logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Mateusz Marek/ Nasz Dziennik

Zabrakło zaufania

Środa, 14 marca 2018 (23:01)

Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, wykładowcą Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II i Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Od pewnego czasu komentatorzy amerykańskiej sceny politycznej mówili, że drogi Donalda Trumpa i Rexa Tillersona w wielu kwestiach się rozchodzą. Czy dymisja Tillersona jest zaskakująca?

– Jest pytanie fundamentalne o realną przyczynę tej dymisji, czy jest to efekt konfliktów, nieporozumień personalnych, czy w tle jest może przyczyna czysto polityczna. Słyszymy z mediów, że Rex Tillerson miał się krytycznie wyrażać o Donaldzie Trumpie, krytykując wprost jego strategię bezpieczeństwa. Nikt, a zwłaszcza prezydent takich zachowań nie toleruje. Tak czy inaczej są to wszystko dywagacje, fakt faktem Stany Zjednoczone będą miały nowego szefa dyplomacji. Trzeba to przyjąć jako fakt dokonany i starać się ułożyć nasze jak najlepsze relacje z nowym szefem amerykańskiej dyplomacji. Biorąc pod uwagę zróżnicowanie sił, nie sądzę jednak, żeby relacje polsko-amerykańskie uległy osłabieniu. Zbyt wiele nas łączy, żeby nasze stosunki miały się pogorszyć.

Czy to jednak naturalne, że amerykański sekretarz stanu – pomijając relacje z prezydentem, o swojej dymisji dowiaduje się z wpisu na Twitterze?

– Prezydent Donald Trump bardzo często zabiera głos, korzystając ze współczesnych środków komunikacji, w tym komentuje różne wydarzenia za pomocą swojego ulubionego narzędzia komunikacji – Twittera. Jednak w tak ważnych kwestiach – zwłaszcza personalnych – nie powinno to mieć miejsca. Z drugiej strony może to świadczyć, że między prezydentem Trumpem a sekretarzem Tillersonem nie było chemii, nie było zaufania, a relacje między oboma politykami były napięte. W normalnych warunkach taka decyzja powinna być zakomunikowana w zupełnie inny sposób.  

Jak odbiera Pan Profesor zmiany w amerykańskiej administracji?  

– Proszę pamiętać o tym, że Donald Trump nie jest rasowym politykiem, co więcej w czynnej, wielkiej polityce jest stosunkowo krótko. Oczywiście widać, że testuje swoich współpracowników, modeluje swój gabinet, szukając odpowiedniej ekipy, która pomoże mu realizować program rządzenia. Warto też zwrócić uwagę, że jeśli chodzi o bezpośrednie polityczne zaplecze, to w partii republikańskiej jest ono dosyć słabe. Więc stąd rotacje – jakich jesteśmy świadkami – wynikają być może z pewnych trudnych politycznych uwarunkowań wewnętrznych, w których obecny prezydent Stanów Zjednoczonych musi funkcjonować. Do tego dochodzi ogromny opór wobec Trumpa ze strony szeroko rozumianego establishmentu amerykańskiego, ze strony mediów głównego nurtu. Pamiętajmy, że Trump wywodzi się z biznesu czy nawet trochę z show biznesu i de facto to jest jego naturalny świat, natomiast zmiany, jakie się dokonują, świadczą o tym, że wciąż nie ma wokół siebie pewnego, w pełni zaufanego środowiska, na którym może się oprzeć i na które w sposób stabilny mógłby liczyć.      

Czy to oznacza, że ciągle mamy do czynienia z budowaniem zaplecza prezydenta Trumpa w czasie trwania kadencji?

– Na to wygląda. Mamy do czynienia z budowaniem ekipy, która pod przywództwem Trumpa może prowadzić realną politykę Stanów Zjednoczonych, taką jaką widzi prezydent. I w tym względzie mamy próby oraz testy zarówno w sensie sprawności, ale być może także w sensie celów, które są realizowane. Taki model działania jest dość charakterystyczny dla ludzi, którzy stosunkowo krótko funkcjonują w polityce, co więcej – są mocno ambitni i próbują tworzyć swoje własne zaplecze. Natomiast kiedy takiego zaplecza nie ma przetestowanego wcześniej w praktyce, to wówczas trudno jest prowadzić skuteczne działania polityczne tym bardziej dotyczące kierowania państwem.

Co oznacza mianowanie na sekretarza stanu Mike Pompeo, dotychczasowego szefa CIA?

– Prezydent Donald Trump, komentując decyzję o mianowaniu nowego szefa amerykańskiej dyplomacji, mówił o bardzo dobrych relacjach łączących go z Mikiem Pompeo. Biorąc pod uwagę kwestię komunikacji między głową państwa a podległymi mu urzędnikami – zwłaszcza wyższego szczebla – jest bardzo istotne.

Mike Pompeo za jedno z największych zagrożeń dla świata uważa Iran i „radykalny islamski terroryzm”, w przeciwieństwie do Tillersona jest krytyczny w stosunku do Rosji. Czy to wpisuje się w nurt polityki prezydenta Trumpa?

