająca 30 osób pochodzących z tej parafii.

Sowieci otaczali wsie i zabudowania, zatrzymanych umieszczali w pobliskich stodołach, służących za obozy filtracyjne. Stamtąd więźniów zabierano na przesłuchania. Całej procedurze towarzyszyły przeważnie dręczenie i brutalne tortury.

Niekiedy posługiwano się prowokacją, a więc organizowano zebrania, z których porywano wszystkich. W innych przypadkach funkcjonariusze sowieckiego kontrwywiadu wojskowego przychodzili do konkretnych domów, po konkretnych ludzi, podejrzewanych o działalność podziemną. W takich wypadkach decydująca była konfidencka działalność sąsiadów.

Tereny puszczy były miejscem aktywnej penetracji sowieckiej partyzantki i siatki komunistycznej. Rosjanie, wchodząc na nie, mieli już gotowe listy proskrypcyjne, które podczas akcji, m.in. ze względu na przesłuchania, były uzupełniane. Poza tym na terenach wiejskich wystarczył jeden dobrze zorientowany w realiach agent, który mógł z dużą dozą prawdopodobieństwa wskazywać na „dziwne” zachowanie się czy zaangażowanie sąsiadów.

Strach wspomnień

W Sztabinie ludzi przetrzymywano w piwnicach urzędu gminy oraz w zachowanych do dzisiaj trzech budynkach gospodarskich przy ul. Rybackiej, służących jako tzw. drugi punkt filtracyjny. Prowadzono tam bardzo brutalne przesłuchania. Stanisław Skokowski pamięta, że ludzi przetrzymywano w potwornej ciasnocie.

– Zwozili ich z całej okolicy. Tych, których nie mieli na liście, zwolnili. Mój ojciec nie należał do AK, ale szukali Skoka Stanisława i każdego z nich, którego imię ojca było Jan, przywieźli tutaj – relacjonuje Skokowski, którego ojciec był przetrzymywany w tym miejscu.

– Moja matka poznała jednego z ubowców, który był wcześniej partyzantem. Zaszantażowała go więc, mówiąc: „Pamiętaj, jeśli on nie wróci do domu, doniosę na ciebie”. Zwolnił całą czwórkę za 3 litry żytniówki i miodu – dodaje.

W Krasnymborze, obok kościoła, jest kolejne upamiętnienie – powstało w 1990 r. z inicjatywy Mariana Bućki, jednego z zatrzymanych w obławie. Jego ojciec Konstanty, również porwany przez Smiersz, nigdy już nie wrócił do domu.

– Wysyłałem pisma do urzędów, by wsparli mnie finansowo, żeby wybudować pomnik. Ale mi odmawiano. Postanowiłem więc zebrać pieniądze od ludzi, których członkowie rodzin zginęli. Potem pomógł wójt gminy Sztabin. Jednak brakowało na tablicy jeszcze 20 nazwisk osób, których rodziny już nie żyją. By je wypisać, wyłożyłem swoją emeryturę – mówi pan Bućko. W tej samej wsi jest jeszcze stodoła, w której przez trzy tygodnie przetrzymywano blisko 150 osób. Relację na ten temat złożył pan Edward Piekarski, zatrzymany z bratem i wujem.

– Bydło by tego nie przetrwało. Ludzie na szczęście z domu przynosili jedzenie. Strach to wspomnieć. Jeszcze teraz, jak się o tym mówi, łzy lecą. Brali na kwaterę na wypytywanie. Jak ktoś nie mówił, obrywał kolbą w twarz – relacjonuje 94-letni staruszek.

Rekonstrukcja

Sobotnia część rajdu zakończyła się w Gibach. Znajduje się tu symboliczny krzyż i głazowisko upamiętniające ofiary obławy. Przez wiele lat myślano, że jest to miejsce ich pochówku, jednak badania ekshumacyjne nie potwierdziły tego przypuszczenia.

Na trasie rajdu licealiści z Augustowa zbierali podpisy pod apelem kierowanym do władz RP, by upomniały się o Polaków pomordowanych w lipcu 1945 roku. Chodzi o ujawnienie przez Rosję pełnej listy ofiar obławy augustowskiej i miejsca ich pogrzebania.

Apel powstał z inicjatywy dyrekcji i profesorów Instytutu Studiów Politycznych PAN. Podczas obławy łącznie aresztowano, a właściwie porwano, z domów 7 tys. osób. Około 600 z nich nigdy nie wróciło, nie wiadomo dokładnie, jaki był ich dalszy los i gdzie są ich groby.

– To tu, na naszej ziemi, kontrwywiad obcego państwa, wykonując decyzje swoich władz, bez sądu, dokonał mordu na grupie Polaków, których uznał za członków formacji walczących o niepodległość Ojczyzny. Ten czyn wyczerpuje wszystkie znamiona zbrodni przeciwko ludzkości, która nie ulega przedawnieniu. Wierzę, że zostanie kiedyś wyjaśniona. Ale zależy nam na tym, by doczekali tego bliscy zamordowanych – tłumaczy Danuta Kaszlej. Nie ma już wśród żyjących matek i ojców zamordowanych, ale wciąż żyją ich dzieci, bracia i siostry.

Podczas rajdu przekazywano również nagrody książkowe nauczycielom kilku lokalnych szkół, których uczniowie wzięli udział w akcji zbierania relacji na temat obławy wśród swoich bliskich i sąsiadów.

– Cieszymy się, że są tacy nauczyciele i tacy uczniowie. Dokonali wysiłku niebywałego, ponieważ każda wieś na terenie kilku gmin została przepytana. Dla historyków jest to rzecz niezbędna – podkreśla Kaszlej.

Skutki obławy i terroru sowieckiego na terenie Augustowszczyzny były odczuwane przez dziesięciolecia. Ludzie nie tylko bali się składać relacje.

– Gdy w Sztabinie w 1981 r. zakładano NSZZ „Solidarność”, był człowiek, który mówił: „Pamiętacie, co działo się podczas obławy?”. Zastraszenie miało sprawić, by ta patriotyczna ludność nie pomagała walczącym oddziałom – tłumaczy nasza rozmówczyni.

Maciej Walaszczyk, Augustów

Nasz Dziennik