logo
logo

Zdjęcie: franciszkanie.pl/ -

Michał potrafił, to dlaczego ja nie mogę?

Poniedziałek, 22 czerwca 2015 (13:01)

Z misjonarzem o. Stanisławem Glistą OFMConv rozmawia Małgorzata Pabis

 

Kilka lat temu wyjechał Ojciec do pracy na misje. Dlaczego?

– W dwudziestym piątym roku kapłaństwa zdecydowałem się poprosić o pozwolenie na wyjazd na misje. Do tej pory nie myślałem o tym, mówiłem sobie: nie mam takiego powołania, ale ten rok jubileuszu kapłaństwa sprawił, że nurtowała mnie taka myśl, aby zrobić coś dobrego. Zazwyczaj jak jest jubileusz, to „adoruje” się kapłanów, jacy to cudowni, że tyle lat służą. Ja myślałem, że tyle lat Jezus ze mną wytrzymał, tyle lat zawodziłem Go, byłem niewierny, nie zawsze sprawdzałem się jako kapłan, zakonnik. Chciałem się choć trochę odwdzięczyć Jezusowi i pomyślałem, że jeśli uda mi się zrobić coś dobrego z Jego pomocą, to będę szczęśliwy. Podczas decydowania o wyjeździe na misje nie myślałem, że może być niebezpiecznie, że może być trudno – to nie było ważne. Jedyna obawa, czy zdrowotnie podołam, bo to wiek i zdrowie nie takie, choć, jak się powiada, wiek nie ma takiego znaczenia, ważne, jak się czujemy. Pojawiała się także i taka myśl: Michał [o. Michał Tomaszek – męczennik, który zginął w Pariacorto, a w grudniu zostanie ogłoszony  przez Kościół błogosławionym, był kolegą z roku o. Stanisława – przyp. MP] potrafił, to dlaczego ja nie mogę? Co do wyboru kraju, gdzie mam pojechać, to w prośbie ojcu prowincjałowi wyraziłem gotowość wyjazdu do kilku krajów, a on zaproponował wyjazd do Uzbekistanu. I tak się stało.

 

Jak wygląda dziś Ojca praca w tym kraju?

– Praca w Uzbekistanie jest bardzo ciekawa. Z jednej strony ponieważ pracuję w Taszkiencie. Jest tu największa parafia  (ok. 200 parafian), praca z ludźmi typowo duszpasterska, katechizacja, głoszenie Słowa Bożego, spowiedź, grupy parafialne, rozmowy indywidualne, spotkania z grupami (dzieci, młodzież, studenci), które przychodzą poznać Kościół katolicki itp.

Z drugiej strony parafia jest osadzona w rzeczywistości państwa, gdzie islam jest dominujący, tzw. strach przed ekstremistami powoduje, że odnoszenie do religii jest lękowe, nieufne. Wszystko pod kontrolą, nie wszystkie dzieła duszpasterskie są możliwe do realizowania – pomaganie biednym, troska o religijne wychowanie dzieci, sprawa religijnej literatury, rejestrowanie parafii itp. Rzeczywistość taszkiencka i tak jest inna, bo to stolica, lęk przed skandalami międzynarodowymi ze strony władz [i tak Uzbekistan jest na 11. miejscu, jeśli chodzi o prześladowania religijne], natomiast w innych parafiach jest to o wiele trudniejsze. Oficjalnie wszystko jest pięknie, ładnie, a tak naprawdę to najlepiej, jakby nas nie było i abyśmy nie przeszkadzali. Relacje między samymi wierzącymi są w porządku, nie ma otwartej wrogości. Jeśli coś jest, to lęk, obawa przed innością, obawa, aby nie stało się coś złego.

W tę pustkę niesamowicie wchodzi magia, zachowania magiczne, sekty itp. Bardzo popularna jest woda święcona od prawosławnych czy od nas, katolików (my nie dajemy wody święconej nieznanym nam ludziom). Muzułmanie wykorzystują ją do celów magicznych. Wielu muzułmanów ma bardzo nikłą świadomość swojej wiary (katolicy też mają z tym problem), dla wielu z nich wystarcza, że powiedzą sobie, iż „Boga mają w sercu”, a co to znaczy, to już inna pieśń. Ale islam dojrzewa. Coraz więcej młodych, mimo że kiedy są w szkołach, nie mogą iść do meczetu, to poprzez rodzinę ich świadomość jest kształtowana, rozwija się i dojrzewa. W jakim kierunku to pójdzie? Bóg wie!

 

A jak wyglądają relacje z innymi religiami?

– Relacje z prawosławnymi są delikatne i na dystans, raczej źle mówią o nas, katolikach, i nie widać woli jakiegokolwiek dialogu. Wierni prawosławni mimo to przychodzą do nas.

Trudność tego kraju to trudność poszczególnych ludzi, bieda duchowa i materialna, to nieustanna atmosfera niepewności, lęku, co będzie jutro itd. Są to często duże obciążenia psychiczne, emocjonalne, nasze wspólnoty są małe i jak się pojawiają problemy we wspólnotach parafialnych, są dość zogniskowane, bolesne i widoczne. Ludzie, którzy przychodzą do nas, są bardzo poranieni, rodziny rozbite, dzieci z domów dziecka, bieda materialna, duchowa, bardzo dużo aborcji, nastawienie roszczeniowe itp.

Praca ta, nie chcę, aby to brzmiało sloganowo, ale jest na pewno służbą, trzeba tych ludzi pokochać, polubić, aby można było pracować z nimi. Są bardzo mili, serdeczni, zasłuchani, spragnieni Boga, można z nimi pracować i jest to bardzo miłe.

 

A jak w tym wszystkim jesteście postrzegani Wy, misjonarze?

– Jak nas postrzegają? Nie wiem. Trzeba by ich zapytać. Na pewno są wdzięczni, są zapatrzeni, choćby fakt, że pojawiają się powołania, albo raczej takie pragnienia, też o czymś świadczy. Na pewno jesteśmy też przedstawicielami innego świata, nie tylko w sensie duchowym, ale także kulturowym, wielu nabiera ochoty, aby pojechać do Polski, na studia, uczyć się czy pracować.

 

Dziękuję za rozmowę.

 

Małgorzata Pabis

NaszDziennik.pl