logo
logo

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Walczymy o ustawę repatriacyjną

Niedziela, 25 sierpnia 2013 (20:29)

Z dr. Robertem Wyszyńskim z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego, byłym dyrektorem Instytutu Kresowego w Warszawie, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

 

Dzięki „Wspólnocie Polskiej” przez dwa tygodnie była w Polsce grupka dzieci z Kazachstanu. Próbowałem z nimi rozmawiać, ale były bardzo nieśmiałe, słabo mówiły po polsku.

– Zabiegałem w oddziale warszawskim „Wspólnoty Polskiej”, by te dzieci przyjechały do Polski, szczególnie z Jasnej Polany. Od trzech lat walczymy o ustawę repatriacyjną. W obecnej chwili nic się jednak z nią nie dzieje. Mało tego – te dzieci, wedle nowych planów, nie mają szans nigdy w życiu na powrót do Polski.

 

Dlaczego ten projekt utknął?

– Od maja lub nawet kwietnia ubiegłego roku nie było nawet żadnego spotkania w tej kwestii. Nikt w Polsce nie chce dzieci z Kazachstanu, z prostej przyczyny, bo nie są w kolejce tzw. systemu „Rodak”, który kiedyś wymyśliło sobie MSW. W bazie sytemu jest ok. 3 tys. osób, które już od 8-9 lat czekają w kolejce na powrót do Polski. Do bazy nikt już nawet się nie zapisuje, bo to nie ma sensu. A rządzący chcieliby zaprosić do Polski tylko ludzi z niej i na tym skończyć. Rocznie jednak do Polski jedzie z bazy od 8 do 20 rodzin, a w kolejce czeka tysiące osób. Co najdziwniejsze i najsmutniejsze, wszyscy zapisani do bazy dostali pisemne zobowiązanie rządu polskiego, że zostaną sprowadzeni do Polski. W kraju wiedzą, że gdyby ktoś z takiej wioski wytoczył im sprawę, to wygrałby, ale kto z nich to zrobi? Rocznie na dzieci z Kazachstanu, które chcą dalej kształcić się w Polsce, czeka kilkadziesiąt miejsc. Ale żeby mogły tu przyjechać, muszą zdać egzamin dojrzałości z języka i kultury kazachskiej.

 

Po co?

– Dobre pytanie. Nikt jednak go nie zdaje, bo nikogo to nie obchodzi. W Kazachstanie, szczególnie Północnym, który w większości zamieszkują Słowianie, Kazachowie próbują wprowadzić jako urzędowy język kazachski. Nasze ministerstwo wymyśliło więc sobie, że przyjmie tylko tych, którzy zdadzą powyżej połowy punktów język i kulturę kazachską. Dzieci żyją jednak w większości we wsiach, które są czysto polskie, czasami tylko mieszane, ale ogólnie słowiańskie. Tam nie ma kultury ani języka kazachskiego, funkcjonuje wyłącznie jako dodatkowy.

 

Gdy rozmawiałem z dziećmi, które przyjechały do kraju z Jasnej Polany czy Zielonego Gaju, to wszystkie zapewniały, że chcą uczyć się języka polskiego.

– Tylko że nie ma ich kto go uczyć. Do Kazachstanu wyjeżdża coraz mniej nauczycieli. Wedle spisu ludności żyje tam 34 tys. „stuprocentowych” Polaków. Tak naprawdę mieszka ich tam o wiele więcej, ok. 200 tysięcy. To małżeństwa mieszane lub osoby, które tylko w paszporcie mają wpisane „Ukrainiec” lub „Rosjanin”. Robili to, żeby żyło im się lżej, żeby mogli znaleźć jakąś pracę czy pójść do lepszej szkoły. Trzeba to zrozumieć. Szacuję, że jest tam ponad 100 tys. osób z polskim pochodzeniem. Niech pan obliczy, ilu potrzeba tam nauczycieli, jeżeli mieszka tam kilkanaście tysięcy polskich dzieci? W najlepszym okresie, w latach 90. było tam czterdziestu kilku nauczycieli, teraz może kilku.

