logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Ameryka wybiera prezydenta

Wtorek, 3 listopada 2020 (15:56)

Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, historykiem, wykładowcą z KUL i WSKSiM, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Przed nami ostateczna rozgrywka w walce o Biały Dom. Stawka jest ogromna, a szanse chyba wyrównane, choć w sondażach nieznacznie prowadzi Joe Biden…

Stawka jest ogromna, a szanse... owszem – wyrównane, ale to świadczy, że pandemia koronawirusa, lockdowny i kryzysy powstałe na tym tle zrobiły swoje i de facto osłabiły Donalda Trumpa. Przypomnę, że jeszcze na początku tego roku wydawało się, że Trump ma reelekcję w kieszeni, że jest zdecydowanym faworytem listopadowych wyborów, natomiast różnorakie wstrząsy społeczne osłabiły obecnego prezydenta Stanów Zjednoczonych i spowodowały, że szanse między nim a kandydatem Demokratów Joe Bidenem są dzisiaj wyrównane.

Ostatnie dane dotyczące PKB za trzeci kwartał w Stanach Zjednoczonych mówią o odbiciu i wzroście o 33 procent, czyli nawet powyżej prognoz ekonomistów, również bezrobocie spada. To plus dla obecnego prezydenta?

Gospodarka amerykańska została częściowo zamrożona i funkcjonuje w ten sposób, że najpierw się zwalnia pracowników, a następnie uruchamia się produkcję i usługi, na nowo zatrudniając pracowników. Ta huśtawka mimo wszystko odbiła się na stanie amerykańskiej gospodarki, mimo iż zostały w nią wpompowane ogromne pieniądze z pożyczek itd. Zatem nie ulega wątpliwości, że te ruchy były poważnym szokiem psychologicznym, społecznym.

Ponadto sporo osób zachorowało na COVID-19, wiele też zmarło. To po pierwsze. Po drugie w praktycznie każdym kraju obserwujemy odreagowanie po lockdownach, a w Stanach Zjednoczonych splotło się to dodatkowo z zamieszkami i ogromnym niezadowoleniem społecznym po śmierci Afroamerykanina George’a Floyda zabitego w czerwcu podczas interwencji policji w Minneapolis. Te rzekomo antyrasistowskie, mocno lewackie protesty też odcisnęły swoje piętno w Ameryce i na postawach wyborczych ludzi. Można zatem powiedzieć, że te wstrząsy mocno odbiły się na świadomości społecznej, co nie znaczy, że na postawy czy sympatie wyborcze wpływu nie mają także inne rzeczy. Warto bowiem przypomnieć, że Stany Zjednoczone są w takiej samej niemalże wojnie kulturowej jak Polska, więc prezydent Donald Trump ma przeciw sobie media, tak jak Prawo i Sprawiedliwość w Polsce. I to wszystko się sumuje, nie pozostając bez wpływu na poparcie, czy też jego brak.

Joe Biden nie jest lubiany w Stanach Zjednoczonych – nawet wśród Demokratów. Czy zatem w przypadku wygranej Bidena byłoby to jego zwycięstwo, czy bardziej głosowanie przeciwko Trumpowi?

Analogiczna sytuacja miała miejsce w Polsce podczas ostatnich wyborów prezydenckich. Z całą pewnością Donald Trump ma duży negatywny elektorat, który był budowany od dłuższego czasu. Sytuacja jest zatem wyjątkowa. Trump jest i lubiany, a jednocześnie nienawidzony – szczególnie w kręgach czy stanach, gdzie dominuje lewica. Tam ta wręcz nienawiść wobec Trumpa jest spotęgowana w niewyobrażalny sposób. Wydaje się, że podobnie jak to miało podczas wyborów w Polsce, głosy oddane na Joe Bidena będą nie tyle za nim, co przeciwko Donaldowi Trumpowi. Zresztą Joe Biden jest słabym kandydatem – przede wszystkim kandydatem „tysiąca wpadek”, jest politykiem, którego oskarża się o różne sprawy – a szczególnie jego syna Huntera, który miał prowadzić na Ukrainie i w Kazachstanie interesy „z osobami o wątpliwej reputacji”, przez co miał narazić Stany Zjednoczone na niebezpieczeństwo.

Tak czy inaczej nie wiem, czy Joe Biden w czymkolwiek jest lepszy od Hillary Clinton. Trzeba sobie powiedzieć jedno, że gdyby nie było wszystkich tych wstrząsów związanych z koronawirusem, to myślę, że nawet mimo tego hejtu medialnego organizowanego przez ostatnie cztery lata, to Donald Trump wygrałby te wybory bez problemu. Oczywiście nie znaczy to, że teraz nie wygra, natomiast jego droga do reelekcji byłaby znacznie łatwiejsza. Wszystkie lockdowny, setki tysiące ludzi chorych – to wszystko zawsze zostawia ślad w psychice ludzi i społeczeństwo bardzo często chce odreagować. Najłatwiej, najprościej jest odreagować na aktualnie sprawujących władzę – mimo tego, że obiektywnie nie ponoszą winy za stan pandemii. Donald Trump w swojej kampanii wyborczej starał się pokazywać winę Chin – jako rozsadnika koronawirusa, a jednocześnie na własnym przykładzie pokazywał, że tego wirusa można pokonać.

Tylko czy i na ile mu się to udało?             

To jest dobre pytanie, czy mu się to udało, czy wygrał wyścig z czasem, bo jego kampania w pewnym momencie – ze względu na zakażenie koronawirusem – została mocno wyhamowana. Ale na to nie odpowiedzą nawet sondaże, a dopiero ostateczny wynik wyborów.

