logo
logo

Zdjęcie: Dominique Pineiro/ Licencja: CC BY 2.0/ Flickr

Francja wzmacnia swą pozycję

Środa, 25 kwietnia 2018 (22:12)

Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, wykładowcą Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II i Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Panie Profesorze, jakie geopolityczne znaczenie ma trwająca oficjalna wizyta prezydenta Francji Emmanuela Macrona w Stanach Zjednoczonych?

– Należy pamiętać, że dla Stanów Zjednoczonych w euroazjatyckiej rozgrywce Europa zawsze będzie odgrywała fundamentalne znaczenie. I w tych geostrategicznych kategoriach należy rozpatrywać także relacje amerykańsko-francuskie. Francja w Unii Europejskiej, obok oczywiście Niemiec, ma bardzo duże międzynarodowe wpływy. Nabiera to szczególnego znaczenia zwłaszcza w sytuacji różnych, widocznych napięć między prezydentem Donaldem Trumpem a kanclerz Angelą Merkel. W tym względzie wszystkie gesty Waszyngtonu świadczące o dobrych relacjach z Paryżem mają szczególną wagę, i to nie tylko dla obu stron, ale także dla całej skomplikowanej i dynamicznie się zmieniającej układanki geopolitycznej na świecie.    

Oba państwa mają też podobną ocenę co do działań wielkomocarstwowych czy wręcz konfrontacyjnych zapędów Rosji Putina…

– Niemcy ze względu na korzystny dla nich polityczny projekt Nord Stream tylko pozorują ostrą politykę w stosunku do Rosji, ale Francuzi w tej materii też nie są nazbyt ostrzy. Sytuacja Francji – kraju położonego bardziej na zachód Europy, przy dość niepewnej wewnętrznej sytuacji politycznej i gospodarczej – też nie jest za wesoła. Nic zatem dziwnego, że dla ambitnego prezydenta Emmanuela Macrona, który chce odgrywać rolę lidera, kreatora polityki w Unii Europejskiej, wszystkie przyjazne gesty, jakich doświadcza ze strony Donalda Trumpa, bądź co bądź, przywódcy największego światowego mocarstwa, są bardzo ważne. Z kolei dla prezydenta Trumpa znaczenie ma to, żeby w grze nakierowanej na osłabienie Rosji mieć poważnych, solidnych partnerów, zwłaszcza że – jak wspomniałem – nie wszystkie państwa zachowują się tutaj solidarnie. Ponadto Francja jest strategicznym, obok Wielkiej Brytanii, sojusznikiem Stanów Zjednoczonych w operacji w Syrii, czego dowód mieliśmy niedawno.

Czy i jak w tej grze – postrzegany jako globalista – Emmanuel Macron jest w stanie skutecznie wpływać na konserwatywnego Trumpa, a co za tym idzie, czy jego wizyta w Białym Domu nie jest też próbą „urobienia” amerykańskiego prezydenta przed spotkaniem z kanclerz Merkel?

– Bardzo możliwe, że tak jest, zwłaszcza że pierwsze spotkanie Donalda Trumpa z Angelą Merkel w Białym Domu było dalekie od oczekiwań przede wszystkim kanclerz Niemiec, przyzwyczajonej do tego, że to ona zazwyczaj dyktuje warunki. I tutaj należy rozróżnić dwa porządki czy też dwie przestrzenie. Chodzi o pewne interesy poszczególnych państw w tej geopolitycznej układance, które bez względu na ideologie czy nurty polityczne są względnie stare, a z drugiej strony, mamy do czynienia z kwestiami ideowymi. I tak Emmanuel Macron to jednak człowiek lewicy, z kolei Donald Trump, który dba przede wszystkim o interesy własnego kraju, to można powiedzieć konserwatysta. Jeśli więc spojrzeć przez ten pryzmat, to mogłoby się wydawać, że drogi obu polityków się rozchodzą. Jednak w efekcie prowadzonych taktycznych rozgrywek relacje tych dwóch – mimo wszystko – nieszablonowych polityków mogą się układać korzystnie. Natomiast jeśli chodzi o Angelę Merkel, to jest ona uwarunkowana swoją wewnętrzną polityką, jej działania muszą uwzględniać fakt, że po ostatnich wyborach do Bundestagu na niemieckiej scenie politycznej pojawiła się nowa partia: Alternatywa dla Niemiec (AfD), z którą nie można się nie liczyć. W tej sytuacji centralistyczne projekty prezydenta Macrona, które jego zdaniem miałyby uratować francuską gospodarkę i cały projekt, w którym on uczestniczy, niestety nie są już tak wspierane przez kanclerz Merkel, która musi się liczyć z głosem AfD. W tej sytuacji im bardziej prezydent Francji pokaże, iż ma możliwości gry partnerskiej ze Stanami Zjednoczonymi, tym jego karta negocjacyjna może być silniejsza. Tak czy inaczej, widzimy, że w różnych aspektach interesy międzynarodowe, przynajmniej w niektórych aspektach, się schodzą, w innych się rozchodzą, ale to dowód, że toczy się naturalna gra poszczególnych państw o własne interesy.

