logo
logo

Zdjęcie: M.Borawski/ Nasz Dziennik

Nie tylko in vitro…

Piątek, 13 lipca 2012 (21:47)

W związku z czwartkowym posiedzeniem klubu PO poświęconym dyskusji na temat projektu ustawy w sprawie zapłodnienia in vitro, jaki Platforma miałaby złożyć w Sejmie, w "GW" z 13 lipca (s. 4) ukazała się rozmowa red. Renaty Grochal z prof. Stefanem Niesiołowskim, posłem wymienionego klubu. Padło w niej szereg stwierdzeń, do których – mając na uwadze zarówno doktrynę Kościoła katolickiego, jak i prawo kanoniczne (kościelne) – wypada, a nawet należy się odnieść.

Wątkiem wiodącym rozmowy jest sprawa zapłodnienia in vitro. W odpowiedzi na pierwsze pytanie pani redaktor uderza bardzo trafne, chcę to podkreślić, następujące stwierdzenie profesora: „Łączenie tego [sprawy in vitro – W.G.] z wiarą jest nieporozumieniem”. Osobiście jestem na tym punkcie bardzo uczulony, gdyż, rzeczywiście, w wielu środowiskach dziedzinę życia ludzkiego (m.in. sprawę aborcji czy zapłodnienia in vitro) usiłuje się traktować na płaszczyźnie wyłącznie światopoglądowej. Tymczasem światopogląd nie ma tutaj nic do rzeczy, chodzi bowiem o ochronę tego, co – jako życie – definiują nauki biologiczne i medyczne. Wiara, religia „dodają” ochronie życia jedynie dodatkowej motywacji: chodzi o najwyższe dobro pochodzące od Stwórcy.

Dwa akapity dalej poseł Niesiołowski zdaje się najwyraźniej zaprzeczać swojej tezie, gdy mówi, że „społeczeństwo nie składa się tylko z ludzi wierzących i nie można zabraniać im tego, żeby mogli poddać się in vitro”. A zatem sprawa procederu in vitro to jednak sprawa wiary i światopoglądu…!?

Nie miejsce tutaj na szerszy wywód na temat procederu in vitro związanego z bezceremonialnym niszczeniem innych zarodków. I nie chodzi tutaj, panie pośle, o „bardzo wysoką polityczną cenę” (klubu), lecz o cenę życia ludzkiego. Nazywanie zaś „kompletnym nieszczęściem” odnośnego projektu mniej drastycznego (Kościół katolicki nie może poprzeć nawet i tego) wydaje się czymś wysoce niestosownym. A kolejki w klinikach oferujących przeprowadzenie zapłodnienia in vitro nie są żadnym argumentem na rzecz pańskiej tezy. Bałbym się też mówienia o naprotechnologii jako alternatywie dla in vitro nazywać „oszustwem”. Natomiast również ja nie miałbym odwagi powiedzieć małżeństwu: „Pani nie usłyszy nigdy słowa »mamo«, pan nie usłyszy nigdy słowa »tato«”. Miałbym jednak śmiałość sugerować małżonkom leczenie bezpłodności lub adoptowanie dziecka…

Gdy mowa o zapłodnieniu in vitro, należy zdecydowanie zaprzeczyć temu, że biskupi groziliby posłom, którzy głosowaliby za ustawą in vitro, karą ekskomuniki czy wykluczeniem z Kościoła. Czym innym wszak jest jednoznaczne i zdecydowane stawanie w obronie życia, czym innym zaś szafowanie karami kościelnymi (na marginesie wypada wspomnieć, że ekskomunika nie wyklucza z Kościoła, pozbawia natomiast pełnego współuczestnictwa w życiu Kościoła, przede wszystkim gdy chodzi o korzystanie z sakramentów świętych).

Na kanwie wywodów pana posła na temat in vitro czytelnik rozmowy dostrzega jego wyraźną niechęć do biskupów. To prawda, że „za swoje zachowania” każdy będzie „odpowiadał przed Panem Bogiem”. Lecz prawdą jest także to, że biskupi są powołani ex officio do przekazywania nauki Kościoła. A gdy wierny (duchowny czy świecki) ma jakieś uwagi do przekazania pasterzom Kościoła, to stosownie do kan. 212 Kodeksu Prawa Kanonicznego ma prawo to czynić, z zachowaniem należnego im szacunku; można więc spokojnie zwrócić się z daną sprawą do każdego hierarchy. Także do biskupa kieleckiego, któremu poseł radzi czytać „Kazanie na Górze”.

Poważnym błędem u katolika, trzeba następnie powiedzieć, byłaby próba regulowania swoich spraw jedynie przed Bogiem, z pomijaniem Kościoła. Nie tylko niesmacznie, ale i nieteologicznie brzmi więc następujące wyznanie polityka: „Jeśli zostanę wykluczony z Kościoła, to trudno. Odpowiem za to kiedyś przed Bogiem, a nie przed arcybiskupem Michalikiem”. Pominąwszy wszystko inne, uderza w tym sformułowaniu nieskrywana niechęć do przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski.

Z wypowiedzi pana posła przebija także znaczna doza uszczypliwości także wobec innych osób: „Piecha, Kaczyński, Rydzyk albo Terlikowski” nie powinni go „uczyć moralności”, gdyż do końca nie rozumieją, „co oznacza miłość bliźniego”. Nie trzeba komentować i takiej wypowiedzi posła, w której trudno dopatrzyć się miłości bliźniego: „Ale projektu o karaniu in vitro nie poparł nikt. Ani tego bezczelnego [!] okrągłego stołu w sprawie in vitro, który proponował Kaczyński”. A jak ocenić określenie pielgrzymki na Jasną Górę mianem „wiecu politycznego”? Czy wreszcie właściwe jest przypisywanie spadku powołań kapłańskich w naszym kraju „właśnie Rydzykowi i tym biskupom, którzy go popierają”? Można tylko pytać, skąd tak nieprzyjazne usposobienie kogoś, kto tkwi we wspólnocie Kościoła.

Muszę wyznać, że bardzo imponował mi prof. Stefan Niesiołowski w początkach jego aktywności politycznej w III Rzeczypospolitej. Gdy u boku śp. prof. Wiesława Chrzanowskiego budował Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe, wnosząc wiele także w życie Kościoła w Polsce. Zakończę pokojowo i pojednawczo: Szanowny Panie Profesorze, czy nie warto jednak, niezależnie od barw politycznych, głębiej wniknąć w tajemnicę własnego Kościoła, być wiernym jego nauce, a także ze zdecydowanie większą łagodnością traktować swoich współbraci w tej wspólnocie?

Ks. prof. dr hab. Wojciech Góralski

Aktualizacja 14 lipca 2012 (09:36)

NaszDziennik.pl