logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Leszek Szymański / PAP

Fiasko eksperymentu Sousy

Wtorek, 16 listopada 2021 (17:43)

Aktualizacja: Wtorek, 16 listopada 2021 (20:35)

Dziś wieczorem okaże się, czy piłkarska reprezentacja Polski zapłaci za szaleństwo Paulo Sousy brakiem rozstawienia w pierwszym meczu barażowym o awans na mistrzostwa świata w Katarze. Niestety, to bardzo prawdopodobny scenariusz.

Przypomnijmy: ze strefy europejskiej na przyszłoroczny mundial zakwalifikowali się i zakwalifikują (wszak eliminacje zakończą się wieczorem) zwycięzcy 10 grup. Drużyny z lokat drugich plus dwie ekipy z Ligi Narodów powalczą o to w dwustopniowych barażach, w których do wygrania będą trzy ostatnie wolne miejsca. W swym ostatnim meczu fazy grupowej, z Węgrami, Polska walczyła o to, by rozpocząć je z korzystniejszego położenia. Mówiąc konkretnie, miała szanse na to, by znaleźć się wśród sześciu zespołów z drugich pozycji z najlepszym bilansem, które zostaną rozstawione przed losowaniem i w półfinale zagrają na własnym stadionie. Nie trzeba dodawać, jak wielki stanowić to będzie atut. Gdyby nasi wygrali, nikt i nic rozstawienia by im nie odebrał. W przypadku remisu byliby go praktycznie pewni. Porażka powodowała niepewność i niepokój.

Niestety – nasi przegrali, kończąc długą serię udanych występów na PGE Narodowym. To niezwykle szczęśliwy obiekt dla Biało-Czerwonych, wcześniej ulegli na nim rywalom tylko dwukrotnie, a po raz ostatni przeszło siedem i pół roku temu: 5 marca 2014 w towarzyskiej potyczce ze Szkocją 0:1.

Już przed starciem z Bratankami dużo mówiło się i pisało o kontrowersyjnej decyzji Sousy, który postanowił dać odpocząć Robertowi Lewandowskiemu. Sugerował, że napastnik Bayernu Monachium jest przemęczony, że ostatnio grał bardzo dużo i często, że warto oszczędzać jego zdrowie. Ponoć takie ustalenia zapadły po rozmowie z samym piłkarzem. Lewandowskiemu nie przeszkodziło to w weekend wziąć udział w imprezie urodzinowej jednego z najbogatszych Polaków, czym pochwalił się w mediach społecznościowych. Wyszło… tak sobie. Szczególnie że Sousa posłał kapitana Biało-Czerwonych do boju w piątkowym meczu z Andorą, rywalem o kilka klas słabszym od Węgrów, a przy okazji takim, który niedostatki umiejętności nadrabia faulami. Bądźmy szczerzy – tego dnia ryzyko odniesienia kontuzji było większe niż w poniedziałek. Bądźmy szczerzy po raz kolejny – z Andorą nasi spokojnie poradziliby sobie nawet bez Lewandowskiego. To nie ulegało i nie ulega wątpliwości. Ale Sousa zachował się przedziwnie. W piątek posłał do boju optymalny skład, a w poniedziałek, na starcie o wiele ważniejsze i trudniejsze, dokonał w nim rewolucji. Grzegorza Krychowiaka wyeliminowała kontuzja, Lewandowskiego i Kamila Glika pozostawił na trybunach, a Piotra Zielińskiego i Arkadiusza Milika na ławce. Efekt? Katastrofalny.

Polacy zagrali bowiem fatalnie. Potwierdziło się to, o czym wiemy od dawna, że reprezentacja bez Lewandowskiego, Glika, Krychowiaka, Zielińskiego traci połowę swej wartości. Przynajmniej. Sousa potem upierał się, że postąpił słusznie, że gdyby mógł cofnąć czas, to by niczego nie zmienił, że zmienników też trzeba ogrywać, i to w meczach ważnych, o stawkę… Ale bez takich konsekwencji, jakie zafundował. W zasadzie Portugalczykowi tym razem nie udał się żaden pomysł, łącznie z tak oczekiwanym występem Matty’ego Casha. Obrońca Aston Villi miał wnieść nową jakość, a został zapamiętany ze strat, przegrywanych dryblingów i brutalnego faulu, po którym powinien zobaczyć czerwoną kartkę. Może kiedyś reprezentacji się przyda, ale na pewno poniedziałek nie był jego dniem.

Nie był też dniem Wojciecha Szczęsnego, który w kolejnym meczu kadry popełnił błąd skutkujący stratą bramki, nie był dniem Tymoteusza Puchacza (tak obrażonego na krytyków, że odpowiadającego im w mocnych słowach w mediach społecznościowych) czy Krzysztofa Piątka. Na ciepłe słowa zasłużyli jedynie Karol Świderski i Zieliński, który gdy tylko pojawił się na boisku, wyraźnie ożywił poczynania kolegów.

Polacy z Węgrami przegrali 1:2. Oczywiście nie wiemy, czy wynik byłby inny, gdyby na boisku pojawili się Lewandowski i Glik, ale na pewno szanse byłoby większe, co przyznał nawet trener Madziarów, zdziwiony nieobecnością napastnika Bayernu i sugerujący, iż być może monachijczycy wywierali presję na Sousę, by ten dał odpocząć ich najlepszemu piłkarzowi. Portugalczyk odrzucił tę wersję, jednak naprawdę ciężko pojąć, co stało za absencją „Lewego”.

Kończąc: po poniedziałkowej katastrofie Biało-Czerwoni w tabeli drużyn z miejsc drugich grup eliminacji spadli na szóstą pozycję, ostatnią premiowaną rozstawieniem. Muszą drżeć, czy to się nie zmieni wieczorem, a to niestety bardzo realny scenariusz. Polaków mogą bowiem wyprzedzić plasujący się w tym zestawieniu tuż za nimi Walijczycy, o ile nie przegrają z pewnymi już awansu Belgami, bądź Turcy, jeśli pokonają na wyjeździe Czarnogórę. Ten drugi rezultat wydaje się więcej niż prawdopodobny, a i Walii może być nieco łatwiej, bo selekcjoner Belgów zapowiedział, że posadzi na ławce swoje największe gwiazdy i da wykazać się dublerom. Jeśli zatem nasi spadną poniżej szóstej pozycji, nie zostaną w barażach rozstawieni i już w pierwszym meczu, półfinałowym, będą mogli zmierzyć się z którąś z potęg, Portugalią, Włochami bądź Szwecją, i to na wyjeździe. To opcja, jaką musimy wziąć pod uwagę i jakiej można było uniknąć przy innym podejściu do spotkania z Węgrami.

 

 

Piotr Skrobisz

NaszDziennik.pl