logo
logo

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Kubica – historia niezwykła

Środa, 6 lutego 2019 (21:20)

Dokładnie 8 lat temu, 6 lutego 2011 roku, podczas rajdu Ronde di Andora Robert Kubica przeżył wypadek, który całkowicie zmienił jego życie. I choć wówczas wydawało się to czymś absolutnie nierealnym, po latach niewiarygodnej walki i determinacji, za kilka tygodni wróci tam, gdzie zawsze być chciał i powinien. Do bolidu Formuły 1, by walczyć o mistrzostwo świata.

Wtedy, w lutym 2011 roku, był gwiazdą F1. Prawdopodobnie najbardziej utalentowanym kierowcą w stawce. Kimś, przed kim przyszłość stała otworem. Przyszłość, wielka kariera, mistrzowskie tytuły. Miał za sobą jedno spektakularne zwycięstwo w Grand Prix Kanady, wiele miejsce na podium i niezliczoną ilość pokonanych okrążeń, które do dziś budzą zachwyt u kibiców. Można je bez trudu znaleźć w internecie. Można i warto, by poczytać komentarze, by zobaczyć, jakiej miary kierowcą był Robert. I jakie miał perspektywy, bo nie jest tajemnicą, że wówczas, na początku 2011 roku, był już po słowie z Ferrari. W barwach tego legendarnego teamu miał jeździć od kolejnego sezonu, a w powszechnej opinii taki związek gwarantował coś wielkiego. Mistrzowskie tytuły. W zgodnej opinii, gdyby nie dramatyczny wypadek z Ronde di Andora, nasz rodak byłby dziś prawdopodobnie światowym czempionem. Być może wielokrotnym. Kimś na miarę Lewisa Hamiltona.

Oczywiście nigdy się nie dowiemy, czy tak faktycznie by było, możemy tylko bawić się w spekulacje, ale są one oparte na bardzo solidnych podstawach.

Wiadomość o wypadku Roberta natychmiast obiegła świat. Serwisy informacyjne, nie tylko w Polsce, przerywały swe programy, by podawać wiadomości o jego stanie. Te brzmiały dramatycznie. Lekarze wpierw walczyli bowiem o zagrożone życie kierowcy, a potem o uratowanie jego prawej ręki. Najbardziej pokiereszowanej, choć złamań Kubica miał o wiele, wiele więcej. Prawe ramię, prawa kość udowa, prawy bark, prawa stopa, pracy staw łokciowy… Lista była długa, aż ciarki przechodziły i przechodzą nadal.

W kolejnych latach Robert często był pytany, po co startował w rajdach. Po co ryzykował, skoro jego naturalnym środowiskiem był tor wyścigowy, a rajdy niosły za sobą ryzyko. Odpowiadał krótko – bo dzięki nim stawał się lepszym kierowcą. Były elementem treningu, bo poszerzały wachlarz jego umiejętności. Paradoksalnie, Ronde di Andora miał być ostatnim. Kilka dni przed starem zastanawiał się nawet nad wycofaniem, bo miał złe przeczucia. Ale pojechał.

Po wypadku przeszedł ponad 20 operacji. Ciężkich, głównie z psychicznego punktu widzenia. – Zdarzało się, że po okresie pomyślnej i owocnej rehabilitacji szedłem na kolejną operację pełen nadziei, a po niej budziłem się i doświadczałem czegoś zupełnie przeciwnego, niż się spodziewałem. Wtedy czułem się tak, jakby ktoś wbijał mi nóż w serce – opowiadał. Cierpiał. Formułę 1 omijał, bo przywoływała zbyt bolesne wspomnienia.

Trzy miesiące po wypadku nie chodził. Przez kolejne dwa poruszał się o wózku inwalidzkim. Powoli jednak zaczął adoptować się do nowej sytuacji. Także do tego, że nagle z człowieka praworęcznego musiał przestawić się na bycie leworęcznym. – Mój mózg zaczął się uczyć ograniczeń i akceptować je – tłumaczył. Te ograniczenia pozostały widoczne do dziś, ale Kubica w niewiarygodny wręcz sposób przystosował swój organizm do ich niwelowania.

Formuła 1 to sport dla najbardziej sprawnych fizycznie. Każdy kierowca przechodzi szczegółowe sprawdziany i musi wykazać się absolutną perfekcją, bo inaczej nie zostanie dopuszczony do rywalizacji. Kubica je zaliczył bez problemów. Gdy wracał do F1 w trakcie testów z zespołem Renault, wielu wątpiło, czy zda tzw. test pięciu sekund. To czas, jaki mają kierowcy na opuszczenie samochodu w sytuacji zagrożenia – wymóg bezpieczeństwa. Kubica nie tylko zdał go bez problemów, ale opuścił bolid najszybciej spośród wszystkich sprawdzanych zawodników. Oczywiście prowadzi auto inaczej niż przed wypadkiem, ale znalazł swój sposób na poradzenie sobie z ograniczeniami.

Gdy po długiej rehabilitacji okazało się, że może wrócić do ścigania się, wrócił w rajdach. Na F1 było jeszcze zbyt wcześnie, zdawała się nawet nierealna. I wrócił tak, że wielu trudno było uwierzyć. W 2013 roku, w Citroenie, został mistrzem świata w kategorii WRC-2. Gdy w następnym sezonie wygrał dwa pierwsze odcinki prestiżowego Rajdu Monte Carlo, deklasując w nich konkurentów, niektórzy stwierdzili, iż jest kierowcą z innej planety. W cyklu WRC jeździł regularnie do końca 2015 roku. Potem na horyzoncie pojawiło się coś nowego. Coś, o czym zawsze marzył, ale do czego musiał jeszcze dodatkowo się przygotować.

W czerwcu 2017 roku ponownie zasiadł w bolidzie Formuły 1. Na torze w Walencji wziął udział w prywatnych testach przygotowanych przez Renault. To było wydarzenie, o którym mówił cały świat. A potem były kolejne testy i decyzja francuskiego teamu, który jednak nie zdecydował się na naszego rodaka postawić. Pod koniec tego roku wydawało się, że Kubica zostanie kierowcą Williamsa i został – ale rezerwowym. Po dwunastu miesiącach dopiął jednak swego, spełnił marzenie, dokonał niemożliwego – Brytyjczycy podpisali z nim kontrakt i w sezonie 2019 Robert ponownie pojawi się na torze, by rywalizować w mistrzostwach świata.

To niesamowita historia. Historia człowieka, który przeszedł niewiarygodną drogę, który wykazał się hartem ducha i wiarą wręcz przenoszącą góry. Za kilka tygodni znów zobaczymy go na starcie wyścigu i można być pewnym, że mówić będzie o nim cały świat. I kto wie, być może nawet zobaczymy Roberta roniącego łzę? – Zmieniłem się. Kiedyś byłem jak maszyna. Wygrałem wyścig i byłem szczęśliwy, ale nie umiałem świętować. Teraz jest we mnie więcej emocji i nie boję się ich – przyznał.

Piotr Skrobisz

NaszDziennik.pl