logo
logo

Zdjęcie: Arch./ -

W potrzasku antywartości

Niedziela, 15 listopada 2020 (19:24)

Z ks. dr. Andrzejem Trojanowskim TChr, egzorcystą, rektorem Misji Matki Bożej Światłości w Poczerninie, rozmawia Beata Falkowska

Proszę Księdza, protesty, które obserwowaliśmy na ulicach polskich miast, zaskoczyły wielu skalą agresji i wulgarności ze strony nastolatków, uczniów, studentów. Za każdym problemem dziecka zawsze stoją problemy dorosłych. Co się zachwiało w polskim społeczeństwie, że nasza młodzież przeklina dziś pod kościołami?

– Problemy dorosłych ujawniają się w dzieciach i młodzieży ze zwielokrotnioną siłą. W młodych ludziach dominuje zagubienie w postaci braku odniesienia do trwałych wartości, a także autorytetów. Wszystkie wartości w świecie młodych są niszczone, wywracane do góry nogami. Do ośrodka, w którym posługuję, przyjeżdżają rodzice z dziećmi wtedy, gdy dzieje się bardzo źle, gdy dzieci okaleczają się, są bardzo agresywne, a psychologowie nie są w stanie nic poradzić. Rodzice chcą wówczas sprawdzić, czy nie odgrywa tu roli pierwiastek duchowy, demoniczny. Widać, że te dzieci są całkowicie zdestabilizowane, wielokrotnie zniewolone niszczącymi trendami, które znajdują wokół siebie, bardzo często w przestrzeni internetu czy w grupie rówieśniczej. To je degraduje wewnętrznie, wiąże, zniewala, do tego stopnia, że wypierają się więzi z rodzicami, miłości, wrażliwości.

Jak refren pojawia się w rozmowach o młodych niszczący wpływ „szklanej pułapki” naszych czasów, czyli internetu, a zaraz za nim materializm i konsumpcjonizm.

– Na pewno dzisiaj potrzeba miłości jest zaspokajana niejednokrotnie przez to, co się ma. Jeśli któryś z młodych ma mniej, porównując się z tymi, którzy mają więcej, czuje się poszkodowany i z agresją występuje przeciwko rodzicom, karząc ich za to, że nie ma lepszego smartfona, bo to czyni go gorszym w oczach rówieśników, którzy oceniają się po posiadaniu rzeczy materialnych. Kilkunastolatek potrafi powiedzieć do ojca: „Nie podwoź mnie do kolegi, bo nie chcę, by on widział, jakim samochodem jeździsz”.

Kolejna rzecz to uwikłanie się młodych we wzorce, które są obecne na pierwszych stronach gazet, na portalach internetowych. To kult próżności, kult ciała, posiadania pieniędzy. Młodzi, nie mając jeszcze pojęcia, jak budować świat w sposób twórczy i uczciwy, już są pociągani przez wzorzec atrakcyjnych obrazków i celebrytów, którzy idą przez świat, mając poparcie, podziw, wszystko to, co cieszy oko i sprowadza się do zaspokajania próżnych pragnień.

Problemem, który wychodzi w wielu badaniach socjologicznych prowadzonych wśród młodych, jest brak poczucia sensu życia. Nie potrafią oni wskazać na żadne osie własnej egzystencji.

– Mamy tu do czynienia z problemem sensu ograniczonego jedynie do tego, co liczy się dla dzisiejszego świata, czyli szybkiej drogi zaspokajania swoich pragnień, czy to emocjonalnych, czy materialnych. Zarazem towarzyszy temu strach przed niemożliwością ich realizacji, bo nie każdemu to się uda, a sytuacja porażki jest dla młodych druzgocąca. Jednocześnie wielu z nich nie zdaje sobie sprawy z tego, czym jest prawdziwa porażka, bo mają przed oczami jedynie to, co nazywa się porażką w tym systemie, który został im narzucony i w którym funkcjonują.

Kult ciała, materii, młodości panuje także niepodzielnie w życiu wielu rodziców, którzy „śpiewają” na tę samą nutę, co ich dzieci – śledzą tych samych celebrytów na Instagramie, gonią za tymi samymi gadżetami. Na tej płaszczyźnie chcą też budować „fajne”, „kumplowskie” relacje z dziećmi.

– Obserwuję niszczący wzorzec rodziców, którzy mentalnie są po prostu wyrośniętymi nastolatkami i myślą tak samo, jak te dzieci, tylko że w przypadku młodszego pokolenia te problemy zagubienia, wykorzenienia są tak wielkie, że ci rodzice już sobie z tym nie radzą. To już drugie, czy nawet trzecie pokolenie rodziców, którym coś duchowo dolega, a oni nawet sami nie potrafią powiedzieć co, bo wszystko w ich życiu jest zbudowane na krótkotrwałej emocji, partnerskiej relacji, która jest niezobowiązująca, daje zawsze możliwość wycofania się. Najmniejsze trudności wprowadzają takich ludzi w stan zagubienia, prowadzą do wzajemnej agresji, awantur, ucieczki od przepracowania problemów w oparciu o wytrwałość i miłość. Każda wartość, która wymaga zaangażowania, jest dla tych rodziców nie do przyjęcia.

