logo
logo
zdjęcie

Dr Zbigniew Kuźmiuk

Unijni urzędnicy pełni arogancji

Niedziela, 13 listopada 2016 (10:23)

Zaraz po wyborze Donalda Trumpa na 45. prezydenta Stanów Zjednoczonych zaczęli się na ten temat wypowiadać główni unijni urzędnicy, w tym przewodniczący Rady, Komisji, Parlamentu czy szefowa unijnej dyplomacji.

Większość tych wypowiedzi jest niestety przesiąknięta arogancją, jakąś wręcz manią wielkości, jakby prezydent Stanów Zjednoczonych był niewiele znaczącą osobą w światowej gospodarce i polityce.

Przewodniczący Komisji Jean Claude Juncker na spotkaniu ze studentami w Luksemburgu powiedział, „że będziemy musieli nauczyć prezydenta elekta, czym jest Europa i jak funkcjonuje” i dodał: „myślę, że stracimy 2 lata, zanim pan Trump pozna świat, którego nie zna”, posunął się nawet do stwierdzenia, „że wybór Trumpa na prezydenta Stanów zjednoczonych stanowi zagrożenie dla stosunków UE –USA”.

Ostrzegał także przed – jego zdaniem – zgubnymi konsekwencjami wypowiedzi Trumpa na temat światowej polityki bezpieczeństwa i wręcz zażądał, żeby jeszcze jako prezydent elekt przedstawił jasne stanowisko w takich kwestiach, jak handel, relacje z NATO i polityka energetyczno-klimatyczna.

Z kolei wysoka przedstawiciel UE do spraw zagranicznych i polityki bezpieczeństwa Federica Mogherini stwierdziła, „że niektóre priorytety Trumpa oddalają Amerykę od europejskich zasad”.

Z kolei na kilka dni przed rozstrzygnięciem wyborczym w USA przewodniczący Rady Donald Tusk wpisem na jednym z portali społecznościowych zrobił sobie chyba spory kłopot w związku ze staraniami o drugą kadencję na stanowisku przewodniczącego Rady Europejskiej.

Otóż zacytował wtedy stwierdzenie swojej żony, która miała powiedzieć, „że jeden Donald w polityce wystarczy”, co jego zdaniem miało chyba świadczyć o ogromnym poczuciu humoru i luźnym podejściu do polityki.

Po wyborze Donalda Trumpa na prezydenta USA pojawiły się już w internecie memy, pokazujące, jak przewodniczący Donald Tusk prosi swoją żonę, żeby jak najszybciej ten wpis usunęła.

Podobną arogancję prezentowali przywódcy unijni po głosowaniu Brytyjczyków za wyjściem z Unii Europejskiej, przewodniczący PE Martin Schulz wręcz dzień po ogłoszeniu wyników referendum zwołał nadzwyczajne posiedzenie, żeby przyjąć rezolucję w tej sprawie.

Niestety, wydźwięk przyjętej przez PE rezolucji był mniej więcej taki, że Wielką Brytanię trzeba wyrzucić z UE wręcz „na zbity pysk”, i to najlepiej natychmiast, bo tak sobie życzą europejskie elity, sądząc prawdopodobnie, że taki, a nie inny sposób rozstania z tym krajem, wpłynie ostrzegawczo na inne kraje, w których rodziłyby się tego rodzaju pomysły.

Stąd zdecydowane wypowiedzi szefów chadeków, socjalistów i liberałów, którzy wręcz domagali się, aby premier Wielkiej Brytanii David Cameron już na posiedzeniu Rady w lipcu tego roku miał złożyć wniosek w oparciu o art. 50. Traktatu Lizbońskiego o wyjściu tego kraju z UE.

Teraz wiemy już, że stanie się to najwcześniej na wiosnę 2017 roku, i to pod warunkiem, że nie będzie musiał się w tej sprawie wypowiadać brytyjski parlament (na razie Sąd Najwyższy w pierwszej instancji zdecydował, że konieczna jest decyzja parlamentu) i UE pokornie na ten wniosek będzie czekać.

Jak widać, z Brexitu główni unijni politycy nie wyciągnęli żadnych wniosków, dalej uważają UE za „pępek świata”, któremu „czapkować” mają wszyscy pozostali.

Stąd arogancja w stosunku do Brytyjczyków (niech wychodzą jak najszybciej, nawet gdyby miało to godzić w interesy gospodarcze pozostałych 27 krajów UE), stąd także arogancja – żeby nie użyć mocniejszych słów – w stosunku do prezydenta elekta największej gospodarki i supermocarstwa światowego.

To niestety dobrze nie rokuje dla przyszłości Unii Europejskiej.

Dr Zbigniew Kuźmiuk

Aktualizacja 18 marca 2017 (17:52)

NaszDziennik.pl