logo
logo

Zdjęcie: M.Borawski/ Nasz Dziennik

Politycy nie mają prawa decydować za rodziców

Piątek, 8 listopada 2013 (20:33)

Z Dorotą Dziamską pedagogiem, dyrektorem Pracowni Pedagogicznej im. prof. Ryszarda Więckowskiego w Poznaniu, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Jak przyjęła Pani wynik głosowania dotyczącego referendum w sprawie obowiązku szkolnego sześciolatków?

– Moją uwagę zwróciła frekwencja posłów. Mianowicie nasi parlamentarzyści nie uczestniczą z reguły tak licznie we wszystkich głosowaniach, natomiast dzisiaj sala była pełna. To świadczy, że atmosfera dyskusji w klubach w sprawie referendum dotyczącego obowiązku szkolnego sześciolatków musiała być bardzo napięta. Natomiast sam wynik, tak po ludzku, jest dla mnie bardzo smutny. Od 2008 r. spora grupa polskiego społeczeństwa w osobach rodziców, ale także nauczycieli i naukowców zwracała uwagę, jak istotnym problemem jest reforma szkolnictwa, że tak na dobrą sprawę szkoły nie są do tego dostatecznie przygotowane i że kwestie systemu oświaty należy potraktować bardzo poważnie. Niestety większość polityczna, bo tak naprawdę polityka, a nie względy merytoryczne zaważyła na wyniku tego głosowania i na tym, że referendum jak na razie się nie odbędzie. Jest to niedobra, a wręcz szkodliwa decyzja dla naszego kraju. Z drugiej strony trzeba też zwrócić uwagę, że coraz rzadziej dochodzi do referendów, tym samym instytucja referendum przestaje być w Polsce narzędziem demokracji. Ponadto Platforma Obywatelska w rzeczywistości nie jest już obywatelska. Nie jest to partia, która słucha obywateli, dla której ważniejsza od dobra dzieci jest dyscyplina partyjna. Trudno, żeby taka postawa podobała się obywatelom i była akceptowana.

Dlaczego rodzicom odbiera się prawo decydowania o edukacyjnym losie swoich dzieci?

– Wydaje mi się, że mamy do czynienia z czymś w rodzaju nowomody. Ciągle z ust minister edukacji, a także premiera Tuska słyszymy, że podejmując działania, musimy się powoływać na trendy obowiązujące na zachodzie Europy i dobijać do tamtych standardów. Zapomina się jednak, że w zachodniej Europie sześciolatki, owszem, idą do szkoły, ale tam rodzice mają wybór. Jeżeli widzą, że psychicznie czy emocjonalnie ich dziecko jest jeszcze niedojrzałe, to mają prawo nie posyłać go do pierwszej klasy, tym samym nie skazują dziecka na przymusową edukację, jak chce się to przeforsować w Polsce. Nie jest zatem tak, że Zachód jest obligatoryjny, jak dzieje się to u nas. Rodzicom nie wolno odbierać prawa do decydowania o własnym dziecku, co zapewnia Konstytucja RP. Nawet nie patrząc na przepisy konstytucyjne, tylko na zdrowy rozsądek, trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie: kto tak naprawdę powinien wychowywać dziecko i mieć do tego prawo, jak nie rodzice. Szkoła jest instytucją powołaną do wspierania rozwoju dziecka i ma pomagać rodzicom w wychowaniu i kształceniu dziecka, a nie odwrotnie. W naszym kraju te standardy widać przestają obowiązywać. Trudno oprzeć się wrażeniu, że w takim myśleniu powoli wracamy do czasów komunistycznych, gdzie państwo wiedziało lepiej od rodziców, kiedy i jak mają wychowywać czy kształcić swoje dzieci.

Niewątpliwie posłowie PO - PSL zlekceważyli głos miliona obywateli…

– Ten wynik głosowania i zachowanie koalicji rządzącej to nic innego jak lekceważenie Polaków. Od kilku dni w mediach przeważała dyskusja o dyscyplinie partyjnej, a nie dyskusja merytoryczna o dziecku, którego ten cały problem dotyczy. Nasz głos, głos miliona obywateli był głosem apolitycznym, głosem ludzi, którzy wskazywali na konkretne zaniedbania, złe przygotowanie reformy i wielką troskę o dziecko. Natomiast polityków interesowała tylko i wyłącznie dyscyplina partyjna i tak na dobrą sprawę ich ciepłe posadki. To trzeba zmienić.          