Wizyta Macrona w Waszyngtonie odbywa się w szczególnym czasie, kiedy wciąż trwa konflikt w Syrii, który – trzeba mieć nadzieję – kiedyś się jednak zakończy. Jaką rolę mogą odegrać Stany Zjednoczone i Francja po zakończeniu konfliktu i budowaniu nowego państwa syryjskiego?

– Historia pokazuje, że obalić nawet władze reżimowe jest stosunkowo łatwo – tak było praktycznie w przypadku wszystkich dyktatur, szczególnie w tym regionie świata. Oczywiście w tej chwili gra ma na celu osłabienie prezydenta Baszszara al-Asada, tylko że ci, którzy się pojawiają jako alternatywa, nie zawsze spełniają oczekiwania. W tym wypadku taka alternatywa w postaci tzw. Państwa Islamskiego w niczym nie była lepsza, a wręcz gorsza od reżimowych władz Asada. W Syrii jest wielu graczy, którzy mają swoje interesy i chcą jak najwięcej ugrać dla siebie. Są zatem interesy rosyjskie, interesy francuskie, a więc zadawnione kwestie kolonialne, są wreszcie interesy amerykańskie, szczególnie w perspektywie terenów roponośnych, swoje interesy ma tam także Izrael. Oczywiście porozumienie jest potrzebne, i dobrze, że nastąpiło niedawno między Stanami Zjednoczonymi, Wielką Brytanią i Francją. Stało się to 14 kwietnia podczas odwetowych ataków na trzy ośrodki produkcji i magazynowania broni chemicznej w Syrii, czym Francuzi niejako weszli w anglosaski układ. Wydaje się zatem, że prezydent Trump w jakiś sposób stara się spłacić Emmanuelowi Macronowi to zaangażowanie militarne Francji. Natomiast jeśli chodzi o to, jaki ład może nastać w Syrii po ewentualnym obaleniu Baszara al-Asada, to tutaj nie jestem optymistą. To, że się osłabia Asada, wcale nie oznacza, że się wzmacnia pokój, a wręcz przeciwnie.

27 kwietnia Angela Merkel ma się spotkać z Donaldem Trumpem. Jak podaje amerykański dziennik „Wall Street Journal”, władze w Berlinie będą zabiegać, aby administracja amerykańska wyłączyła niemieckie firmy z nowych sankcji wobec Rosji. Czemu miałoby służyć to specjalne traktowanie Niemiec?

– Pamiętajmy, że – jak wspomniałem wcześniej – Niemcy grają razem z Rosją i starają się na tym zbić jak największy interes. Tymczasem im większe sankcje, tym ekskluzywność różnych kontaktów z Rosjanami staje się bardziej wyjątkowa, co pociąga za sobą większe zarobki. W związku z czym konieczny jest czynnik równowagi, czyli Niemcy absolutnie powinny respektować wszystkie sankcje nakładane na Rosję przez wspólnotę międzynarodową.

Merkel ma rzekomo ostrzec Trumpa przed możliwymi konsekwencjami gospodarczymi polityki handlowej Stanów Zjednoczonych…

– Choć Niemcy są niewątpliwie potężną gospodarką, jedną z największych na świecie, to jednak Donald Trump ma mocniejsze narzędzia i możliwości nacisku na Berlin niż odwrotnie. Owszem, Niemcy mogą próbować, przekonywać, ale ostateczna decyzja zależy od Stanów Zjednoczonych, które z całą pewnością chcą i będą grać przede wszystkim o swoje interesy. Jak już wspomniałem, wszystkie niezbędne narzędzia w tej konfrontacji są po stronie Waszyngtonu.

Dziękuję za rozmowę.      

Mariusz Kamieniecki

Aktualizacja 3 czerwca 2018 (11:48)

NaszDziennik.pl