logo
logo

Zdjęcie: E.Sądej/ Nasz Dziennik

Zakonnica wyrzucona z lekcji

Piątek, 30 listopada 2012 (02:08)

Podczas wizyty w partnerskiej szkole w Genewie s. Zuzanna Filipczak wraz z uczniami miała uczestniczyć w warsztatach o prawach człowieka. Została z nich jednak wykluczona ze względu na... habit. Jak usłyszała, w szkole nie wolno manifestować wiary za pomocą zewnętrznych znaków. Chyba że jest się muzułmaninem.

W rozmowie z "Naszym Dziennikiem" s. Zuzanna akcentuje swoje ogromne zaskoczenie sytuacją, z którą się zetknęła w genewskiej szkole. Jak przyznaje, gdyby nie fakt, że była uczestnikiem tych wydarzeń, historia wydałaby się jej niewiarygodna.

- Nie chciałabym oceniać tej sprawy w szerszym kontekście, ale wydaje mi się, że przynajmniej w tym miejscu, które odwiedziliśmy, sprawy zaszły za daleko - dodaje. Pytana o szczegóły odsyła do relacji z wyjazdu zamieszczonej na portalu Gosc.pl, który jako pierwszy opisał tę sprawę.

Wróćmy więc do początku. Uczniowie Zespołu Szkół Urszulańskich w Rybniku w ramach programu Comenius 11 listopada br. wyjechali z wizytą do partnerskiej szkoły w Genewie. Towarzyszyła im nauczycielka języka angielskiego oraz s. Zuzanna Filipczak, dyrektor szkoły.

Nazajutrz goście zostali oprowadzeni po placówce. Wówczas okazało się, że zakonnica nie będzie mogła wejść z grupą na lekcje. Jak jej powiedziano, w szkole nie wolno manifestować swojej wiary za pomocą zewnętrznych znaków (strój zakonny, krzyż). Siostra nie protestowała i udała się do hotelu.

Jednak po powrocie do szkoły została wezwana do gabinetu dyrektora w celu wyjaśnienia sprawy. Z jego ust usłyszała, że w prawie szwajcarskim, a szczególnie genewskim, restrykcyjnie podchodzi się do kwestii manifestowania religijności w szkole, w związku z czym zakonnica nie będzie mogła też uczestniczyć w warsztatach na temat praw człowieka.

Gość w dom...

- Słuchałam tego z szeroko otwartymi oczami. Powiedziałam temu panu: "Ja byłam rok temu w Turcji i tam byłam nastawiona na tego typu sytuacje, tymczasem nic takiego mnie nie spotkało. Przeciwnie - tam różnorodność, przynajmniej ze względu na to, że byliśmy gośćmi, była uszanowana. Mogliśmy dzielić się różnicami swojej wiary i nikt nikomu nie zaszkodził". To jest absurd, zwłaszcza w kontekście tematu praw człowieka - relacjonuje s. Zuzanna w rozmowie z portalem Gosc.pl.

Dyrektor genewskiej szkoły najwyraźniej nie był świadom, że dyrektorem rybnickiej placówki jest zakonnica. Jednak dla siostry zrobił w końcu "wyjątek" i wystarał się o pozwolenie u wyższych władz. Tyle że zakonnica, uczestnicząc w warsztatach, nie mogłaby rozmawiać z uczniami szwajcarskimi.

- Powiedziałam, że w takim razie nie chcę być niemiłym gościem, nie będę szkodzić szwajcarskim uczniom, ale muszę poinformować moich uczniów i nauczycielkę, żeby wiedzieli, dlaczego mnie z nimi nie ma. Dodałam, że moi uczniowie mają swoje poglądy i będą potrafili je jasno wypowiadać - relacjonowała s. Zuzanna.

Decyzji władz nie rozumieli polscy uczniowie, którzy poczuli się dyskryminowani. Siostra ostatecznie zrezygnowała z udziału w warsztatach, ale powód jej nieobecności wzburzył uczestników ze szkół partnerskich z Francji, Niemiec i Włoch, którzy rozważali nawet bojkot warsztatów. Spotkanie się odbyło. Jednak gdy jedna z polskich uczennic wspomniała o swojej katolickiej szkole, odebrano jej głos. Kiedy zaś uczniowie z Polski zgłosili zastrzeżenia przy temacie adopcji dzieci przez układy homoseksualne, wybuchła burza, bo przecież chodziło o prawa człowieka.

Całą sprawę próbował jeszcze załagodzić dyrektor genewskiej placówki, który listownie (na papierze firmowym z herbem Genewy - orzeł i klucz św. Piotra na tarczy - i monogramem "IHS") przeprosił siostrę, zapewniając, że szanuje jej przekonania. Ale nadal tłumaczył się obowiązującym prawem.

Niestety, pobyt w Genewie udowodnił, że prawa chrześcijan nie są traktowane na równi z prawami innych wyznań. Okazało się bowiem, że angielska grupa z muzułmańską nauczycielką i pięcioma uczennicami tego wyznania, z charakterystycznymi chustami na głowach przebywała na terenie szkoły. I nikt nie zgłaszał zastrzeżeń.

Marcin Austyn

Nasz Dziennik