Jak Pani ocenia forsowaną na siłę reformę szkolnictwa?

– Jestem pedagogiem i jeżeli czytam wprowadzony przez Katarzynę Hall program uczenia dzieci w przedszkolach i klasach I-III, to stwierdzam, że jest to program bardzo ubogi, który nie rozwija, a pogarsza możliwości uczenia się dzieci. Nawet gdyby znaleźć szkołę w pełni wyposażoną, z ogródkiem na zewnątrz czy instalacjami do ćwiczeń gimnastycznych itp., to cała ta otoczka nie jest jeszcze programem, który jest tu najważniejszy. Dziecko idzie do szkoły dla programu, żeby się rozwijać, stąd nawet ten wielki szum, z jakim ostatnio mamy do czynienia, czy chociażby zmuszanie dyrektorów, żeby głosili, jak pięknie mają wszystko przygotowane, jest jednym wielkim kłamstwem, bo podstawa programowa i programy są złe. Można powiedzieć, że są gorsze niż programy uczenia sześciolatków, które obowiązywały do 2009 roku. Obecna podstawa programowa edukacji wczesnoszkolnej łamie prawo dziecka do naturalnego rozwoju. Program, jaki funduje nam MEN jest krzywdzący i spowoduje regres intelektualny wśród dzieci. Nie ma zatem mowy o dobrym przygotowaniu szkół. W Polsce według danych MEN w systemie oświaty jest 13,5 tysiąca szkół podstawowych i raporty, które mówią o przygotowaniu 120 czy nawet 150, to w stosunku do ogółu jest  ułamkiem procenta i nie rzutuje na całość. Jako pedagog jeżdżę po Polsce, szkolę nauczycielki i widzę, jak w szkołach poprzez przyrost liczby dzieci psuje się warunki ich uczenia. Szkolne korytarze zamienia się na dodatkowe stołówki, szatnie, czyli tak na dobrą sprawę odbiera się dzieciom przestrzeń do działań związanych z kulturą fizyczną, zajęć ruchowych. Taka niestety jest szkolna rzeczywistość, a mówienie, że szkoły są przygotowane na przyjęcie sześciolatków, jest po prostu nieprawdą.            

Bitwa w Sejmie została dzisiaj przegrana, ale jak zapowiadają rodzice, to nie koniec walki o sześciolatki…

– Jestem tego pewna. Proszę pamiętać, że o zmianę szkodliwych społecznie przepisów walczy nie grupa polityczna, ale grupa obywateli – rodziców, konkretnych ludzi, którzy mają dzieci, prowadzą je do konkretnych szkół i przedszkoli, rodziców świadomych tego, co się dzieje z edukacją w Polsce. Nie po to ludzie się organizowali, nie po to zbierano podpisy, żeby teraz odpuścić, bo tak chcą politycy. Dzieci są przyszłością naszego Narodu i nie jest to żaden frazes. Kiedyś nasze dzieci będą się nami opiekować i musimy tak skonstruować system oświaty w Polsce, aby tym dzieciom żyło się dobrze w tym kraju, żeby tu mogły się uczyć, pracować i budować Polskę, a nie wyjeżdżać za chlebem za granicę. Tej sprawy nie można odpuścić. To referendum powinno przejść, gdyby politycy szanowali obywateli. Nie przeszło, więc obywatele będą pokazywać dalej, co należy zrobić. Trzeba się cieszyć, że są ludzie, którzy znajdują na tyle siły i determinacji, żeby mobilizować kolejnych rodziców i nauczycieli. Ta akcja zatoczy jeszcze większy krąg, bo zła jest nie tylko podstawa programowa dla najmłodszych klas. Tak naprawdę cały system oświaty w Polsce nie jest dobry, co nie podoba się rodzicom i trudno się temu dziwić, bo reforma, która w założeniu miała pomóc, tak naprawdę wiele rzeczy zniszczyła.

Dziękuję za rozmowę.    

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl