logo
logo

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Marsz Kresowian

Piątek, 12 lipca 2013 (02:10)

Kilka tysięcy ludzi przeszło w marszu pamięci z placu Trzech Krzyży na plac Zamkowy w Warszawie, aby oddać hołd ofiarom rzezi wołyńskiej. Z rąk ukraińskich nacjonalistów z OUN-UPA zginęło około 130 tys. Polaków.

 

W południe, przed marszem, na placu Trzech Krzyży przed kościołem św. Aleksandra została odprawiona uroczysta Msza św. w intencji ofiar ludobójstwa na Wołyniu i we wschodniej Małopolsce.

– Boli nas to, że została zaplanowana i przeprowadzona eksterminacja polskiej ludności na Kresach. Zginęły dziesiątki tysięcy ludzi zamordowanych przez ukraińskich nacjonalistów. Zginęli mężczyźni i kobiety, starcy i dzieci. Zginęli tylko dlatego, że byli Polakami – mówił podczas homilii biskup polowy Wojska Polskiego Józef Guzdek.

Przypomniał, że tragiczne wydarzenia niedzieli, 11 lipca 1943 roku, dotknęły nie tylko ludzi mieszkających we własnych domach, które zostały spalone i zrównane z ziemią, ale – co jeszcze straszniejsze – w wielu przypadkach do brutalnych mordów doszło w kościołach podczas Mszy Świętych.

Ukraińcy celowo, właśnie w niedzielę, 11 lipca 1943 roku, przeprowadzili najwięcej ataków na polskie wsie, bo wykorzystali to, że ludzie gromadzili się wtedy w jednym miejscu, w kościołach.

Łatwiej było więc ich mordować. Świątynie były otaczane i często podpalane. Jeśli ludzie nie ginęli bezpośrednio z rąk oprawców, którzy szturmowali kościoły, to umierali w płomieniach. I dlatego 11 lipca jest symboliczną datą zbrodni wołyńskiej.

– Krew Chrystusa, która była w kielichu ołtarzowym, mieszała się z krwią ofiar. Mam świadomość wielu niedokończonych Mszy Świętych tamtej niedzieli. Ta myśl przynagla nas dziś, by dokończyć tę niedokończoną Liturgię – podkreślał ks. bp Guzdek, który wezwał aniołów, „by pozbierali porozrzucane na ziemi wołyńskiej okruchy Ciała i rozlane krople Krwi Pańskiej”.

Tragiczne wspomnienia

Na uroczystości zorganizowane przez Społeczny Komitet Obchodów 70. Rocznicy Rzezi Wołyńskiej przybyli parlamentarzyści, przedstawiciele organizacji kombatanckich, stowarzyszeń.

– Dziękuję wszystkim politykom, że nie zostaliśmy tutaj jak sieroty i znaleźli się wśród klasy politycznej ludzie, którzy wspierają walkę trwającą już dziesiątki lat – mówiła po zakończeniu Mszy Świętej dr Lucyna Kulińska, prezes Społecznej Fundacji Pamięci Narodu Polskiego.

Małgorzata Gośniowska-Kola, prezes Stowarzyszenia Huta Pieniacka, uważa, że udział przedstawicieli władz państwowych czy organizacji politycznych podczas tego rodzaju obchodów nie jest kwestią polityki, ale sumienia.

– Im więcej osób będzie brało udział w takich zgromadzeniach, tym będzie mocniejsza pamięć o pomordowanych. Sprawy te są niestety zakładnikiem polityki. Albo wypada, albo nie wypada o tym mówić. To jest bardzo bolesne, że nie jest to kwestia sumienia, ale bieżących interesów – podkreślała Gośniowska-Kola.

Jest ona córką kobiety, która jako dziecko przeżyła zagładę polskiej społeczności ze wsi Huta Pieniacka, gdzie w lutym 1944 roku Ukraińcy zamordowali około 1200 osób.

– Prawie cała moja rodzina została tam zamordowana. Tylko dzięki mojej mamie przetrwała pamięć. Była ona zawsze przestraszona tym miejscem i wspomnieniami. To ostatni moment, by przejąć tę spuściznę i oddać hołd tym, których zamordowano, oraz tym, którzy są dziś u schyłku życia – podkreśla.

Straszne wspomnienia z tego czasu ma Szczepan Siekierka ze Stowarzyszenia Upamiętnienia Ofiar Zbrodni Ukraińskich Nacjonalistów we Wrocławiu.

– To są rzeczy, które trudno sobie wyobrazić – podkreśla.

Urodził się w powiecie podhajeckim w województwie tarnopolskim. Jego wieś została zaatakowana w grudniu 1944 roku. Dla niego to, co się wydarzyło, jest ludobójstwem.

– Miałem 17 lat, gdy ze sztachet ściągałem małe dzieci. Mojego stryja, mimo że miał żonę Ukrainkę, zarąbano siekierą. Jego serce nadziali na kij i chodzili po okolicznych wsiach i śpiewali „Jeszcze Polska nie zginęła”. Mojego 2-letniego kuzyna upowcy oskalpowali w kołysce. Moją ciocię zakłuto widłami, a drugą podpalono naftą – opowiada pan Siekierka.

Jak wspomina, ludzie, którzy dopuścili się tych zbrodni, byli ich sąsiadami. Nie pamięta, by przed wojną Polacy i Rusini darzyli się niechęcią.

– To się pojawiło podczas wojny, oni byli agitowani i nastawiani wrogo do nas. Znam wydarzenie, gdzie mąż był Ukraińcem, a żona Polką. Syn został wciągnięty do UPA, gdzie w lesie złożył przysięgę, w której przyrzekł, że nie cofnie się przed najgorszą zbrodnią dla niepodległej Ukrainy. Więc wziął w nocy siekierę i zarąbał swoją mamę i siostrę. Gdy po trzech latach wrócił do domu, ojciec odrąbał mu głowę, kiedy ten spał. Takie rzeczy się działy – opowiada pan Siekierka.

Jego stowarzyszenie zbiera od 15 lat relacje świadków zbrodni i dokumenty. – Mamy ich już ponad 20 tys. – mówi.

Uchwała z poprawką

Tymczasem nie są do końca znane losy sejmowej uchwały poświęconej 70. rocznicy zbrodni wołyńskiej. Co ciekawe, wczoraj nieoczekiwanie sejmowa Komisja Kultury i Środków Przekazu poparła poprawkę do projektu uchwały o zbrodni wołyńskiej. Zgodnie z nią „Zbrodnia Wołyńska na Polakach ze względu na jej zorganizowany i masowy wymiar to zbrodnia ludobójstwa” – głosi poprawka zaproponowana przez klub Solidarnej Polski, którą poparło 10 posłów, a 9 było przeciw. Niestety, większość odrzuciła poprawkę ustanawiającą 11 lipca Dniem Pamięci Ofiar Zbrodni Wołyńskiej – Męczeństwa Kresowian.

– Jednym głosem, ale udało się i poprawka ze słowem „ludobójstwo” będzie pozytywnie rekomendowana przez komisję kultury, co zwiększa szansę na przyjęcie projektu z treścią, o jaką prosili Kresowiacy, zgodną z prawdą historyczną, że to, co wydarzyło się 70 lat temu, było okrutną skalą ludobójstwa – powiedział poseł Patryk Jaki (SP).

Maciej Walaszczyk

Nasz Dziennik