logo
logo

Zdjęcie: adrian8_8/ Licencja: CC BY 2.0/ Flickr

Zabrakło współpracy

Poniedziałek, 19 lutego 2018 (21:17)

To nie tak miało wyglądać. Polskie łyżwiarki szybkie już na wstępie pożegnały się z marzeniami o trzecim olimpijskim medalu w wyścigu drużynowym, a Artur Waś zajął dopiero 13. miejsce w sprinterskich zmaganiach na 500 m.

Były trzecie w Vancouver i drugie w Soczi. Posługując się tendencją zwyżkową, w Pjongczangu powinny być pierwsze, ale oczywiście nikt nie wymagał, że nasze łyżwiarki w Korei zdobędą złote medale olimpijskie. Także srebrny wydawał się poza zasięgiem, bo Holenderki i Japonki w chwili obecnej ścigają się poza zasięgiem kogokolwiek. Ale medal brązowy… Przy doskonałym starcie własnym, przy pewnej dozie szczęścia można było o niego powalczyć. Co prawda obecny sezon optymizmem nie napawał, bo polska drużyna nie spisywała się w nim najlepiej, bo trenowała… No właśnie, nie trenowała za wiele, a Luiza Złotkowska, jedna z trzech pań, które dziś stanęły na starcie, przed Pjongczangiem nie pojawiła się w żadnych zawodach Pucharu Świata… Ale mimo to liczyliśmy, że wraz z Natalią Czerwonką i Katarzyną Bachledą-Curuś dokona niemożliwego. Nawet mimo rys, jakie pojawiały się na obliczu zespołu.

Dziś w ćwierćfinale Biało-Czerwone zmierzyły się z Amerykankami. Zgodnie z przepisami awansu do czwórki nie dawało jednak tylko zwycięstwo w tym wyścigu. Dawał je czas, a konkretnie przepustkę zdobywały cztery z ośmiu drużyn, z najlepszymi wynikami. Teoretycznie więc nasze panie mogły nawet z rywalkami z USA przegrać, ale gdyby ich czas okazał się czwartym w stawce, i tak awansowałyby dalej. I faktycznie, Polki przegrały, ale to nie była najgorsza wiadomość dnia. Ta zabrzmiała: pojechały fatalnie. Jak zlepek indywidualistek, które pojawiły się na lodzie pierwszy raz w drużynie. Do pewnego momentu wszystko jeszcze wyglądało jako tako, ale gdy Bachleda-Curuś złapała zadyszkę, gdy została daleko w tyle i niczego więcej z siebie nie wykrzesała, stało się jasne, że Polki doznają bolesnej porażki. Doznały, nie tylko poległy z boju z Amerykankami, ale uzyskały zdecydowanie najgorszy czas w całej stawce – 3.04,80 min. – W sobotę przejechałyśmy bieg drużynowy na treningu w czasie poniżej trzech minut. Nie musiałyśmy zatem zrobić niczego nadludzkiego, by awansować – przyznała Złotkowska. – Rozpadłyśmy się, pierwszy raz – dodała Bachleda-Curuś.

Ale najmocniej dzisiejszy start skomentowała na Facebooku Czerwonka. – Dziennikarze w komentarzach wskazują, że myśmy nie trenowały ze sobą. To jest prawda. Tylko, że nie jest miejsce teraz na to, aby analizować nasze przygotowanie fizyczne. Bo myśmy dzisiejszego startu nie przegrały na lodzie. Myśmy go przegrały znacznie wcześniej. Myśmy go przegrały w szatni... Myśmy go przegrały, bo spędziłyśmy za mało czasu na budowaniu mocnego zespołu. Na budowaniu zaufania, współpracy i pełnego oddania. Bo prawdziwą pracę zespołową widać nie na zawodach, a podczas treningów, podczas wspólnych posiłków, podczas zgrupowań. Marzy mi się powrót do budowania mocnej reprezentacji, w której przede wszystkim skupimy się na pomocy sobie nawzajem, a nie na szukaniu przyczyn porażek i niepowodzeń. Marzy mi się sytuacja, w której będziemy równie dużo czasu spędzały na trenowaniu techniki, siły i wydolności, co na trenowaniu współpracy i jedności zespołu. Dzisiejszy start jest porażką. Jest mi bardzo trudno się z nią pogodzić. Jestem jednak przekonana, że ten wynik będzie iskrą zapalną zmian, które doprowadzą do odbudowania mocnej kadry olimpijskiej. Bo mamy mocne zawodniczki. Teraz musimy zacząć pracować razem – napisała.

W środę o medale rywalizować będą reprezentacje Holandii (2.55,61 – rekord olimpijski), Japonii (2.56,09), Kanady (2.59,02) i USA (2.59,75). Polki powalczą z Koreankami o siódme miejsce.

Niedługo po katastrofie drużyny nastąpiła porażka kolejna – znów bolesna, w wyścigu mężczyzn na 500 m. Jako pierwszy na lodzie pojawił się Artur Nogal i… chwilę po starcie na nim leżał. Potknął się, wywrócił, w ciągu ułamka sekund grzebiąc owoce ciężkiej pracy z minionych miesięcy, może nawet lat. Po nim fatalnie pojechał Piotr Michalski, uzyskując 33. wynik w stawce (35,64 s). Waś, czyli ten, na którego liczyliśmy, oczyma wyobraźni nawet widząc go na podium, też zawiódł. 35,02 s starczyło do 13. miejsca. Odległego, bardzo odległego od oczekiwań i możliwości.

Wygrał Norweg Havard Lorentzen, czasem 34,41 s ustanawiając rekord olimpijski. Kolejne lokaty zajęli Koreańczyk Cha Min-Kyu (34,42) i Chińczyk Gao Tingyu (34,65)...

 

 

Piotr Skrobisz

Aktualizacja 25 marca 2018 (21:37)

NaszDziennik.pl