logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Maciej Kulczyński/ PAP

Mamy srebro, ale interesuje nas złoto!

Niedziela, 30 września 2018 (19:26)

Jeden jedyny mecz – i polscy siatkarze mogą zostać mistrzami świata. Aby to osiągnąć, będą musieli wspiąć się na wyżyny, zagrać absolutnie doskonale, wytrzymać presję i psychiczną, i fizyczną, ale… są w stanie go zrobić. Wielki bój reprezentacji Polski i Brazylii w Turynie rozpocznie się o 21.15.

Cztery lata temu, w finale mistrzostw świata rozgrywanych w naszym kraju, obie te drużyny też spotkały się w decydującym o tytule pojedynku. Przy wypełnionej po brzegi hali, przy kapitalnym dopingu publiczności, niesieni jak na skrzydłach Biało-Czerwoni okazali się lepsi, zwyciężając 3:1. Był to wielki sukces, do tego odniesiony pod wodzą trenerskiego nowicjusza, Francuza Stéphane’a Antigi.

Teraz naszych prowadzi szkoleniowiec bardziej doświadczony i utytułowany, Vital Heynen, ale trzeba pamiętać, że przejmował ich w specyficznej sytuacji. Złoto z 2014 roku było ostatnim sukcesem narodowej drużyny. Po nim przyszły lata chude, a nawet bardzo słabe, z wręcz fatalnym rokiem ubiegłym, gdy pod wodzą Włocha Ferdinando De Giorgiego zespół niemal przestał istnieć. Belg miał go podnieść, ale nie oczekiwano od niego cudów. Miejsce w czołowej szóstce – taki był cel minimum na mistrzostwa świata, wspólnie organizowane przez Bułgarię i Włochy. Oczywiście gdzieś po cichu każdy marzył o czymś więcej, jednak bądźmy szczerzy: medalu nie sposób było od Biało-Czerwonych wymagać.

Ale już wiadomo, że go zdobędą. Wczoraj, w porywającym półfinale mistrzostw, okazali się lepsi od reprezentacji USA, stawianej w roli faworyta – może nie zdecydowanego, ale na pewno wyraźnego. Tymczasem nasi podjęli z nią walkę porywającą, od początku do końca, zwieńczoną fantastycznym tie-breakiem. 3:2 oznaczało, że Polacy zagrają w wielkim finale, że wywalczą medal co najmniej srebrny. Że wrócą do kraju z tarczą, niezależnie od wszystkiego.

Tyle że… srebro dziś nikogo nie zadowala. Gdy wczoraj nasi cieszyli się po ostatniej akcji meczu z USA, gdy ze łzami w oczach padli sobie w ramiona, natychmiast zjawił się koło nich Heynen, nie pozwalając na celebrację sukcesu. Dlaczego? Żeby zawodnicy nie pomyśleli, że już wygrali i mogą się cieszyć. Belg przemówił krótko: Jutro jest finał, najważniejszy mecz, można go wygrać, bo jesteście w stanie pokonać Brazylię.

Tyle. Tylko i aż tyle. Dziś zatem o sobotniej potyczce już nikt nie pamięta. Oczywiście o zmęczeniu i wyczerpaniu zapomnieć się nie da, ale myśl o tym, że stawką wieczornego pojedynku będzie tytuł najlepszej ekipy świata, pozwala i pomaga zyskać nowe siły. Nową energię… Zresztą nikt nikomu niczego przypominać nie musi. Biało-Czerwoni aż palą się do tego, by wyjść na parkiet, by walczyć, dać z siebie wszystko. By wygrać.

– Czeka nas święto siatkówki. Zagramy, by zwyciężyć, a nie tylko wystąpić w tym spotkaniu – podkreślił Bartosz Kurek, jeden z bohaterów z soboty. – Nie wiem, kto będzie faworytem, i nie interesuje mnie to. Chcemy po prostu wygrać – dodał Artur Szalpuk, a kropkę nad i postawił kapitan Michał Kubiak: – Jesteśmy szczęśliwi, że jesteśmy w finale mistrzostw świata, ale to nie jest koniec. Mamy srebrny medal, ale chcemy mieć złoty medal.

– Jesteśmy praktycznie martwi, zmęczeni, a w niedzielę musimy wyglądać świeżo, żeby osiągnąć dobry rezultat. Ciągle mamy wiele do zrobienia. To jest mój trzeci turniej finałowy w ciągu ostatnich czterech lat. Wreszcie doszedłem do wielkiego finału – i nadszedł czas, żeby w końcu go wygrać – powiedział Heynen.

Brazylii, rywala, przedstawiać nie trzeba. To siatkarska potęga, najbardziej utytułowany zespół świata ostatnich lat. Na tych mistrzostwach zaskoczył raz, gdy przegrał 1:3 z Holandią, ale poza tym wygrywał – zwykle bardzo przekonująco. Jak zatem będzie wieczorem? Przewidzieć wyniku nie sposób, pewne jest, że na parkiecie trwać będzie niesamowita walka. Podobnie jak pewne jest to, że nasi zostawiają na nim serce i zdrowie i że stać ich na wszystko.

Piotr Skrobisz

Aktualizacja 30 września 2018 (20:36)

NaszDziennik.pl