– To jest – powiedziałbym – charakterystyka neokonserwatywnych jastrzębi, którzy rzeczywiście ze względu na interesy Izraela postrzegają Iran jako główne zagrożenie. Stąd jeśli bierzemy pod uwagę funkcjonowanie wokół Bliskiego Wschodu i nie tylko Bliskiego Wschodu, to Rosja jest tutaj zdefiniowana jako przeciwnik.

Za poprzednich prezydentów tak dużych zmian nie było. Czy to oznacza, że wokół Białego Domu byli odpowiedni ludzie, czy może prezydenci godzili się na taki stan rzeczy, a Trump sam układa sobie grono współpracowników?

– Personalne decyzje Donalda Trumpa są rzeczywiście problematyczne, może nawet bardziej niż to bywało wcześniej. Mamy tutaj dwie możliwości: albo w tej zmienności jest metoda, albo ta zmienność jest pochodną trudnej sytuacji, w jakiej się znajduje Donald Trump. Jeśli jest to metoda – to pewnie Trump chce uniknąć sytuacji, kiedy w jego zapleczu stworzy się coś, co będzie dla niego niekorzystne. Może to być też przejaw słabości samego Trumpa. Tak jak wspomniałem, wraz z osobą Trumpa na najwyższy szczebel polityki amerykańskiej, ale też światowej wchodzi człowiek, który jest nietolerowany, nieakceptowany przez establishment. I w tej sytuacji musi on ustabilizować sytuację w Kongresie amerykańskim, musi się też liczyć z naciskami różnych sił. Jak wiadomo, prezydent sam, bez Kongresu nie jest w stanie realnie rządzić państwem. Wreszcie sam wcześniej nie miał gdzie przetestować zaplecza w praktycznym rządzeniu. Jednak ostatecznie Trump będzie rozliczany nie z tego, jak często zmieniał swoich współpracowników, ale z efektów swoich decyzji i działań szczególnie w polityce gospodarczej. I w tym obszarze widać już pewne efekty, co więcej – pojawiają się sukcesy. Natomiast co do innych płaszczyzn Trump musi sobie jakoś radzić. Pewnie nie jest mu łatwo, a atmosfera stwarzana wokół jego osoby na pewno mu nie pomaga w realizacji zamierzeń i celów, które musi sobie poukładać, dobrać sobie odpowiednich ludzi i nabrać do nich zaufania.

Jak biorąc pod uwagę dotychczasowy czas trwania kadencji i niesprzyjającą atmosferę, Donald Trump sprawdza się w roli prezydenta Stan ów Zjednoczonych?

– Musi sobie radzić w bardzo trudnych warunkach, stąd często wyprzedza ataki czy uderzenia, stara się nadawać pewien ton amerykańskiej polityce i to pomimo różnych często niesprzyjających uwarunkowań. Co by jednak nie powiedzieć, jest to dość krótki czas sprawowania władzy, aby można było jednoznacznie powiedzieć, że cele, jakie sobie postawił Donald Trump, są zrealizowane czy też nie. Proszę pamiętać, że te cele są bardzo ambitne, a mianowicie prezydent Trump chce – w istocie – upodmiotowić klasę średnią w Stanach Zjednoczonych – przynajmniej tak deklarował w swojej kampanii wyborczej, chce ograniczyć wszechwładzę wielkich korporacji i wrócić Amerykę Amerykanom. Tych zamierzeń nie da się przeprowadzić czy dokonać w ciągu półtora roku, ale na to potrzeba więcej czasu i konsekwentnych działań i decyzji podejmowanych po konsultacjach z gronem sprawdzonych współpracowników.

Temu celowi mają służyć także m.in. ostatnio wprowadzone amerykańskie cła na stal i aluminium…?        

– Wprowadzenie ceł na stal i aluminium oznacza, że Stany Zjednoczone odcinają się od pewnego kierunku dostaw, jednocześnie prezydent zaapelował do zagranicznych firm, aby budowały fabryki w Stanach Zjednoczonych. Donald Trump jest świadomy, jak wiele szkód jego kraj ponosi z tytułu nieuczciwej konkurencji płynącej z takich państw jak np. Chiny. Na krótką metę ta konkurencja może i wzmacniała wielkie koncerny, również amerykańskie, natomiast z całą pewnością nie sprzyjała rozwojowi pracy i kapitałowi w Stanach Zjednoczonych. Zresztą tych kwestii niekorzystnych jest co niemiara. W globalistycznej polityce póki co wciąż mamy do czynienia ze sposobem funkcjonowania, który wielkim zagranicznym koncernom, poprzez swobodną penetrację w świecie pozwala na przenoszenie produkcji w różne miejsca. Ponadto koncerny te, wykorzystując preferencje podatkowe, wymuszają dla siebie korzyści, przez co tracą rodzime firmy. Również jeśli bierzemy tzw. klasę średnią, która była niegdyś podstawą całego systemu społecznego w Stanach Zjednoczonych, to dzisiaj widzimy, że klasa ta się mocno kurczy, słabnie w porównaniu z oligarchami, którzy się bogacą coraz bardziej. Prezydent Trump chce ten model zmienić.             

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl