logo
logo

Zdjęcie: M.Marek/ Nasz Dziennik

Leczcie dziecko, nie mózg

Poniedziałek, 17 czerwca 2013 (02:12)

Redukowanie cierpienia dziecka do mózgu, który można „naprawić” taką czy inną tabletką, z pominięciem jego duchowości, całego bogactwa osoby – to ślepa uliczka.

Korzyści i ryzyko, jakie niesie ze sobą model psychotropowy w leczeniu dzieci i młodzieży, w zestawieniu z oceną innych możliwości, analizowali uczestnicy międzynarodowego sympozjum, które zorganizowała Papieska Rada ds. Duszpasterstwa Chorych i Służby Zdrowia. Hasło spotkania: „Dziecko jako osoba i pacjent. Konfrontacja sposobów leczenia”. Zjawisko rozchodzenia się psychiatrii i psychoterapii w niesieniu pomocy najmłodszym jest bardzo skomplikowane, dlatego na rekomendacje pastoralne poczekamy co najmniej kilka tygodni.

Kto uczy pediatrów, kim jest dziecko?

Studiują „choroby” – ale kto im wyjaśni, kim jest osoba? – podnosił prof. Giorgio Albertini, pediatra neurorehabilitant z Rzymu. Współczesnym wzorem, jak przyjmować cierpiących, w tym najmłodszych, stał się dla świata Papież Franciszek. Również wczoraj, w Dniu Evangelium Vitae, dał tego świadectwo na placu św. Piotra.

Już z daleka ogarnia tę osobę wzrokiem, skupiając się na niej jednej, nawiązuje serdeczny kontakt, kogo tylko może przytula. Poprawia smoczki i kokardy.

Z otwartymi ramionami przyjmowane są też dzieci chociażby w Instytucie św. Jana Bożego prowadzonym przez bonifratrów w Boliwii.

Gdybyście widzieli te wszystkie małe królowe z zespołem Downa, niepełnosprawnych raperów i żonglerów albo jak sobie pomagają dwaj ledwo odrośli od ziemi przyjaciele z niepełnosprawnością psychiczną. Takie właśnie są dzieci – potakiwali prelegenci, reprezentujący wszystkie kontynenty, zwracając uwagę na wsłuchiwanie się w procesie leczenia w ich potrzeby fizyczne, psychiczne, duchowe.

– Dzieci cechuje zadziwienie światem, ogromna intuicja, mądrość serca, empatia – wyliczał prof. Arndt Buessing z Niemiec.

Maluch z etykietą

Zachodnia medycyna uczy traktować smutek dziecka jako chorobę lub dysfunkcję. Zdarza się, że zbyt pochopnie przyczepiana mu jest etykieta psychiatryczna. A tej nie tak łatwo się pozbyć. Do jego problemów dochodzi dodatkowy – czuje się „inne”. Tymczasem – stwierdza list apostolski Jana Pawła II „Salvifici doloris” – cierpienie towarzyszy człowiekowi na każdym etapie życia. Także w dzieciństwie.

Dziecko potrafi temu doświadczeniu nadać sens i znaczenie, ma szansę rozwinąć się dzięki niemu.

– Medykalizacja emocji odrywa je od kontekstu, w którym powstają i gdzie mogą zostać w pewien sposób przepracowane – zauważył dr Pat Bracken, dyrektor ds. klinicznych Ośrodka Zdrowia Psychicznego w West Cork (Irlandia).

W jego przekonaniu, a kwestię tę podejmowali również inni prelegenci, medyczny model depresji, sytuując emocjonalne problemy w biologii mózgu, w pewnym sensie długofalowo uzależnia pacjenta od „profesjonalistów”.

Jednak cały ten mechanizm bynajmniej nie da się wpisać w ten szablon, tak jak psychiatria nie może być uważana po prostu za coś w rodzaju neurologii stosowanej. Według Brackena, w relacji terapeutycznej – przed decyzją o ewentualnym włączeniu wybranego środka – nie może zabraknąć otwarcia na warunki duchowe, egzystencjalne, w jakich powstaje smutek.

– Konfrontacja sposobów terapii nie tylko odsłania stojącą za nimi wizję dziecka, ale jest wyrazem troski o przyszłość – zwrócił uwagę ks. abp Zygmunt Zimowski, szef Papieskiej Rady ds. Duszpasterstwa Chorych i Służby Zdrowia.

Kto konsumuje miliardy

Konferencja pokazała właśnie na tym wyraźnie zarysowanym tle wiele punktów zapalnych. Podczas gdy w wielu krajach świata dzieci nie mają żadnej okazji, żeby zbadał je psycholog czy psychiatra, roczne wydatki na leki psychiatryczne osiągnęły pułap 56 mld USD w skali świata – i rosną. A wraz z nimi wpływy koncernów farmaceutycznych nawet na badania akademickie.

