logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Mateusz Marek/ Nasz Dziennik

Szansa na pełną pulę

Piątek, 1 listopada 2019 (13:04)

Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, historykiem, wykładowcą z KUL i WSKSiM, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Na co liczy premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson, któremu w końcu udało się przeforsować projekt ustawy o przeprowadzeniu przedterminowych wyborów?

Zgłaszając i w efekcie przeforsowując projekt ustawy o przeprowadzeniu przedterminowych wyborów, które mają się odbyć 12 grudnia, premier Johnson ma nadzieję, że w Izbie Gmin osiągnie większość i tym samym zlikwiduje trwający od dłuższego czasu pat w brytyjskim parlamencie. Liczy, że w konsekwencji osiągnie swoje cele zarówno w perspektywie polityki zagranicznej, jak i polityki wewnętrznej i że brexit, o którym się mówi już do znudzenia od dwóch lat – odmieniając go przez wszystkie przypadki – w końcu się zrealizuje, a polityka brytyjska odzyska sterowność. Należy pamiętać, że zarówno poprzedniczka obecnego brytyjskiego premiera Theresa May, jak i sam Boris Johnson nie ma większości parlamentarnej, która podzielałaby stanowisko rządu. To powoduje, że brytyjski rząd nie ma swobody manewru w relacjach z Unią Europejską. Ten pat się ciągle pojawia – w różnych odsłonach – utrudniając życie i działania rządu i w tym względzie premier Johnson, rozpisując nowe wybory parlamentarne, liczy, że to się ostatecznie rozstrzygnie.

Obecne sondaże wskazują, że Partia Konserwatywna powinna wygrać grudniowe wybory, ale czy premier Johnson, zakładając, że zdobędzie bezwzględną większość, się nie przeliczy?

Czy 11 procent przewagi partii konserwatywnej nad opozycyjną partią pracy to bezpieczna przewaga, to – biorąc pod uwagę doświadczenia ostatnich lat w Wielkiej Brytanii – trudno powiedzieć. Rzeczywiście, przed przedterminowymi wyborami rozpisanymi przez poprzedniczkę Borisa Johnsona, premier Theresę May, w czerwcu 2017 roku konserwatyści mieli sporą przewagę nad laburzystami, ale na skutek błędów w kampanii, być może też na skutek zbytniej pewności siebie, roztrwonili ten kapitał i premier May zamiast zwiększyć stan posiadania w Izbie Gmin musiała kierować rządem mniejszościowym, co na dłuższą metę nie pozwalało na swobodne sprawowanie władzy. Dzisiaj Boris Johnson z pewnością ma te doświadczenia w tyle głowy i podobnych błędów nie powinien popełnić. Ma alternatywę: zwiększyć stan posiadania albo przegrać, ale tak czy inaczej coś w sprawie brexitu się w końcu może wyjaśni. Dalsze tkwienie w pacie osłabia nie tylko pozycję Borisa Johnsona, ale też jego partię. Myślę, że jego bardzo jednoznaczne stanowisko opowiadające się za brexitem o tyle umocni konserwatystów, że Nigel Farage i jego skrajnie eurosceptyczna Partia Brexit nie będzie już miał takiego poparcia, bo jeśli torysi idą taką, a nie inną, jednoznaczną drogą, to hasła brexitowe nie będą miały takiego echa. Warto też pamiętać, że ordynacja większościowa w Wielkiej Brytanii polega na tym, że jeśli się wygra, to jest szansa na pełną pulę. Oczywiście, stawianie sprawy na ostrzu noża zawsze jest ryzykowne, ale jest też pytanie, czy tkwienie dłużej w sytuacji, w jakiej dzisiaj znajduje się Wielka Brytania, ma sens i do czego mogłoby to jeszcze doprowadzić.    

Jaką rolę może odegrać grudniowy termin wyborów? Są tacy, którzy uważają, że potencjalny wpływ może mieć zimowa aura zniechęcająca do głosowania starszych konserwatywnych wyborców i mobilizująca przeciwników brexitu.

