logo
logo

Zdjęcie: arch./ -

Trzeba uczcić ich pamięć

Poniedziałek, 2 grudnia 2013 (02:04)

Z Chaną Broder, uratowaną z holokaustu, rozmawia ks. Paweł Rytel-Andrianik

Została Pani uratowana od zagłady jako dziecko. Każda historia ocalonych jest inna. Proszę opowiedzieć swoje przeżycia.

– Razem z rodzicami i babcią uciekliśmy z getta w Siemiatyczach 2 listopada 1942 roku. W tym czasie udało się zbiec też innym członkom mojej rodziny. Ludzie dawali nam jedzenie, przyjmowali na kilka dni, ale obawiali się przyjąć na dłużej, bo za to groziła kara śmierci. Byli też i tacy, którzy nie chcieli nas przyjąć do siebie. Zimę spędziliśmy w Aleksandrowie u rolnika o imieniu Klemens. W maju 1943 r. Niemcy przyszli, aby zabrać mu część dobytku. Weszli do obory, nad którą ukrywaliśmy się w słomie. Myśleliśmy, że za chwilę nas zastrzelą. Niemcy jednak nas nie zauważyli. Wzięli kilka sztuk z jego dobytku i poszli dalej. Po tym wydarzeniu Klemens powiedział, że nie przeżyłby jeszcze raz takiego niebezpieczeństwa.

Co dalej działo się z Państwem?

– Mój wujek Shieh Kejles, którego żona i córka zostały deportowane do Treblinki, był jednym z uciekinierów z getta. To on właśnie słyszał, że na Kolonii Morze jest rodzina Kryńskich, na którą można liczyć. Można tam było zjeść coś ciepłego, przenocować itd. Poprosiliśmy ich i zgodzili się nas przetrzymać przez dwa tygodnie. Po dwóch tygodniach pan Kryński, bo tak zwracaliśmy się do niego, powiedział, że nie ma serca, aby nas stąd odesłać. Dlatego mogliśmy pozostać u nich.

Jak traktowała Państwa rodzina Kryńskich?

– Rodzina składała się z czterech osób: Konstantego i Bronisławy Kryńskich oraz ich syna Henryka i córki Krystyny. Codziennie ktoś z nich przynosił nam ciepły posiłek. Co wieczór po udoju krów pan Kryński przynosił dla mnie garnuszek ciepłego mleka. Nigdy nie proszono nas o zapłatę i nie było między nami żadnej umowy. Kryńscy robili to dla nas całkowicie bezinteresownie. Mama i babcia jednak starały się pomóc i robiły swetry na drutach oraz ubrania, które pani Kryńska mogła sprzedać i mieć na nasze utrzymanie. Pani Kryńska, która była osobą bardzo pobożną, powiedziała, że jak Bóg zachował nas dotąd, to i do końca nas zachowa. Powiedziała też mojej mamie, iż wyznała księdzu, że ukrywa Żydów, na co on odpowiedział: „Robisz bardzo dobrze. To są niewinni ludzie, którzy nie zrobili nic złego” [proboszczem w parafii Ostrożany był wtedy ks. Jan Auder – przyp. red.]. Pozostaliśmy więc w gospodarstwie ponad rok, aż do lipca 1944 roku. Po wojnie mieliśmy kontakt z rodziną Kryńskich, bo chcieliśmy wyrazić naszą wdzięczność. Ostatnio nawet odnalazła mnie ich prawnuczka, z czego bardzo się cieszę.

Na Apel Radia Maryja jest przygotowywana Kaplica Pamięci, w której będą wypisane nazwiska Polaków ratujących Żydów. Czy chciałaby Pani, aby rodzina Kryńskich była w tej kaplicy upamiętniona?

– Wszelkie sposoby wyrażania wdzięczności ludziom, którzy nas ratowali, są bardzo dobre. Dlatego bardzo bym chciała, aby zostali w tej kaplicy umieszczeni ci, którzy uratowali mi życie. Choć po wojnie nie chcieliśmy wracać do strasznych przeżyć okupacji niemieckiej, to jednak nawet po wielu latach zawsze wraca myśl, że ocaleliśmy dzięki tej czy innej osobie. Często ci, którzy nas uratowali, już nie żyją. Dlatego to, co nam pozostaje, to utrwalenie ich nazwisk dla potomnych. Po angielsku mówimy: „to honor their memory” (żeby uczcić ich pamięć). Ja zapisałam nazwisko Kryńskich w mojej Biblii, aby przeszło z pokolenia na pokolenie. W najbliższym czasie złożę dokumenty w tej sprawie do Yad Vashem, gdzie – jak ufam – będzie wypisane ich nazwisko. A potomkowie Kryńskich, którzy by nie mogli przyjechać do Yad Vashem do Jerozolimy, będą mogli zobaczyć nazwisko swoich przodków w Polsce w Kaplicy Pamięci. Tej potrzeby wdzięczności nie zrozumie nikt, kto nie przeżył holokaustu. Dlatego całym sercem dziękuję osobom z Yad Vashem i pomysłodawcom Kaplicy Pamięci za pomoc w wyrażeniu wdzięczności tym, którzy uratowali nam życie.

Dziękuję za rozmowę.

ks. Paweł Rytel-Andrianik

Nasz Dziennik