Zauważam również problem lęku, wycofania się i paniki rodziców wobec swoich nastolatków. Kiedy pojawiają się trudności, to rodzice rywalizują wręcz ze swoimi dziećmi. Zachowują się tak jak one, pragną zdobyć sobie to poczucie, że to oni są skrzywdzeni, że to im brakuje pozytywnych odczuć, dowartościowań za strony swoich dzieci. Po nastolatkach widać najbardziej i najgwałtowniej stan ogromnego zagubienia, w jakim się znajdujemy, a gdzie doprowadziło nas powszechne podcinanie wartości niezmiennych, nieustanowionych przez człowieka.

Jakie wartości wymieniłby tu Ksiądz w pierwszej kolejności?

– Przede wszystkim odniesienie się ludzi jako stworzenia do Boga Ojca, który widzi, co jest dla nas dobre, a co złe, który wie, po co istniejemy, dla Kogo istniejemy. Mamy do czynienia z buntem wobec sensu naszego życia, który jest nam zadany w perspektywie wieczności. Wszystko, co jest drogą do wieczności, jest dziś absolutnie zakwestionowane. Są tylko krótkie cele.

Niekiedy nawet wydają się szlachetne.

– Owszem, bo oczywiście wszędzie jest pełno propozycji pomocy, wzajemnego wsparcia, filantropii, ale za tym nie idzie motywacja, aby uobecniać miłość Jezusa, tylko żeby realizować siebie i swoje potrzeby. Nie ma dziś w ogóle przeżywanego posłuszeństwa wobec Boga. Samo to pojęcie zostało tak zohydzone, że kojarzy się powszechnie negatywnie, a to na tym posłuszeństwie zasadza się zdrowa, twórcza, wydająca owoce dobrego życia bogobojność. Postawa uniżenia w stosunku do Boga została odrzucona w imię stawiania na piedestał człowieka. To człowiek jest miarą wszystkiego aż do tego stopnia, że jest miarą religijności. To, co służy człowiekowi, w religii – wedle jego uznania – jest określane jako dobre. W pewnym liście czytaliśmy niedawno o „pozytywnych wartościach Jezusa”. Rodzą się pytania: czy pozytywne w tym rozumieniu są słowa „Jeśli się nie nawrócicie, wszyscy zginiecie”, czy może chodzi o coś innego: o wykrojenie z przesłania ewangelicznego tego, co jest postawą uniżenia wobec Boga i pozostawienie realizacji naszych ludzkich zamysłów przy pomocy Ewangelii? Wartości ewangeliczne są dziś bardzo często podporządkowywane celom doczesnym – Bóg ma zapewnić nam dobrobyt, sukces.

Głęboka choroba ducha i kryzys religijności to jądro naszych problemów z młodzieżą?

– To są nawarstwione problemy, które w układance rodzinnych problemów istnieją i zaczynają się obracać przeciwko nam, burząc taki świat, jaki znaliśmy do niedawna. Wielu słów Ewangelii nie bierzemy na poważnie, bo są rozmyte przez nasz konsumpcjonizm, wygodne szukanie siebie i tylko tym instrumentem chwytamy słowa Ewangelii – ręką, która tylko ciągnie w swoją stronę, a nie ręką, która jest skłonna posypać sobie głowę popiołem i uznać potrzebę swojego nawrócenia.

Słowem Bożym wielu zyskuje sobie przyjaciół, bo mówią „fajnie” i są „szerokim mianownikiem”. Kryterium szerokiej uniwersalności chrześcijaństwa, które ma pomieścić wszystkich, stało się dziś powszechne, odrzucane jest natomiast kryterium wąskiej drogi, która jest odpowiedzią na jasne słowo Jezusa. Jeżeli wierzący sami nie decydują się na drogę, która weryfikuje ich życie, nie poddają się weryfikacji w świetle Słowa Bożego, to cóż będziemy mieli do przekazania przyszłym pokoleniom? Po prostu lawiranctwo, na którym obecne pokolenia już płyną, i te ostatnie protesty pokazują, do czego żeśmy doprowadzili młodych, jaką zewnętrzną bazę im stworzyliśmy.

Co powiedziałby Ksiądz rodzicom, którzy nie widzą dróg dotarcia do swoich dzieci?

