logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: MATT TURNER / PAP/EPA

Iga grała jak marzenie. I wygrała!

Sobota, 27 lutego 2021 (15:30)

Aktualizacja: Sobota, 27 lutego 2021 (16:37)

Czasami zdarzają się takie tygodnie, kiedy wszystko się udaje – powiedziała Iga Świątek po fantastycznym zwycięstwie w tenisowym turnieju WTA w Adelajdzie. W dzisiejszym finale nastolatka z Raszyna rozgromiła wyżej od siebie notowaną Szwajcarkę Belindę Bencic 6:2, 6:2.

Dla Igi kończący się tydzień faktycznie był tygodniem jak z bajki. Rozegrała w nim kilka kapitalnych pojedynków, wygrywanych tak, jak w październiku wygrywała wielkoszlemowy French Open – w wielkim stylu. Z dużą przewagą, swobodnie, niemalże na luzie, nie tracąc w nich ani jednego seta. Aż miło było patrzeć, jak gra, jak dominuje nad rywalkami, jak szeroki wachlarz uderzeń stosuje, jak po prostu bawi się tym, co robi. Oczywiście bawi powinniśmy napisać w cudzysłowie: „bawi”, bo Iga poczynała sobie z należytą powagą, szacunkiem dla rywalek, ogromnym zaangażowaniem i pełną koncentracją.

Na pewno przed dzisiejszym finałem znajdowała się w nieco korzystniejszym położeniu z racji tego, iż jej półfinałowe starcie trwało o wiele krócej i było jednostronne. Bencic, by znaleźć się w finale, musiała stoczyć dwuipółgodzinny maraton. Z drugiej jednak strony Szwajcarka to bardzo dobra tenisistka, mająca na koncie więcej tytułów od Polki, bardziej doświadczona. Z trzeciej strony to Iga może się pochwalić zwycięstwem w Wielkim Szlemie i… można by tak wymienia i wymieniać, zastanawiać się, snuć prognozy… Nieważne. Przed meczem liczyło się to, co tu i teraz, forma, dyspozycja dnia. Serce i pasja.

Na trybunach stadionu w Adelajdzie pojawiło się sporo Polaków gorąco dopingujących Igę. Ta odwdzięczyła się doskonałą grę, bliską perfekcji. W obu setach jej przewaga nie podlegała dyskusji. Imponowała spokojem i pewnością siebie, uderzając piłkę mocno, precyzyjnie, poza zasięgiem przeciwniczki. W pierwszym secie Bencic mogła mieć nadzieję tylko do stanu 2:2, potem nastąpił „odjazd” Igi. Szybki, błyskawiczny, bezdyskusyjny. W drugiej odsłonie emocji było jeszcze mniej, a to z tej racji, iż Szwajcarka została obdarta ze złudzeń jeszcze wcześniej. Po 66 minutach nierównej walki Świątek postawiła kropkę nad i. Wygrała, odnosząc pierwsze w karierze zwycięstwo w turnieju WTA. W całym meczu popełniła tylko sześć niewymuszonych błędów, zanotowała za to na koncie 22 uderzenia wygrywające. Bencic, odpowiednio, 16 i dziewięć.

– Coś u mnie „zaskoczyło”, nie tylko w głowie, ale pod względem tenisowym również. Czułam się świetnie na korcie. Czasami zdarzają się takie tygodnie, w których człowiekowi wszystko się udaje, i to był taki tydzień. Nie wziął się oczywiście z niczego, był efektem pracy, jaką wykonuję z całym sztabem. Przekonałam się też, że moge grać dobrze nie tylko w jednym czy dwóch meczach, ale przez cały turniej. Otrzymałam zastrzyk pewności siebie, przekonania, że rozwijam się jako zawodniczka, co daje mi ogromną motywację. Chciałabym teraz powtarzać to częściej, bo mam świadomość, że umiem i potrafię grać świetnie – przyznała Świątek.

Polka za zwycięstwo otrzymała czek w wysokości 68 570 dolarów. Te się oczywiście liczyły, jednak najważniejsze były punkty do światowego rankingu, jakie dostała za historyczne zwycięstwo. Pozwolą jej bowiem zanotować awans w światowym rankingu na najwyższe w karierze, 15. miejsce. Bardzo bliskie czołowej dziesiątki, bardzo bliskie największych gwiazd. Zresztą tenisowa społeczność, zawodniczki, trenerzy, eksperci, nie ma już wątpliwości, że młoda tenisistka z Raszyna jest jeszcze bliżej gwiazd, niż wskazuje na to ranking. W zasadzie gdy trafi na swój dzień, gdy mentalnie będzie się czuła tak dobrze i tak mocno na korcie, żadna rywalka nie powinna być jej straszna, z każdą będzie w stanie powalczyć o zwycięstwo. To wie ona, wiedzą to jej konkurentki.

Iga została w Adelajdzie trzecią polską triumfatorką turnieju WTA. Przed nią 20 imprez tej rangi wygrała Agnieszka Radwańska, a dwa Magda Linette. Nie musimy przy tym dodawać, że Świątek jako jedyna w dziejach ma w CV zwycięstwo w Wielkim Szlemie, czyli coś, do czego przez całą karierę dążyła Radwańska – bez powodzenia.

Młoda Polka po dzisiejszym sukcesie zmieniła swój najbliższy kalendarz. Prosto z Australii miała bowiem polecieć na turniej do Dauhy, ale postawiła odpocząć i do rywalizacji powróci 8 marca w Dubaju.

Piotr Skrobisz

NaszDziennik.pl