 

Dlaczego tylko tylu?

Polska nie podpisała z ministerstwem edukacji Kazachstanu umowy o wymianie i właściwie nie ma podstaw do wysyłania tam naszych nauczycieli. W ubiegłych latach trzeba było walczyć przez interpelacje poselskie, żeby w ogóle ci nauczyciele tam pojechali. Od dwóch lat zabiegam w tej sprawie, lecz nie można nic zrobić. Wysyłamy więc wolontariuszki.

W ubiegłym roku była jedna, w tym postaramy się tam wysłać harcerkę. W Jasnej Polanie jest nowy ksiądz proboszcz, chrystusowiec, harcerz, instruktor, który jest bardzo otwarty na pomoc edukacyjną dla tych dzieci. Był kiedyś Centralny Ośrodek Doskonalenia Nauczycieli, który pomagał w tej kwestii, lecz został zlikwidowany. Powstał ORPEG – Ośrodek Rozwoju Polskiej Edukacji za Granicą, czyli organizacja, która zajmuje się polskimi szkołami poza granicami, ale to są tak naprawdę jakieś absurdalne półśrodki. Jest bowiem tak jak z Białorusią czy Litwą. Nie ma u nas miejsc nawet dla tych, którzy kończą polską szkołę, zdając maturę na Litwie czy Białorusi. Nie ma żadnego systemu do przyciągania do kraju młodych maturzystów.  

 

Jest jakaś szansa dla dzieci, które nie zdadzą egzaminu z języka i kultury kazachskiej?

– Staramy się im jakoś pomagać, niejako poza systemem państwowym. W ubiegłym roku zdobyłem pieniądze i wziąłem do Polski jedenaścioro dzieci, którym udało się dostać na studia. Były wśród nich prawdziwe talenty, jak 15-letni plastyk, który uczy się teraz w szkole plastycznej w Łomży. Był teraz plener wszystkich szkół plastycznych w skali kraju i chłopak ten zajął na nim drugie miejsce. Inny z kolei dostał się do Poznania na reżyserię dźwięku, gdzie o jedno miejsce ubiegało się 8 czy 9 osób. To niesamowite, bo to są dzieci, które pochodzą z wiosek, w których tak naprawdę nie mają żadnych szans na rozwój. Niestety, wedle naszego ministerstwa podobne dzieci nie dostają się na studia w Polsce, bo nie zdały na maturze kazachskiego, który notabene zdaje tylko garstka Polaków. Ministerstwo w tym momencie ma problem z głowy, bo ściąga do Polski tylko tych, co go zaliczyli, a o reszcie nie myśli. Nikomu się nie chce wydobywać z takich wsi talentów, bez zdanego egzaminu z kazachskiego, i zająć się tymi dziećmi. Gdybym miał stypendium, można by było takich ludzi zabierać do Polski, wysyłać ich na kurs języka polskiego na uniwersytecie, a potem na konkretne studia.

 

To już trzecie pokolenie zesłańców, o których nikt w Polsce nie pamięta.

– Niestety, to gorzka prawda. Nikt nie chce „zabić” ustawy repatriacyjnej, bo to wyszłoby niepatriotycznie. Ale od trzech lat nic się z nią nie dzieje. A trzeba przypomnieć, że wsie, jak Jasna Polana, były kiedyś polsko-niemieckie. Niemcy już dawno ściągnęli do siebie własnych rodaków, w sumie z Kazachstanu wyjechało przynajmniej 800 tysięcy Niemców. Z samej Jasnej Polany wyjechało ich ponad 2 tysiące. Zostali sami Polacy. My jednak nie robimy praktycznie nic w tej sprawie. Narzekamy, że mamy problem demograficzny, ale tak naprawdę nie chcemy tych dzieci u nas. Nie prowadzimy nawet dla nich żadnego skoordynowanego sytemu pomocy edukacyjnej.

Dziękuję za rozmowę.

 

Piotr Czartoryski-Sziler

NaszDziennik.pl