logo
logo

Zdjęcie: Matthew Childs / Reuters

Lucas Moura – Boży człowiek z Tottenhamu

Czwartek, 9 maja 2019 (22:27)

Dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych – tak sensacyjny awans piłkarzy Tottenhamu Hotspur do finału Ligi Mistrzów skomentował bohater rewanżowego meczu z Ajaksem Amsterdam Lucas Moura.

To był kolejny niesamowity spektakl w obecnej edycji Champions League. Bodaj najbardziej niezwykłej w historii, najbardziej emocjonującej i wyjątkowej. Tottenham wybrał się do Amsterdamu, by odrobić stratę z własnego stadionu, gdzie uległ rywalowi 0:1. Rewanż do przerwy nie układał się jednak po jego myśli, bo – choć stwarzał sobie sytuacje – przegrywał 0:2. Niewielu wierzyło wówczas w powodzenie drużyny w Londynu, ale, na jego szczęście, nie zwątpili główni aktorzy. Piłkarze i trener Mauricio Pochettino.

W drugiej połowie odwrócili losy rywalizacji, a w roli głównej wystąpił Moura. Brazylijczyk przyjechał do Europy kilka lat temu, by stać się gwiazdą Paris Saint-Germain. Gwiazdą nie został, bo w tym klubie nie do końca się odnalazł. W końcu tamtejsi działacze, bez żalu, oddali go do Tottenhamu. Tam odżył, gdy trafił pod skrzydła Pochettino, niezwykłego trenera, o którym mówi dziś cała futbolowa Europa. I choć grał, to cały czas czekał na ten jedyny, wyjątkowy występ, który mógłby uczynić zeń legendę. Wreszcie się doczekał. W Amsterdamie, w drugiej połowie drugiego półfinału Ligi Mistrzów.

Gdy się zaczynała, Tottenham, licząc wcześniejsze wydarzenia z Londynu, przegrywał 0:3. Potrzebował „cudu”, by awansować. I ów „cud” się zdarzył. Moura wpierw zdobył gola kontaktowego, najważniejszego, bo dającego nadzieję i poczucie, że nic nie jest jeszcze stracone. Chwilę później popisał się fantastyczną indywidualną akcją, gdy na niewielkiej przestrzeni wyprowadził w pole całą defensywę Ajaksu, doprowadzając do remisu. A w ostatniej akcji meczu, w jego ostatniej sekundzie, popisał się kolejnym kapitalnym strzałem, strzałem skutecznym, na wagę zwycięstwa 3:2 i awansu do wielkiego finału.

– To była najlepsza chwila w mojej karierze, w moim życiu. Daliśmy z siebie wszystko, byliśmy jak rodzina, to zadecydowało – powiedział tuż po meczu. Pochettino nazwał go superbohaterem wśród bohaterów, jak zwykł nazywać swych podopiecznych.

Brazylijczyk nie miał jednak wątpliwości, komu zawdzięczał swoje bramki, kto stał za awansem jego drużyny. – Dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych – napisał, komentując boiskowe wydarzenia na jednym z portali społecznościowych. Ci, którzy wcześniej go nie znali albo znali wyrywkowo, mogli się wówczas przekonać, iż Brazylijczyk jest człowiekiem głębokiej wiary, który jej nie ukrywa, będąc dumnym uczniem Chrystusa. „Jezus jest drogą, prawdą i życiem” – to jego motto, według którego stara się postępować.

Pochodzi z głęboko wierzącej, katolickiej rodziny z São Paulo. Jak sam opowiadał, przez całe życie wierzył, ale przez pewien czas ta wiara miała odcień dość letni. Wszystko zmieniło się po transferze do PSG. Wielu może to zaskoczyć, ale właśnie w Paryżu Lucas zbliżył się do Boga, bliżej Go poznał, stając się osobą głęboko praktykującą. – Każdy piłkarz marzy o trofeach, tytułach, medalach, ja również. Równie mocno chciałbym jednak być zapamiętany jako Boży człowiek, ktoś, kto w swym życiu zrobił coś dobrego, pomógł komuś innemu znaleźć drogę do Boga – mówi.

W stolicy Francji czuł się samotny. Tęsknił za domem, rodziną, przyjaciółmi. – Wtedy poznałem ludzi, którzy w prosty, a jednocześnie piękny sposób ukazali mi Słowo Boże, powiedzieli więcej o Jezusie. Zainteresowałem się tym głębiej i zacząłem pojmować miłość Bożą do mnie. Dziś wiem, że talent do piłki, jaki otrzymałem, pochodzi od Boga. I wierzę, że trafił do mnie nieprzypadkowo, że Bóg chce, abym tą drugą głosił Jego chwałę, coś przekazywał – tłumaczy bohater drugiego z półfinałów Ligi Mistrzów. Człowiek, który o sobie mówi „zakochany w Ewangelii Chrystusa”.

 

 

 

Piotr Skrobisz

NaszDziennik.pl