logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Arch./ -

Ewangelia

Niedziela, 9 czerwca 2019 (09:31)

J 14,15-16.23b-26

Jezus powiedział do swoich uczniów: „Jeżeli Mnie miłujecie, będziecie zachowywać moje przykazania. Ja zaś będę prosił Ojca, a innego Parakleta da wam, aby z wami był na zawsze.

Jeśli Mnie kto miłuje, będzie zachowywał moją naukę, a Ojciec mój umiłuje go i przyjdziemy do niego, i mieszkanie u niego uczynimy. Kto nie miłuje Mnie, ten nie zachowuje słów moich. A nauka, którą słyszycie, nie jest moja, ale Tego, który Mnie posłał, Ojca.

To wam powiedziałem, przebywając wśród was. A Paraklet, Duch Święty, którego Ojciec pośle w moim imieniu, On was wszystkiego nauczy i przypomni wam wszystko, co Ja wam powiedziałem”.


 

ROZWAŻANIE

We własnym języku

„Kiedy więc powstał ów szum, zbiegli się tłumnie i zdumieli, bo każdy słyszał, jak przemawiali w jego własnym języku” – czytamy w Dziejach Apostolskich, gdzie można odnaleźć plastyczny opis Zesłania Ducha Świętego (Dz 2,6).

Bez wątpienia należy go interpretować dosłownie: bariera językowa w kulturowym, etnicznym tyglu, jaki stanowiło wówczas Cesarstwo Rzymskie (Jerozolima była jego częścią), wskutek Bożej interwencji przestała mieć znaczenie. Pan Bóg pokazał, że granice, nawet te lingwistyczne, nie mają dlań żadnego znaczenia i że do zbawienia zostali zaproszeni wszyscy bez wyjątku. Można te słowa interpretować jeszcze inaczej: na początku każdego nawrócenia, każdej drogi wiodącej do Jezusa, w każdym „przejęciu się do głębi serca” prowadzącym do nawrócenia (por. Dz 2,37) jest właśnie owo usłyszenie Ewangelii „w swoim własnym języku”. Rzecz w tym, że często pozostaje ona „obok” nas – oprócz dźwięków, całych zdań, akapitów niosących w sobie informacje, sens itd., nie ma nic. Nie porusza, nie budzi niepokoju, nie powoduje trzepotu serca. Pada na nie niczym deszcz na twardy kamień – zrasza go, ale w środku pozostaje nadal suchy.

Usłyszeć Dobrą Nowinę w swoim własnym języku to przełożyć ją na codzienność. Pozwolić, aby stała się „mieczem obosiecznym” – by raniła sumienie, ale też niosła uzdrowienie, stała się drogowskazem, niekoniecznie zawsze wyznaczającym łatwe drogi. To zaprosić Ducha Świętego, aby przyszedł dziś, jutro, za tydzień, za rok z bogactwem swoich siedmiorakich darów. Poczuć Jego siłę.

Uwierzyć, że Jego obecność to nie konwencja, niczym niepoparta teoria, ale realna moc! Że sakrament bierzmowania to nie „kwitek”, o który się zabiega, żeby się ksiądz nie czepiał, gdy przyjdzie kolej na kolejne sakramenty! Za mało w nas wiary, zbyt dużo skamienienia. W internecie swego czasu można było spotkać mem: w stylizowanym na budynek kościoła pomieszczeniu gromadka ludzi kurczowo trzyma drzwi, nie pozwalając, aby ten, kto puka (Jezus), dostał się do wnętrza. Jest jeszcze komentarz – „dymek” nad postaciami wewnątrz budowli: „Nie pozwólmy Mu wejść, bo wtedy wszystko będziemy musieli pozmieniać…”.

Słowo Boże zamknięte jest pod kloszem rutyny, przyzwyczajenia, i niewiele z niego dociera do nas. Chodzimy po tym świecie jak ślepcy, niewidomi żebrzący o przejrzenie, niepomni tego, że uzdrowienie, radość, sens są na wyciągnięcie ręki. I że każdemu z nas Bóg włożył do kieszeni bezcenny klejnot. Trzeba tylko po niego sięgnąć.

 

Ks. Paweł Siedlanowski

Aktualizacja 9 czerwca 2019 (13:15)

Nasz Dziennik