logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Matt Childs/ PAP/EPA

Lewandowski jak marzenie

Poniedziałek, 24 sierpnia 2020 (17:33)

Aktualizacja: 24 sierpnia 2020 (17:46)

Po finale Ligi Mistrzów już chyba nikt nie ma wątpliwości, iż Robert Lewandowski może śmiało i bez żadnych kompleksów stawać w jednym rzędzie obok piłkarskich gigantów naszych czasów.

Do tej pory o kapitanie reprezentacji Polski mawiano często – świetny, ale… Po owym „ale” padały twierdzenia, że zawodzi w najważniejszych meczach, że właśnie wtedy, gdy powinien najmocniej udowadniać swoją wartość i brać na swoje barki ciężar odpowiedzialności za wynik – niekoniecznie czyni to z powodzeniem. Może czasami faktycznie tak bywało, jednak Lewandowski ciągle pracował, by się rozwijać i zadawać kłam takim tezom. Bo to tytancpracy. Człowiek dbający o każdy, najdrobniejszy szczegół. Pilnujący siebie w stopniu maksymalnym. Nie pozwalający sobie na słabości, nawet najdrobniejsze. To dlatego w wieku 32 lat (urodziny świętował w piątek) ciągle się rozwija, przesuwa granice i staje coraz lepszym piłkarzem. – To co najlepsze ciągle przede mną – mawiał często i trzeba mu wierzyć.


Lionel Messi, Cristiano Ronaldo, Neymar – to trójka piłkarzy budzących w ostatnich latach największe emocje. Argentyńczyk i Portugalczyk od dawna między sobą dzielili najważniejsze indywidualne wyróżnienia. Brazylijczyk stał może nieco z boku, jednak dzięki social mediom i o nim bywało niewiarygodnie głośno. Lewandowski był uważany za znakomitego napastnika, jednego z najlepszych w świecie, ale do tego „topu” nie był zaliczany. Dziś to się zmieniło, a ostatniego sezonu Polakowi może pozazdrościć każdy. Messi? Jago Barcelona została zmiażdżona przez Bayern w ćwierćfinale Ligi Mistrzów. Ronaldo? Jego Juventus Turyn nawet nie dotarł do tej fazy.

A Lewandowski? Grał i zwyciężał. Przed niedzielnym finałem strzelał bramki w każdym z dziewięciu meczów obecnej edycji Ligi Mistrzów (w jednym nie wystąpił). Łącznie uzbierał ich aż 15, co dało kapitalną średnią. Miał szansę pobić rekord wszech czasów Ronaldo, który w jednej z edycji Champions League uzbierał 17 goli (grając w większej liczbie spotkań, dodajmy). Nie pobił, bo w finale do siatki rywali nie trafił. I tak został jednak królem strzelców LM, z kolosalną przewagą nad kolejnym zawodnikiem.

I tu przechodzimy do meritum. Wcześniej Polak wywalczył armatę, trofeum dla najlepszego strzelca Bundesligi. Sezon zakończył z 34 golami, liczbą rekordową, jeśli chodzi o obcokrajowców. A zagrał w 31 pojedynkach. W Pucharze Niemiec, w pięciu meczach, strzelił sześć bramek. Też został królem strzelców tych rozgrywek. Wychodzi zatem na to, że Lewandowski był najlepszym strzelcem wszystkich (!) zawodów, w jakich jego Bayern zagrał w sezonie 2019/2020. Jeśli do tego dodać, że Bawarczycy też wygrali wszystko, co wygrać mogli, czyli Ligę Mistrzów, a wcześniej mistrzostwo i puchar Niemiec, to wychodzi… iż nigdy w historii nie było piłkarza, który w jednym klubowym sezonie osiągnął tak dużo jak Lewandowski, tak zespołowo, jak i indywidualnie. To pokazuje, jak fantastycznym jest piłkarzem, jak niewiarygodnie dużo osiągnął. To pokazuje, że może śmiało i bez żadnych zawahań stawać w szeregu obok Messiego i Ronaldo. Ba, to oni mogą i muszę teraz spoglądać na naszego rodaka z zazdrością, bo zazdrościć mają mu czego.

Messi? Rozgoryczony i zrezygnowany rozważa odejście z Barcelony, czyli życiową rewolucję. Ronaldo? Jego otoczenie wysyła sygnały, iż niekoniecznie żyje mu się w Turynie jak w bajce. Lewandowski? Wygrywa wszystko i nic nie wskazuje na to, by w tym temacie coś mogło się zmienić.

Piotr Skrobisz

NaszDziennik.pl