– Rozmawiajmy z młodymi, wysłuchajmy ich – ale trzeba mieć świadomość, że płaszczyzna rozmowy może okazać się nieskuteczna, bo dzieci są dziś bardzo sprawne w mowie, w której zatraciły kryteria fałszu i prawdy. Czasem rzeczywiście na taką rozmowę z dzieckiem jest za późno. Niech rodzice mają odwagę do rozmawiania, ale na dłuższą metę ważniejsza jest ich wewnętrzna odwaga zakotwiczenia się w wartościach, które są trwałe, które wynikają z Ewangelii. Chodzi o powrót do Jezusa, przeżyty nie w sposób instytucjonalny, nie przez fasadowe pokazywanie dziecku, że chodzę do Kościoła, ale autentyczne życie wiarą i płynącą z niej miłością, na wzór tej, o której mowa na każdej stronicy Ewangelii, której uczy nas Jezus. To miłość, która jest wierna, trwała, która stawia czoła, nie wycofuje się, która potrafi powiedzieć prawdę. Bardzo ważne jest zakorzenienie rodziców w modlitwie. Rodzice na modlitwie mogą uprosić światło, łaskę i siłę dla swoich dzieci, bo mamy zapewnienie Jezusa, że otrzymamy to, o co prosimy. Poza nawróceniem i modlitwą nie ma innych źródeł przemiany naszego życia, które byłyby żyzne i przynosiły pokarm duchowy.

Te same słowa można kierować do duszpasterzy?

– W pierwszym rzędzie do duszpasterzy. Są oni niezastąpionym wsparciem dla rodziców. Ale doszło do sytuacji, kiedy duszpasterze są wykończeni porażką na katechezie. Nastąpiło także zerwanie więzi katechetów z rodzicami i już nie ma takiej możliwości, by pójść do domu ucznia, porozmawiać, pomodlić się z rodzicami. Tyle się stało, że aby nawiązać więź z domami, trzeba na nowo wydeptać do nich ścieżki.

W dzisiejszym modelu duszpasterskim nie mieści się chodzenie do domów, poznawanie rodziców. Nikt nie ma na to czasu.

– Kontakt z rodzicami ma jeszcze miejsce jedynie w biurze parafialnym czy w szkole, co też się kończy, bo lawinowo dzieci są wypisywane z religii. Ta więź duszpasterzy z rodzicami musi być odtwarzana, i to nie poprzez realizację jakichś kurialnych listów, bo jeśli dany ksiądz nie zrobi tego z potrzeby serca, to żadne polecenia kurialne tego nie załatwią. To jedyny sposób na dotarcie do rodzin, bo widać, że wielu rodziców szuka jeszcze pomocy u księży, jeszcze jest w nich ta otwartość. Ostatnie lata pokazały, że pewne formy duszpasterstwa dzieci i młodzieży okazały się nieskuteczne także przez brak więzi duszpasterzy z rodzicami. Dotychczasowe działania duszpasterskie były również niejednokrotnie bardzo powierzchowne – szybko i „po łebkach”, nie dotykały głębi, nie przepracowywały pewnych rzeczy. Wystarczyły takie wiatry jak teraz i porwały one młodych, nastolatków, angażując w rozmaite formy wystąpień, które odciskają się na ich świadomości. Co stanie się z dziećmi, nastolatkami, które krzyczą pod kościołami, przeklinają, dewastują kościoły? Co się stanie z nimi za jakiś czas, kiedy uświadomią sobie, co wypowiedzieli? Co oni zrobią z ciężarem swojego serca? Jest to pewien proces inicjacji, zaangażowania w pewnego rodzaju zło, z bardzo ograniczoną świadomością, ale po pewnym czasie wewnętrzny głos sumienia się odezwie.

Ma Ksiądz do czynienia z ludźmi, którzy w swoim życiu na różne sposoby wyparli się Boga.

– Tak, dokonywało się to przez praktyki okultystyczne, satanistyczne, ciężkie grzechy przeciw świętości Bożej. Często dopiero po latach ci ludzie uświadamiali sobie, że takie wydarzenie z przeszłości skutkowało jakimś złem, które męczyło ich w późniejszym życiu. Owoce tego wszystkiego, co dzieje się teraz na ulicach polskich miast, mogą ukazać się dopiero po latach w ludzkich sumieniach.

Jakie środki rzeczywiście są w stanie pomóc nam w tym kryzysie? Jak uniknąć kolejnych działań pozornych, pustych frazesów?

– Cała sytuacja pokazuje w sposób dramatyczny, że przemiana świata, jeśli ma być prawdziwa – i tu powiem rzecz banalną – musi się rozpocząć od sumienia, od serca każdego z nas. Nie możemy zacząć od szukania belki w oczach innych, od wychodzenia poza nas samych. Każdy z nas ma belkę w oku. Pozwólmy naszemu sumieniu usłyszeć, co mi Bóg ma do powiedzenia, w czym ja mam się nawrócić. Od osobistego nawrócenia każdego ojca, matki, duszpasterza, biskupa zależy dziś przyszłość naszych dzieci, naszych rodzin. To jest niezastąpiony proces. Podejmujmy oczywiście także różne działania zewnętrzne, jak najbardziej, ale pamiętając, że to, co czynimy na zewnątrz, a co nie wyrasta ze stanięcia przed Bogiem w prawdzie, jest atrapą i prędzej czy później się zawali.

Dziękuję za rozmowę.

Beata Falkowska

Nasz Dziennik