logo
logo

Zdjęcie: Małgorzata Pabis/ Nasz Dziennik

Należymy do Pana, więc nie trzeba się bać

Wtorek, 7 kwietnia 2015 (05:22)

Z o. Jackiem Michno OFMConv, misjonarzem, który przez kilka lat posługiwał w Paragwaju, rozmawia Małgorzata Pabis.

Jak to się stało, że Ojciec chciał wyjechać na misje?

– Wybierając jako moje powołanie życiowe zakon franciszkański, miałem na uwadze, że jedną ze specyfik pracy franciszkanów jest praca na misjach. Niewątpliwie taka myśl pojawiała mi się w głowie od samego początku. Podobała mi się nawet. Potem w czasie formacji zakonnej pragnienia te były bardziej określane i precyzowane. Starałem się możliwie dogłębnie poznawać aspekty pracy misyjnej, udzielałem się w sekcji misyjnej, uczyłem się hiszpańskiego, a także w połowie studiów zaczęliśmy organizować dla znajomych i przyjaciół raz w miesiącu Msze św. w języku hiszpańskim. A później przyszedł czas na decyzję, prośbę do przełożonego i na wyjazd. Można upraszczając powiedzieć: „Ot, po prostu chciałem i pojechałem”.

 

Mógł Ojciec wybrać kraj czy został on Ojcu wskazany?

– W tym czasie nasza prowincja koncentrowała się na pracy w Ameryce Południowej. Moje przygotowania skierowane były w tym kierunku. W grę wchodziły Boliwia, Peru i Paragwaj. Ponieważ była potrzeba wyjazdu do Paragwaju – przejmowaliśmy nową parafię w Guarambare – o. prowincjał wysłał mnie z przeznaczeniem do tej parafii.

 

Czy wyobrażenia o życiu na misjach z tym, co Ojciec tam zastał, pokryły się?

– I tak, i nie. Mniej więcej wyobrażałem sobie, na czym będzie polegała moja praca, jak wygląda życie w tych krajach. Dużo rozmawiałem z misjonarzami, którzy tam pracowali, znałem osobiście wielu Latynosów. Oglądałem zdjęcia i materiały wideo. Teoretycznie – dużo wiedziałem i mogłem się spodziewać, co człowiek tam zastanie. Jednakże życie to weryfikuje i potrafi nieźle zaskoczyć. Bo wiedzieć to jedno, a przeżywać to drugie. Życie i praca na miejscu dość mocno rozjechała się z moimi wyobrażeniami – nie tyle pod względem warunków pracy, ile bardziej mojego w niej udziału. Moje reakcje na rzeczywistość tam zastaną zadziwiły mnie samego. Mój pobyt, myślenie, sposób funkcjonowania został mocno zweryfikowany przez życie i po jakimś czasie na nowo (ze zmienioną postawą) się „aklimatyzowałem”.

 

Co było najważniejsze w tej posłudze?

– Od strony wewnętrznej myślę, że otwartość na ludzi, uczenie się ich sposobu myślenia, działania, rozumienia rzeczywistości. Wszystko po to, aby stworzyć dobre relacje, więzy. Od strony zewnętrznej – całościowa obsługa (we wszystkich aspektach) duszpasterska ponad 30 tys. parafii. 

 

Obecnie jest Ojciec w Polsce. Czy myśli Ojciec o wyjeździe na misje?

– Myśleć myślę, a co będzie, czas pokaże. W życiu zakonnym nasza wola schodzi się z decyzjami przełożonego. One wysyłają zakonnika tam, gdzie jest bardziej potrzebny.

 

A jak wyglądają Święta Wielkiej Nocy w Paragwaju?

– Liturgia w kościele jest podobna jak u nas, ale jest kilka istotnych różnic, jakie w Guarambare mogłem zobaczyć. W czasie Wielkiego Tygodnia (ostatnie dni) organizowana była Pascua Joven – rekolekcje ewangelizacyjne dla młodzieży – zapomnijcie o ciszy wielkopiątkowej! Wspaniała sprawa.

Wydaje mi się, że wszystko tam jest bardziej skoncentrowane na Wielkim Piątku i Wielkiej Sobocie. Są trochę inne zwyczaje, jeśli chodzi o wystrój kościoła, nie robi się Grobu Pańskiego, a Pan Jezus leży w „specjalnej” trumnie. W Wielki Piątek dodatkowo jest sprawowane nabożeństwo o godz. 15.00. Poświęcone jest ono ostatnim słowom Jezusa. Potem figura Jezusa zostaje ukrzyżowana, a po adoracji złożona do specjalnej trumny. 

W Wielką Sobotę z kolei po Liturgii paschalnej na ulicach miasta odbywa się nabożeństwo Tupăsy ńuguaiti – spotkanie Matki Bożej z Jezusem Zmartwychwstałym.

Nie praktykuje się tam święconki w takim wymiarze jak u nas. W ogóle nie pamiętam święcenia pokarmów. Paragwajczycy nie mają także śniadania wielkanocnego w takim wymiarze jak nasze.

 

Już w grudniu przeżywać będziemy beatyfikację franciszkanów, którzy zginęli w Peru. Ojciec był w Pariacoto, widział, w jakich warunkach pracowali męczennicy...

– Miałem okazję być i w Andach, i w Pariacoto. Nie pracowałem tam, ale byłem tam przejazdem na moją misję, gdzie pracowałem. Jest to rzeczywistość zgoła inna niż warunki Kościoła w Polsce. Pariacoto i wszystkie kaplice – jest ich ponad 70 i są rozrzucone po górach – stanowią ogromne wyzwanie dla pracy duszpasterskiej, chociażby przez odległości, jaką misjonarz musi przemierzać, i wysokość, która dla organizmu ludzkiego też odgrywa ważną rolę. Często kaplice położone są na wysokości 3-4 tys. metrów nad poziomem morza. Zupełnie różny jest także status materialny ludzi, którzy tam mieszkają – są to ludzie często bardzo biedni. Dlatego pracy, którą tam wykonujemy, nie realizuje się tylko w wymiarze duchowym, ale często jest zwykła, codzienna posługa charytatywna, przez różne dzieła, które tam, na miejscu są realizowane.

 

Czyimi patronami mogą być męczennicy z Pariacoto?

– Myślę, że dla całego Kościoła powszechnego mogą być patronami, dla pewnych grup, z którymi jakoś się zżyli, z którymi pracowali w warunkach andyjskich. O. Michał szczególnie związany był z dziećmi, więc myślę, że dodatkowy patron dla dzieci i młodzieży byłby wskazany, tym bardziej że był dla nich wzorem ojcostwa i wielkiej troski. Natomiast o. Zbigniew bardzo często poświęcał się posłudze ludziom chorym, więc myślę, że byłby dobrym orędownikiem dla tej grupy ludzi. Myślę, że w sposób szczególny z Nieba właśnie tym ludziom wyprasza łaski i zmiłowanie dla Pana Boga.

 

Czym ta nadchodząca beatyfikacja jest dla franciszkanów, dla misjonarzy, ale i dla Ojca osobiście?

– Jest to dla nas wielki dar, ale też wielkie szczęście, które na nowo pozwala nam odkryć naszą tożsamość franciszkańską. Przyglądając się tym naszym współbraciom, możemy mieć do nich nasze osobiste odniesienia i weryfikować nasze życie względem ich postaw. Ta beatyfikacja jest dla nas odnowieniem patrzenia na nasze życie franciszkańskie, na nasz charyzmat. Dla mnie osobiście jest to takie patrzenie przez pryzmat bliskości z drugim człowiekiem. Oni jako misjonarze w warunkach andyjskich byli bardzo blisko ludzi. Właściwie można powiedzieć, że całkowicie poświęcili się dla tych ludzi i dla nich zawsze byli w prostocie, w pokoju, w zwykłości dnia codziennego. Myślę, że dzisiaj też nam tego potrzeba i ich osoby będą jakby takim odświeżeniem naszego charyzmatu.

 

Jak to jest – jedzie się na misje i pewnie w głowie gdzieś kołacze się myśl, jak to będzie. Czy kiedy Ojciec pracował w Paragwaju, myślał czasem o tym, że może się ta praca, to poświęcenie skończyć w tragiczny sposób?

– Człowiek, jadąc na misje, nie zna do końca warunków, w jakie jedzie. Oczywiście, każdy kraj ma swoją specyfikę i to zagrożenie życia jest różne dla misjonarza. Ja raczej w ten sposób nie myślałem. Na bieżąco człowiek analizuje pewne rzeczy, trudności, które się pojawiają i stara się z nimi zmierzyć. Prawda jest przecież taka, że niebezpieczeństwo może człowieka dopaść w każdym miejscu, czy tu w Polsce, czy za granicą. Owszem, ze względu na biedę, na trudności socjalne Ameryka Południowa stwarza większe zagrożenie, ale pracując tam, czujemy ogromną życzliwość ludzi, szacunek do kapłana, do Kościoła. A to w pewnym sensie niweluje zagrożenia i niebezpieczeństwa. Jak mówi Słowo Boże, „i w życiu, i w śmierci należymy do Pana”, więc nie trzeba się bać.

 

Dziękuję za rozmowę.

 

Małgorzata Pabis

Aktualizacja 7 kwietnia 2015 (09:25)

NaszDziennik.pl