logo
logo

Zdjęcie: Mateusz Marek/ Nasz Dziennik

Unijne towarzystwo wzajemnej adoracji

Środa, 22 marca 2017 (21:23)

Ze Stanisławem Ożogiem, posłem do Parlamentu Europejskiego z Prawa i Sprawiedliwości, rozmawia Mariusz Kamieniecki

W wywiadzie dla „Bild am Sonntag” szef KE Jean-Claude Juncker powiedział, że po Brexicie Unia przetrwa co najmniej 60 lat i powiększy się do ponad 30 członków. Skąd taka optymistyczna wizja?

– Kiedy słyszy się takie słowa, kiedy na co dzień widzi się  tego człowieka, kiedy przygląda się z bliska – bo z perspektywy Parlamentu Europejskiego – jego poczynaniom, to nasuwa się tylko jeden komentarz, a mianowicie, że są to brednie chorego, uzależnionego człowieka. Realia są całkowicie inne od wizji Junckera. Utopijne opowieści na temat przyszłości Unii Europejskiej, gdzie w tzw. białej księdze przedstawia pięć różnych wariantów na temat przyszłości Wspólnoty, można porównać do wypracowania domowego. Tezy stawiane przez Junckera nie zostały poprzedzone żadnymi badaniami, analizami wydarzeń niekorzystnych dla Europy w ostatnich latach, z których można by wyciągnąć wnioski. Imigracja, Brexit czy katastrofalna sytuacji finansów publicznych to tylko przykłady karygodnych zaniedbań czy błędów. Biorąc to pod uwagę, nie umiem powiedzieć, na czym przewodniczący Komisji Europejskiej opiera te optymistyczne prognozy. Wystarczy powiedzieć, że już pobieżna analiza faktów ekonomicznych czy stanu gospodarek krajów wiodących Unii nie napawa optymizmem, a wręcz przeciwnie.

Jak ta sytuacja kształtuje się w poszczególnych krajach?

– Do Francji czy Włoch, które znajdują się w fatalnej sytuacji gospodarczej i finansów publicznych, dochodzi chyląca się coraz bardziej ku upadłości Hiszpania, gdzie dług publiczny przekroczył już 100 proc. PKB. Warto też spojrzeć na wiodącą gospodarkę, gospodarkę niemiecką i na dług publiczny tego kraju, który jest na poziomie 84 proc. PKB. Podobnie jest w innych krajach: we Włoszech dług publiczny kształtuje się na poziomie 132 proc. PKB, we Francji to ponad 100 procent. Wymieniam te państwa nie bez powodu, bo dwa tygodnie temu w Wersalu spotkali się przywódcy tych krajów, zapowiadając tworzenie – czy może bardziej podział – Europy na kilka prędkości. Jeśli pierwszą prędkością w składzie TGV – zważając na dane, jakie przedstawiłem wcześniej – mają być gospodarki tych czterech krajów, to ja „wysiadam”. Niestety, Parlament Europejski i struktury Unii nie wyciągnęły żadnych wniosków z zapowiedzi budowania Unii wielu prędkości, bo porządek najbliższej sesji plenarnej, który jest już znany wygląda tak, jakby nic się nie stało. Z przykrością stwierdzam, że przewartościowałem nowego szefa Parlamentu Europejskiego Antonio Tajaniego, łudząc się, że wniesie on dobrego ducha w obrady europarlamentu, nadając impuls czy zielone światło dla najważniejszych spraw. Tak niestety nie jest.         

Jak będzie wyglądała Unia po Brexicie i czy będzie tak różowo, jak to widzi Juncker?  

– Brexit to jest to, co Junckerowi i Tuskowi wyszło w tej kadencji europarlamentu. To, że Wielka Brytania opuszcza, bo jest to proces, szeregi UE, to jest bez wątpienia „zasługa” i „sukces” tych dwóch polityków. Trudno się dziwić większości Brytyjczyków, którzy zagłosowali za wyjściem z Unii, skoro Wspólnota jest prowadzona przez takich specjalistów od demontażu jak Juncker i Tusk. Brytyjczycy chcieli reform Unii, które są konieczne, aby Wspólnota mogła się rozwijać cała, a nie tylko jej „lokomotywy”, ale po stronie unijnych decydentów nie ma takiej woli. Po co zatem trwać w czymś, co jest fikcją. Na razie Wielka Brytania już się koncentruje na wynegocjowaniu jak najlepszych warunków wyjścia z UE i – jak sądzę – to się im uda. W relacjach dwustronnych czy wielostronnych z pewnością rząd brytyjski ułoży sobie relacje i podpisze umowy handlowe i gospodarcze z większością, jeśli nie ze wszystkimi krajami Unii, korzystne dla swojej gospodarki.

Czyim kosztem może się to odbyć?

– Kosztem wszystkich państw członkowskich. Wprawdzie jeszcze premier Margaret Thatcher wynegocjowała tzw. rabat brytyjski, dzięki któremu państwo to wpłaca m.in. procentowo mniejszą składkę do wspólnego budżetu UE niż pozostałe państwa, ale tak czy inaczej Wielka Brytania ma potężny udział w unijnym budżecie i to wszystko po Brexicie odpadnie. Co więcej, za to wszystko trzeba będzie zapłacić, ale także się złożyć na mocno przerośniętą administrację brukselską.

Ze strony naszego rządu będzie twarda obrona interesów Polaków na Wyspach po Brexicie?

– Rząd premier Beaty Szydło koncentruje się na tym już od wielu miesięcy. Optymistycznie brzmią zapowiedzi premier Theresy May w odniesieniu do Polaków. Premier Polski jest w stałym kontakcie z premier Wielkiej Brytanii. Ponadto – jak słyszymy – dzisiaj po południu premier Theresa May miała spotkać się na Downing Street z prezesem Prawa i Sprawiedliwości Jarosławem Kaczyńskim. Spotkanie z uwagi na atak terrorystyczny zostało przełożone na czwartek. Jak podaje rzecznik brytyjskiej premier, wśród poruszanych tematów będą m.in. przyszłe negocjacje w sprawie wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii,  dwustronne relacje pomiędzy Polską a Zjednoczonym Królestwem, a także kwestie bezpieczeństwa europejskiego i współpracy obu państw w ramach Sojuszu Północnoatlantyckiego. Imigracja polska w Wielkiej Brytanii, która kształtuje się na poziomie około miliona osób ma w przeważającej większości uregulowany status pobytowy. I Polacy na Wyspach, którzy wypracowali sobie pewne przywileje – jak sądzę – nie poniosą kosztów Brexitu.

Dziennik „Financial Times” mówi, że wkrótce zostanie podpisana między Wielką Brytanią a Niemcami umowa o współpracy w dziedzinie obronności. Po co komu nowe porozumienie, skoro oba państwa współdziałają już w ramach NATO?

– Mamy Pakt Północnoatlantycki, który jest gwarancją światowego – w tym również europejskiego bezpieczeństwa i jest wystarczający. Nie ma potrzeby tworzyć czegoś nowego, bliżej niedookreślonego.

Czy ta zapowiedź może być efektem spotkania kanclerz Merkel z prezydentem Trumpem?

– Prezydent Stanów Zjednoczonych wyraźnie podkreślił, że jego kraj nie może ponosić większości kosztów funkcjonowania NATO. Dlatego Niemcy, które dotychczas wydawały mniej niż dwa proc. PKB na obronność, muszą ten poziom wyrównać. I Donald Trump dał temu wyraz. Nie wyobrażam sobie trwania Sojuszu Północnoatlantyckiego bez Stanów Zjednoczonych. Natomiast kanclerz Merkel jest doświadczonym, przebiegłym politykiem, dlatego jej nerwowe ruchy, jakie mogliśmy obserwować w Waszyngtonie, ale także coraz częściej widoczne na scenie europejskiej, świadczą, że grunt powoli pali się jej pod nogami. Wpływ na to ma m.in. wchodząca w decydującą fazę kampania wyborcza w Niemczech. Prezydent Trump swoim zachowaniem być może odegrał się na Angeli Merkel za jej niefortunne wypowiedzi z kampanii wyborczej w Ameryce, kiedy szefowa niemieckiego rządu pozwoliła sobie na skądinąd niesłuszną krytykę pod jego adresem i formułowanie nieuzasadnionych opinii.

Trump trzymał kanclerz Merkel na dystans?          

– Prezydent Donald Trump pokazał kanclerz Angeli Merkel jej miejsce w szeregu. Stawiając kanclerz Niemiec do pionu, bo tak to należy określić, dał sygnał, że nie można go lekceważyć, że jest i będzie twardym graczem na międzynarodowej scenie politycznej.    

Czy sobotni szczyt Unii Europejskiej w Rzymie może być miejscem, gdzie Unia wielu prędkości będzie zastopowana? Można się spodziewać większej aktywności państw Grupy Wyszehradzkiej?

– Nie sądzę, żeby ten szczyt był przełomowy, jeśli chodzi o reformy Unii. Owszem, można się spodziewać tego typu ruchów podczas kolejnego spotkania szefów rządów państw członkowskich Wspólnoty, ale nie teraz. Jubileuszowy szczyt z okazji 60. rocznicy podpisania Traktatów Rzymskich będzie – jak sądzę – pełen pochwał i peanów pod adresem UE, gdzie wszyscy będą się chwalić swoimi osiągnięciami i wkładem w rozwój Wspólnoty. Natomiast problemy, trudne sprawy, jakie dotykają UE, które już dawno należało rozwiązać i dokonać odpowiednich koniecznych zmian, tego z całą pewnością w Rzymie nie zobaczymy. Możemy się spodziewać wzniosłej, bogatej w słowa, ale ubogiej w treści deklaracji, i nic po za tym. Następne szczyty – w mojej ocenie – będą już pozbawione „kadzidła” i trudne sprawy będą musiały wybrzmieć.

