logo
logo

Zdjęcie: R.Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Media to kluczowe pole walki

Czwartek, 8 listopada 2012 (02:08)

Z Massimo Introvignem, włoskim socjologiem, kierownikiem Obserwatorium Wolności Religijnej powstałego z inspiracji Benedykta XVI, rozmawia Anna Bałaban

W Europie na rogach wszystkich ulic głosi się demokrację, tolerancję i wolność. Rzecz ciekawa, coraz częściej owej tolerancji nie ma dla katolickich środków społecznego przekazu. Dlaczego, Pana zdaniem, instytucje państwowe blokują możliwość nadawania cyfrowego katolickim stacjom, jak np. Telewizji Trwam w Polsce czy Telewizji KTO we Francji?

- Myślę, że jako punkt wyjścia należałoby przyjąć jeden z wątków zawartych w encyklice "Caritas in veritate", a mianowicie ten dotyczący zdemaskowania technokracji. Gdy mówimy o technokracji, w pierwszym rzędzie myślimy o nauce, która stanęła na głowie, poszła w niewłaściwym kierunku. Mamy na myśli eutanazję, eugenikę itd. I bez wątpienia ten aspekt również trzeba wziąć pod uwagę. Ale Papież mówi nam jasno, że istnieje również technokracja mediów. Media są głównym narzędziem dyktatury relatywizmu i są nim dlatego, że skutecznie stwarzają iluzję, iż są "niezależne". Sprawiają, że w to wierzymy. Trzeba jednak zdawać sobie sprawę, że owa niezależność jest bardzo często kłamstwem. Papież pisze w encyklice: "Wydaje się absurdalne stanowisko tych, którzy uważają je [środki społecznego przekazu] za neutralne (...). Często podobne perspektywy, w których nadmiernie akcentuje się ściśle techniczną naturę mediów, faktycznie sprzyjają ich podporządkowaniu kalkulacjom ekonomicznym, zamiarom panowania na rynkach oraz - nie na ostatnim miejscu - chęci narzucenia wzorców kulturowych, odpowiadających planom władzy ideologicznej i politycznej". Zatem tak, mamy dyktaturę relatywizmu, mamy technokrację, a kluczowym narzędziem tej dyktatury są rzekomo "neutralne" media głównego nurtu, które w rzeczywistości są podległe ideologii relatywizmu i jej dyktaturze. "Dyktatura" nie jest mniej ważnym terminem. Oznacza, że technokracja nie może tolerować ważnych i cieszących się popularnością mediów, które wymykałyby się spod jej kontroli. Stąd te wszystkie działania zmierzające do stłamszenia i zlikwidowania mediów, które nie są zgodne z dominującą ideologią.

Już w 1963 r. w dekrecie "Inter mirifica" Sobór Watykański II wskazywał, że Kościołowi przysługuje naturalne prawo używania i posiadania wszelkiego rodzaju środków społecznego przekazu. Ale co z tego, że ma prawo, skoro państwo stawia mu w tym takie przeszkody?

- Trzeba sobie zdawać sprawę, że obecnie - jak czytamy również w "Caritas in veritate" - mamy do czynienia z prawdziwym polem walki, "polem walki kulturowej między absolutyzmem techniki a odpowiedzialnością moralną człowieka", między technokracją a wolnością. Nie jest to żaden przypadek, że mediom katolickim odbierana jest dziś wolność. "Ë la guerre comme á la guerre" (Na wojnie jak to na wojnie), a relatywizm doskonale zdaje sobie sprawę, że media to jest kluczowe pole walki. Problemem dla katolików jest zatem to, by powrócić do wizji dziejów takiej, jaką Papież zaproponował nam w innej wielkiej encyklice "Spe salvi" - zbyt szybko zapomnianej: wolność przeciwko ideologiom. Nie chodzi wcale o jakieś "dwuznaczności". To jest pole walki. Jednocześnie zrozumieć fakt, że mamy do czynienia z polem walki, nie oznacza jeszcze, że zwyciężymy. Ale nie można zwyciężyć, jeśli nie dostrzega się nawet, że faktycznie toczy się walka.

Czy odmowa miejsca na multipleksie katolickiej Telewizji Trwam nie jest po prostu ordynarną, bezczelną dyskryminacją katolików przez tych, którzy mają władzę?

- To nawet więcej niż dyskryminacja. Ta odmowa wpisuje się dokładnie w dyktaturę relatywizmu, która sprzyja monopolowi medialnemu i nie toleruje głosów, które wymykałyby się spod jego kontroli.

Czy zatem w Unii Europejskiej, której niedawno przyznano Pokojową Nagrodę Nobla, można rzeczywiście mówić o wolności mediów?

- Oczywiście, że nie można mówić o wolności mediów w Europie. Bo albo nieprzyznawane są częstotliwości, albo nakładane są astronomiczne podatki, albo ustanawia się specyficzne prawa pracy... Krótko mówiąc - każdy środek jest dobry, by stłumić głos mediów, które ośmielają się kontestować jedyne słuszne myślenie.

Pozostaje pytanie, co należy zrobić, żeby media katolickie mogły być obecne w przestrzeni publicznej Europy?

- Nie można - jak mi się wydaje - oddzielać problemu mediów katolickich od problemu chrystianofobii w ogólności i od przypadków dyskryminowania katolików i wszystkich tych, którzy sprzeciwiają się dyktaturze relatywizmu, m.in. w kwestii życia i rodziny. Tak jak już wspomniałem, mamy do czynienia z polem walki i musimy sobie z tego zdawać sprawę. Trzeba opracować globalną strategię. W dziedzinie mediów nie wolno nam zaniedbywać tych mniejszych środków przekazu, blogów, portali społecznościowych typu Facebook, Twitter, spotkań w regionie w niewielkich kręgach, w parafiach czy nawet domach prywatnych. Świat daje nam mnóstwo przykładów ruchów, które odniosły sukces pomimo braku mediów wielkiego formatu. Oczywiście nie wolno nam mitologizować Facebooka czy Twittera, ale prawdą jest również to, że połączenie niewielkich środków może czasami pomóc zwalczyć tych, którzy sądzą, że kontrolują wszystko, bo mają w garści media głównego nurtu.

Dziękuję za rozmowę.

Anna Bałaban

Nasz Dziennik