Emocje w Wielkiej Brytanii są już na tyle podniesione, że to się aż tak nie przełoży. Proszę zwrócić uwagę, ile u nas, w Polsce, mówiło się o pogodzie, która w ogromnej mierze miała się przyczynić do większej determinacji zwolenników prawicy, a mniejszej mobilizacji liberalnej strony, a tym samym zaważyć na wyniku wyborów. Przy polaryzacji sceny politycznej w Wielkiej Brytanii i emocjach, które towarzyszą brexitowi, aura tylko w minimalnym zakresie może wpłynąć na wynik wyborów, ale na pewno nie w sposób decydujący.

Czy klimat niepewności, jaki panuje wokół brexitu, nie podkopuje zaufania do Wielkiej Brytanii?

Wielka Brytania bez sterowności, bez konkretnego rozstrzygnięcia, w którą stronę ma dalej iść, będąc w stanie wiecznego zawieszenia, traci pozycję międzynarodową, traci też możliwości planowania polityki, i to w wielu aspektach – nie tylko, jeśli chodzi o politykę zagraniczną, ale przede wszystkim w perspektywie gospodarczej. Chodzi o to, jak w dłuższej perspektywie ustawić ogniwo różnych relacji: czy za pośrednictwem Brukseli, czy może w bezpośrednich relacjach z poszczególnymi państwami, jak wiązać politykę ze Stanami Zjednoczonymi. Są to zatem bardzo ważne kwestie, które należy rozstrzygnąć, i ustawić państwo w długofalowej perspektywie. Wygląda na to, że Boris Johnson zdiagnozował, że ten przedłużający się pat jest szkodliwy dla niego, dla partii konserwatywnej, ale także dla państwa, dlatego zdecydował się na ruch do przodu.     

Przeciwko brexitowi świadczy raport Narodowego Instytutu Badań Ekonomicznych, który wskazuje, że po wyjściu z Unii Europejskiej Wielka Brytania przez 10 lat każdego roku będzie tracić 70 miliardów funtów, co oznacza, że każdy Brytyjczyk będzie miał w kieszeni mniej o 1100 funtów…

To są tylko badania i w gruncie rzeczy spekulacje. Oczywiście, że gdyby przedterminowe wybory w Wielkiej Brytanii wygrała Partia Pracy, która w tej chwili bardzo mocno dryfuje w kierunku lewej flanki, to można sobie wyobrazić, że w ogóle do brexitu nie dojdzie i wszystko wróci do punktu wyjścia. Tak czy inaczej niezależnie od wyników grudniowych wyborów będzie jakieś rozstrzygnięcie, bo są momenty, gdzie lepsza jest nawet zła decyzja niż jej brak. Oczywiście, Brytyjczycy podjęli już decyzję w referendum – wprawdzie niewielką liczbą głosów wygrał brexit, natomiast czy Brytyjczycy stracą bardziej na wyjściu z Unii Europejskiej niż – w dłuższej perspektywie – zyskają, to zawsze są szacunki, których do końca nie da się zmierzyć.

Jak długo jeszcze może potrwać cały ten pat związany z brexitem?

Ten pat, który obserwujemy, w istocie nie służy nikomu. Po pierwsze trwający pat osłabia Wielką Brytanię i powoduje, że Londyn z całą tradycją dyplomacji międzynarodowej traci. Żeby Londyn był nadal skuteczny i sprawny dyplomatycznie, to musi najpierw rozstrzygnąć wewnętrzny spór o kierunek polityki zagranicznej. To sprawia, że pat nie służy Wielkiej Brytanii. Czy jednak służy Unii Europejskiej?… Bardzo w to wątpię. Dlatego pewne wrzody, złe relacje najlepiej jest przeciąć, a nie utrzymywać w nieskończoność chory stan, który osłabia cały organizm. Lepiej jest zatem obrać kierunek w jedną bądź w drugą stronę niż tkwić w bezwładzie. Ponadto brexit pokazuje wyraźnie, że cała Unia Europejska jest w kryzysie i gdyby wyjście Wielkiej Brytanii się w końcu dokonało, to można by przejść nad tym do porządku dziennego. Tymczasem ta niekończąca się opowieść pt. „brexit” trwa w najlepsze i jest to sytuacja trudna dla wszystkich.

Dziękuję za rozmowę.      

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl