logo
logo

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

O przyszłość Brzęczka?

Wtorek, 17 listopada 2020 (12:52)

Aktualizacja: 17 listopada 2020 (13:56)

Czy jutrzejszy mecz z Holandią w Chorzowie może okazać się ostatnim Jerzego Brzęczka w roli selekcjonera piłkarskiej reprezentacji Polski? Miesiąc temu na takie stwierdzenie pewnie byśmy się zaśmiali, ale teraz do śmiechu już nikomu nie jest spieszno.

Co może w postrzeganiu zespołu/trenera zmienić jedno spotkanie, dowiedzieliśmy się w niedzielę, kiedy to Polska przegrała na wyjeździe z Włochami 0:2 po najgorszym występie za kadencji Brzęczka i jednym z najgorszych w całym XXI wieku. Nasz zespół przypominał w nim pospiesznie zgromadzoną grupę ludzi, którzy być może umiejętności jako takie posiadają i wiedzą, że piłkę należy kopać nogą względnie łapać rękoma, jeśli się jest bramkarzem, natomiast nikt nie wskazał im, że równie mocno liczy się pomysł na grę oraz taktyka, skrojona pod potencjał własny i rywala.

W efekcie Biało-Czerwoni przypominali dzieci zagubione we mgle, biegające do tego bez zaangażowania, serca i pasji. Co za tym idzie, ten jeden mecz spowodował, że nie tyle zapomnieliśmy o bardzo udanym w wykonaniu Polaków październiku, co inaczej na niego spojrzeliśmy. Z nieco większym krytycyzmem, dostrzegając po prostu, iż efektowne zwycięstwa nad rezerwami Finlandii oraz Bośnią i Hercegowiną (odniesione trochę przy sędziowskiej pomocy) niekoniecznie świadczyły o tym, że rośnie nam potęga gotowa zdominować przyszłoroczne finały mistrzostw Europy. W Reggio Emilia wróciły stare koszmary, a nawet więcej. Dowiedzieliśmy się, że cała narodowa ekipa, licząc sztab szkoleniowy i piłkarzy, niekoniecznie przypomina monolit i niekoniecznie z równym entuzjazmem podchodzi do wzajemnej współpracy.

Wróciły też dyskusje na temat Brzęczka i tego, czy faktycznie jest odpowiednim dowódcą, który zapewni powodzenie misji Euro 2021. Gdyby opierać się na tym jednym meczu, to odpowiedź byłaby oczywiście negatywna, a PZPN już powinien szukać odpowiedniego następcy, licząc, że tym razem się nie pomyli. Prawda jest bardziej skomplikowana i dobrze, że taka jest, co jednak nie znaczy, że Brzęczek nie znalazł się na cenzurowanym i o swoją posadę nie musi się obawiać. Musi, bo dziś wydaje się, że gwarancji zachowania pracy do mistrzostw nie da mu nikt, a wiele w tym temacie może zmienić jutrzejszy mecz z Holandią. Lekko na plus i bardzo mocno na minus.

Teoretycznie na dobę przed jego rozpoczęciem powinniśmy napisać, że jego stawką będzie awans do Final Four Ligi Narodów, bo Polacy takowej szansy wciąż nie stracili. Oczywiście, jest ona nikła, ale jak mówi stara futbolowa prawda: dopóki piłka w grze, wszystko jeszcze może się zdarzyć. Co w tym przypadku znaczy wszystko? Jeśli nasi pokonają „Pomarańczowych”, a Włosi przegrają z Bośnią i Hercegowiną, to Robert Lewandowski i spółka wywalczą awans. Czy to możliwe? Tak. Czy realne? Nie. Na 99 procent nie, jeden zostawiając sobie dla nieprzewidywalności piłki, szczególnie teraz, w czasach pandemii lubiącej szalone rezultaty.

Dla Polaków pojedynek w Chorzowie będzie miał jednak inne, ogromne znaczenie – bo może dotyczyć głowy selekcjonera. Na pewno zagrożonej. Po niedzielnym koszmarze pojawiło się już wiele głosów sugerujących i podkreślających, że nie wszyscy kadrowicze mają z trenerem po drodze, że nie wszystkim podoba się jego pomysł na reprezentację, a nawet sposób komunikacji z zawodnikami. Te opinie na pewno podsycił wywiad Lewandowskiego, a dokładnie to, czego nie powiedział – długie milczenie po pytaniu, jaka była taktyka na mecz z Italią. Każdy odebrał je jak chciał, na swój sposób, ale większość jako swoiste wotum nieufności wobec selekcjonera, albo przynajmniej próbę zwrócenia uwagi, że coś tu nie gra tak, jak grać powinno.

Stąd spekulacje dotyczące środowego spotkania. Kolejne złe, nieudane, zakończone porażką może przelać czarę goryczy, bo atmosfera zrobiła się fatalna, a jeśli ktoś myśli o zmianie, to nie ma na nią dużo czasu. Musiałaby być nie tylko natychmiastowa, ale też bardzo, ale to bardzo rozważna i mądra. Brzęczek, powtórzmy, ma prawo się niepokoić, szczególnie że Holandia jest bardzo mocnym i wymagającym rywalem, takim, który już raz pokazał Biało-Czerwonym miejsce w szyku. Wydaje się jednak, że ważniejsza nawet od wyniku będzie postawa samych piłkarzy. Ich zaangażowanie i pasja, które mogłyby wskazać, czy faktycznie są w stanie wskoczyć za trenerem w ogień, albo przynajmniej, że nadal chcą maszerować z nim w jednym kierunku i wierzą, że takie rozwiązanie ma sens. Od niedzieli do końca tego nie jesteśmy pewni, a to niezwykle istotna sprawa.

Do Final Four już nasi raczej nie awansują, nie ma co się łudzić. Są pewni utrzymania w najwyższej dywizji – dobrze, bo było to celem minimum. Mają jednak o co grać i o co walczyć. Z jakim skutkiem, dowiemy się jutro wieczorem.

Piotr Skrobisz

NaszDziennik.pl