Co może przeważyć szalę na ostatniej prostej i zdecydować o zwycięstwie jednego z kandydatów?

Jak zawsze ważna w takich sytuacjach jest mobilizacja elektoratów. Stany Zjednoczone są mocno podzielone, żeby nie powiedzieć: rozdarte, jeśli chodzi o sympatie do kandydatów, emocje są zatem ogromne. Wiemy, że ponad 90 milionów Amerykanów, a więc jedna trzecia uprawnionych, już oddała swoje głosy w wyborach korespondencyjnych i być może sprawa już się rozstrzygnęła, tylko na razie jeszcze o tym nie wiemy. Natomiast walka – jak widzimy – toczy się do ostatniej chwili.

Donald Trump na wiecach gromadzi tłumy, z kolei Joe Biden dużo mniej. Czy to może mieć znaczenie?

Owszem, prezydent Donald Trump gromadzi wokół siebie ogrom ludzi, natomiast Joe Biden – nie. Wynika to także z faktu, że kandydat Demokratów przyjął taktykę, czy też retorykę lockdownową. Która taktyka okaże się lepsza i jak to się przełoży na ostateczny werdykt – w tej chwili trudno powiedzieć. U nas też Rafał Trzaskowski na wiecach gromadził mniej ludzi niż prezydent Andrzej Duda, a mimo to w ostatecznym rozrachunku wynik Trzaskowskiego był pokaźny.

Co jest stawką tych wyborów prezydenckich w kontekście Ameryki i nie tylko?

Przede wszystkim Joe Biden to przedstawiciel rewolucji neomarksistowskiej na gruncie amerykańskim. Zresztą w sposób jednoznaczny wspiera wszystkie pomysły rewolucyjne, jakie się pojawiają – łącznie z aborcją. Jego stosunek chociażby do Polski – w sferze ideowej – pokazuje, że jest to kandydat bliski elitom Unii Europejskiej. Oczywiście – w przypadku wygranej Joe Bidena może nie będzie wielkiej geopolitycznej zmiany, bo interesy amerykańskie są mimo wszystko stałe – zwłaszcza jeśli mamy na myśli rywalizację z Chinami.

Ale Joe Biden to także reprezentant globalistycznych interesów wszystkich wielkich koncernów, które zarabiały miliardy dolarów na globalizacji. Z kolei Donald Trump to reprezentant tej średniej warstwy, która straciła ogromnie, mocno zubożała. I teraz pytanie, która z tych sił wygra bój o Biały Dom, jest wciąż otwarte. Którakolwiek wygra, to Ameryka może zapłonąć w protestach, starciach, bo rozbieżności są zbyt daleko posunięte i konflikt jest zaostrzony na wielu polach. Dlatego trudno myśleć, że po wyborach nastąpi zgoda.  

Tych starć między zwolennikami obu kandydatów już się można spodziewać. Zresztą Ameryka przygotowuje się do tego, mówi się też o protestach, zaskarżeniach wyników wyborczych…

Owszem, nauczeni doświadczeniem po tym, co działo się po zabójstwie George’a Floyda i rozruchach z tym związanych, kiedy do głosu dochodził ruch na rzecz Afroamerykanów, ludzie w Stanach Zjednoczonych dzisiaj masowo kupują broń. Miejmy jednak nadzieję, że Stany Zjednoczone nie będą przeżywać kolejnej wojny domowej, ale jedno trzeba powiedzieć: że napięcia są tam wielopiętrowe. Wynik wyborów też raczej nie będzie taki, który przesądzałby w sposób zdecydowany szalę po stronie któregokolwiek z kandydatów, więc trudno powiedzieć, co może się wydarzyć. Jedno jest pewne: Stany Zjednoczone nie są dzisiaj krajem jednorodnym ani od strony kulturowej, ani od strony politycznej. Wprost przeciwnie: jest to dzisiaj kraj mocno skonfliktowany, wewnętrznie podzielony.

Czy w środę poznamy nazwisko gospodarza Białego Domu?

Trudno powiedzieć. Proces wyłaniania prezydenta w Stanach Zjednoczone różni się od tego, który znamy i w którym bierzemy udział w Polsce. Amerykański proces wyborczy jest, najoględniej mówiąc, bardziej skomplikowany niż u nas. Tak czy inaczej mówi się, że ze względu na głosowanie korespondencyjne liczenie głosów może potrwać dłużej. Przypomnę, że w historii – nie tak odległej – przeżywaliśmy już takie momenty, kiedy liczenie głosów powtarzano. Pamiętamy chociażby rozbieżności czy wątpliwości, jakie się pojawiły, podczas głosowania na Florydzie w wyborach prezydenckich w 2000 roku, kiedy ostatecznie zwyciężył Georg W. Bush. Myślę jednak, że rzeczą wtórną jest to, czy zwycięzca wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych zostanie ogłoszony w dzień po wyborach, za trzy dni, czy może trzeba będzie poczekać dłużej. Ważne jest, kto nim będzie: czy ubiegający się o reelekcję, nominowany przez Partię Republikańską Donald Trump, czy może kandydat Partii Demokratycznej Joe Biden.

Tak czy inaczej wszystkie problemy, o których rozmawiamy, wraz z ogłoszeniem wyników staną w pełnej wyrazistości, bo jeśli wygra Donald Trump, to można się spodziewać kontynuacji dotychczasowej polityki amerykańskiej w wielu dziedzinach, co – z naszego punktu widzenia – byłoby korzystne. Natomiast jeśli wygra Joe Biden, to wiele się może zmienić. Rewolucja w świecie zachodnim się poszerzy, i to znacząco. O tym też warto pamiętać.

                Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl