logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Piotr Augustyniak/ PAP

Wisła – to już koniec?

Sobota, 15 grudnia 2018 (10:17)

Jeśli nie nastąpi jakiś nagły zwrot akcji, piłkarska drużyna Wisły Kraków prawdopodobnie nie przystąpi do wiosennych rozgrywek ekstraklasy, a kolejny sezon rozpocznie – w najlepszym wypadku – w IV lidze.

Wisła znajduje się nad przepaścią. A nawet w tę przepaść powoli spada, wypatrując z nadzieją ręki, która ewentualnie mogłaby ten upadek powstrzymać. Jeszcze kilka dni temu wydawało się, że być może do najgorszego nie dojdzie. Pogrążoną w największym w jej historii kryzysie Wisłę miało w planach uratować kilku lokalnych przedsiębiorców. Sprawa, na pierwszy rzut oka, zmierzała w dobrym kierunku, jednak ostatecznie do przejęcia piłkarskiej drużyny nie doszło. Dlaczego? Przeprowadzony naprędce audyt wykazał, że nowi właściciele na dzień dobry musieliby wyłożyć kilkanaście milionów złotych, by spłacić najbardziej pilne długi. I to szybko, błyskawicznie, bo w innym wypadku zespół mógłby przestać istnieć. Potem musieliby spłacać długi kolejne. Jakie? Gigantyczne, to pewne. Przekraczające dane, o których klub oficjalnie informował. A może raczej nie informował, bo od miesięcy najważniejsze w Wiśle osoby zapadły się pod ziemię. Dane i liczby pojawiały się w medialno-kibicowskich spekulacjach i szokowały. 20 milionów. Potem 40. Wreszcie 80, a może i więcej. Tyle, łącznie, ma wynosić obecny dług „Białej Gwiazdy”. Nie wiadomo, w jaki sposób wygenerowany, bo patrząc realnie, wydaje się niemożliwe powiększyć go do takich rozmiarów w krótkim czasie zawiadowania sekcją piłkarską przez Towarzystwo Sportowe. Nabyło one ekstraklasową drużynę z rąk niejakiego Jakuba Meresińskiego w sierpniu 2016 roku. Ten był jej właścicielem przez kilka miesięcy i na temat tego akurat okresu krążą pod Wawelem różne rewelacje, historie i domysły. Pewne jest tylko, że rzekomo światły przedsiębiorca okazał się oszustem bez matury, któremu jednak bez wahania akcje sprzedała Telefonika, dotychczasowy wieloletni właściciel sekcji.

Przejęcie jej przez Towarzystwo Sportowe wydawało się ratunkiem. Jednak stało się początkiem prawdopodobnego końca, bo tego, co miało się zdarzyć przez kolejne lata, nie wyobrażał sobie nikt. Fatalne zarządzanie, niezrozumiałe decyzje, trwonienie pieniędzy i wpędzanie klubu w długi spowodowały, że sytuacja Wisły stała się bardziej niż dramatyczna. Piłkarze, trenerzy, członkowie sztabu od miesięcy nie otrzymują wynagrodzeń. Klub ma zaległości wobec innych, byłych zawodników i szkoleniowców, ma zaległości wobec miasta Krakowa. Wielomilionowe. Obecni piłkarze, gdyby chcieli, już dawno mogli skorzystać z danego im prawa, zmusić pracodawcę do wypłaty zaległości i w przypadku negatywnej odpowiedzi zerwać obowiązujące kontrakty. Nie zrobili tego. Dla kibiców, dla Wisły, jej przyszłości. Ale mamieni i okłamywani obietnicami, prędzej czy później to zrobią, bo nic nie wskazuje na to, by coś się miało zmienić. Nie mogą przecież ciągle trwać w niepewności i wykonywać pracy bez płacy.

Pieniądze mieli otrzymać w tym tygodniu. Od nowych właścicieli, którzy mieli sekcję przejąć. Ale nie przejmą, bo z tych planów się wycofali. Mowa o wspomnianych lokalnych przedsiębiorcach, kibicach Wisły, mających ją w sercu i chcących ją uratować. Podobno, ale tylko podobno, jeszcze klub rozmawia z jakimiś potencjalnymi inwestorami, ale w słowa płynące z Reymonta już chyba nikt nie wierzy.

A jeśli takowy inwestor się nie znajdzie, jeśli nie pojawią się pieniądze na pokrycie najpilniejszych długów – gigantyczne pieniądze – Wisła prawdopodobnie nie przystąpi do wiosennych rozgrywek ekstraklasy. I to nie tylko dlatego, że nie będzie miała kim grać, bo opuszczą ją nieopłacani zawodnicy. Zostanie wywczas zdegradowana o kilka klas niżej i w najlepszym dla siebie wypadku rozpocznie nowy sezon w IV lidze.

Piotr Skrobisz

NaszDziennik.pl