Profesor Robert Whitaker, pisarz i dziennikarz z Cambridge, który bada rozprzestrzenianie się psychofarmakoterapii, jako istotny przełom wskazuje wprowadzenie na rynek oraz dopuszczenie dla dzieci i młodzieży fluoksetyny (prozac). Producent przedstawiał ten specyfik jako bardziej bezpieczny i skuteczny antydepresant niż środki pierwszej generacji, mające zastosowanie już w latach 50. u dorosłych.

Następny kamień milowy to rok 1980, gdy Amerykańskie Stowarzyszenie Psychiatryczne w podręczniku diagnostycznym zaklasyfikowało ADD (zespół deficytu uwagi) jako chorobę. Z czasem – zauważa wyróżniony w 2010 r. nagrodą za najlepszą książkę dziennikarstwa śledczego „Anatomy of an Epidemic” autor – diagnoza rozszerzyła się do ADHD (zespół nadpobudliwości psychoruchowej z deficytem uwagi) i została zapożyczona przez wiele innych krajów.

Dziś 11 proc. Amerykanów w wieku 4-17 lat ma to rozpoznanie i z reguły poddawani są terapii lekowej. W ocenie krytyków, testy kliniczne nie dowiodły jednoznacznie długoterminowych korzyści dla pacjentów w żadnym obszarze życia w przypadku jej stosowania.

Natomiast wśród korzyści płynących z podejścia psychospołecznego, terapii z dużym udziałem rodziny, wymienia się – oprócz utrzymania poprawy w dłuższym okresie – zachowanie przez dziecko autonomii, wzrost osobowy, wytyczenie sobie celu w życiu, samooakceptację.

Puszka Pandory

Dzieci i młodzież w krajach rozwiniętych coraz częściej dostają recepty na antydepresanty i leki przeciwpsychotyczne – w niektórych stanach USA mogą je wystawiać także psychologowie i pielęgniarki. Czy znajduje to uzasadnienie w badaniach klinicznych?

Nie ma rozstrzygających dowodów na to, że środki antydepresyjne dają u najmłodszych nawet w krótkiej perspektywie – próby trwają zwykle 8-10 tygodni – lepsze wyniki niż placebo (tabletki wyglądające tak samo, ale bez biosubstancji, przy czym uczestnik eksperymentu o tym nie wie).

Zdaniem prof. Favy, w przypadku ciężkiej depresji terapia powinna bazować na ocenie klinicznej, a antydepresanty przyjmowane tak krótko, jak tylko to jest możliwe.

Podnoszone są też zastrzeżenia do łączenia kilku leków jednocześnie czy też stosowania ich u dzieci i młodzieży poza wskazaniami. Profesor David O. Antonuccio z University of Nevada przedstawił raport wskazujący wręcz na większą poprawę przy podawaniu placebo niż preparatów psychiatrycznych, biorąc pod uwagę efekty długookresowe.

Z kolei Whitaker przypomniał, iż w przypadku atypowych środków przeciwpsychotycznych amerykański Narodowy Instytut Zdrowia Psychicznego doszedł do konkluzji, że po roku tylko nieliczni z grupy młodzieży biorącej udział w testach odnieśli pewne korzyści z ich stosowania, przy wystąpieniu poważnych skutków ubocznych.

Innym z problemów związanych ze stosowaniem antydepresantów u dzieci i młodzieży jest poważny efekt uzależnienia, który utrudnia zakończenie terapii i powrót do funkcjonowania bez leków. Z drugiej strony, duży odsetek samobójstw wśród młodzieży, np. w Australii, to przypadki nieleczonej depresji.

Jak widać, co do proporcji między ryzykiem i korzyściami różnych sposobów leczenia zdania są mocno podzielone, co nie ułatwia lekarzom i rodzicom decyzji o wyborze sposobu terapii. A jest on dodatkowo uzależniony od uwarunkowań społeczno-kulturowych, od koncepcji zdrowia i choroby, tak odmiennych na Zachodzie, w Ameryce Łacińskiej czy w Indiach.

– W Indiach urodzenie chorego dziecka uważane jest za karę dla niego. W Porto Rico tradycyjnie przyjmuje się, że to kara dla matki. W Ameryce Łacińskiej występuje pogląd, że jest to efekt klątwy – wyliczał analizujący ten aspekt ks. prof. Janusz Szurzykiewicz, wykładowca teologii pastoralnej i psychologii na Katolickim Uniwersytecie Eichstaett-Ingolstadt.

Czynniki kulturowe mają wpływ na decyzje rodziny o podjęciu i wyborze sposobu leczenia. Na przykład w Chinach w terapii spektrum zaburzeń autystycznych znajduje zastosowanie medycyna naturalna i akupunktura, a w Pakistanie w ogóle nie podejmuje się terapii (przy założeniu, że choroba to wola Allaha). Dzieci w Indiach, u których zdiagnozowano problem psychiczny, do lekarza raczej już nie wracają.

Jolanta Tomczak, Watykan

Nasz Dziennik