Co w tej chwili jest największym problemem Unii, który trzeba rozwiązać w pierwszej kolejności?       

– Tym, co kompromituje unijne elity i państwa wiodące UE, jest problem migracyjny. Również sytuacja w Turcji, która wydaje się wycofywać ze wcześniejszych ustaleń w sprawie zahamowania fali migracyjnej, nie napawa optymizmem. Mamy wiosnę i obawiam się, że wraz ociepleniem w sposób niekontrolowany będziemy mieć do czynienia z ogromną falą imigrantów z Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu.

Jest szansa, że kraje V4 w przeciwieństwie do tego, co mieliśmy na „szczycie Tuska”, zaczną mówić jednym głosem?   

– Sądzę, że państwa Grupy Wyszehradzkiej będą próbować mówić jednym głosem. Natomiast to, co wydarzyło się na „szczycie Tuska”, było jednym wielkim nieporozumieniem, co należy tłumaczyć szantażem niemieckim. Grupa Wyszehradzka ma przed sobą przyszłość i będzie funkcjonować, natomiast ten ostatni brukselski szczyt z całą pewnością będzie się na niej kładł cieniem.

Minister Antoni Macierewicz złożył zawiadomienie do Prokuratury Krajowej w sprawie podejrzenia tzw. zdrady dyplomatycznej. Podejrzenie popełnienia przestępstwa na szkodę RP przez ówczesnego premiera Tuska to poważny zarzut?

– Jest to poważny zarzut. Mam nadzieję, że min. Macierewicz posiada dowody, które uprawniają go do zawiadomienia prokuratury. Dla mnie jest to pewnym zaskoczeniem, bo sądziłem, że w pierwszej kolejności Donaldem Tuskiem zajmą się odpowiednie instancje w sprawie skandalu przy prywatyzacji np. Ciechu czy chociażby – jak się może wydawać – nieprzypadkowej współpracy SKW z rosyjskim FSB, tu mamy podejrzenie w sprawie tzw. zdrady dyplomatycznej. Z całą pewnością kwestia ta powinna zostać dogłębnie zbadana i wyjaśniona, aby nie było żadnych wątpliwości. Myślę, że będzie to dodatkowa okazja, żeby polskie społeczeństwo zobaczyło prawdziwe oblicze samego Donalda Tuska, a to, o czym się mówi, znajdzie wyraz w dokumentach.

Jeśli okazałoby się, że działania Donalda Tuska uniemożliwiły odzyskanie wraku Tu-154M i uczciwe zbadanie sprawy katastrofy smoleńskiej, to były premier powinien odpowiadać karnie?

– Jeśli są dowody, to bez wątpienia powinien odpowiadać karnie. Nie ma równych i równiejszych. Wobec prawa wszyscy jesteśmy równi i nie ma żadnego znaczenia, czy ktoś jest byłym premierem, ministrem czy zwykłym obywatelem, jeśli popełnił przestępstwo i zostanie mu to dowiedzione przed sądem, to powinien za swoje czyny odpowiedzieć. To, co się może wydarzyć, z całą pewnością skomplikuje sytuację, jaka powstała po ostatnim szczycie brukselskim, gdzie Donald Tusk teoretycznie na wniosek Malty, a praktycznie pod dyktando Niemiec, został wybrany na przewodniczącego Rady Europejskiej na kolejną kadencję. Zresztą samo głosowanie nie miało nic wspólnego z zasadami demokracji, bo padła tylko komenda, kto jest przeciwny kandydaturze Tuska. Nie było kto jest za czy kto się wstrzymał.

Gdzie tu są zasady demokracji, o których przestrzeganie UE rzekomo tak zabiega?

– Myślę, że najbardziej kompetentną osobą, która mogłaby odpowiedzieć na to pytanie, jest zastępca szefa Komisji Europejskiej Frans Timmermans. To, z czym mieliśmy do czynienia w Brukseli przy wyborze Tuska, jest właśnie demokracją w wydaniu Timmermansa, demokracją w wydaniu Komisji Europejskiej, wreszcie w wydaniu Niemiec czy Francji. Takie są właśnie standardy europejskie.

Dziękuję za rozmowę.  

Mariusz Kamieniecki

Aktualizacja 8 października 2017 (09:56)

NaszDziennik.pl