logo
logo

Zdjęcie: demofueralle.wordpress.com/ -

Gender na wszystkich przedmiotach

Środa, 28 czerwca 2017 (21:04)

Z Mathiasem von Gersdorffem, niemieckim obrońcą praw rodziny, rozmawia Piotr Falkowski

 

Zanim w ogóle pojawiła się ideologia gender, w niemieckiej szkole od dawna obecna była tzw. edukacja seksualna. Czy wtedy przeszło to niezauważone, zlekceważone?

– Oczywiście, że nie. Szkolna edukacja seksualna została zapoczątkowana w 1970 roku i doprowadziła do silnych kontrowersji. Jedną z pierwszych tego oznak było silne ideologiczne nacechowanie programu. Pedagogicznym punktem odniesienia była tzw. seksedukacja emancypacyjna. Jest to wytwór myślenia neomarksistowskiego. Miała ona prowadzić do wyzwolenia człowieka z „burżuazyjno-kapitalistycznych wyobrażeń moralnych”. W ten sposób miał być budowany socjalizm. A zatem seksualność stała się obszarem polityki społecznej. Ze względu na protesty z biegiem dekad roszczenia ideologiczne zostały złagodzone, lecz dla wielu edukacja seksualna w szkołach pozostaje skandalem. Obecny program nauczania tego przedmiotu kontynuuje zakorzenienie w koncepcji „emancypacyjnej”, choć nie jest to już tak oczywiste jak we wczesnych latach 70.

Kto stał za forsowaniem tych zmian?

– Nowe koncepcje w odniesieniu do seksualności pochodziły przede wszystkim z kręgu tzw. szkoły frankfurckiej oraz rewolucji 1968 roku. Przejęły też pewne elementy neomarksistowskie. Jednym z ich największych projektów była „rewolucja seksualna”: społeczeństwo powinno odrzucić „zakurzone” wyobrażenia na temat seksualności i otworzyć się na stosunki seksualne przedmałżeńskie, wolne związki i homoseksualizm. W tym duchu powstała wspomniana „seksedukacja emancypacyjna”. Dalszymi konsekwencjami rewolucji seksualnej była liberalizacja aborcji i pornografii w połowie lat 70.

Rozumiem, że to rewolucyjne myślenie zyskało szerokie uznanie. Nie było sprzeciwu, protestów?

– Tak, były. Nawet doprowadziło to do wyroków Federalnego Sądu Konstytucyjnego, które dały rodzicom prawo do sporego wpływu na realizację edukacji seksualnej. Jednak to prawo musi zostać wyegzekwowane. W każdym przypadku szkoła i rodzice muszą się porozumieć, jak dziecko ma być uczone.

Jak wygląda edukacja seksualna w niemieckiej szkole obecnie? Kto decyduje o jej kształcie?

– W Niemczech edukacja leży w stu procentach w rękach państw związkowych i rząd federalny nie ma na nią żadnego wpływu, zatem funkcjonuje wiele różnych wytycznych. Są one sformułowane dość ogólnie i konkretna implementacja mocno zależy od właściwego nauczyciela. To sprawia, że edukacja seksualna w szkole jest bardzo zróżnicowana. W „lewicowych” jest odpowiednio bardzo liberalna, a w konserwatywnych rzadko kiedy w ogóle występuje. Katastrofa jest wtedy, gdy trafia się liberalny nauczyciel edukacji seksualnej w lewicowej szkole i jeszcze zaprasza zewnętrzne siły z organizacji takich jak Pro Familia lub nawet z państwowej Federalnej Centrali Edukacji Zdrowotnej (BZGA). Co do zasady jest to możliwe tylko za zgodą rodziców, ale w praktyce konserwatystom pozostaje jedynie przeniesienie dzieci do innej szkoły. W Niemczech szerokim echem odbiła się seria przypadków pedofilii w Belgii, co przyniosło trochę uspokojenia w latach 90. i władze stały się bardziej ostrożne.

Do Polski docierały informacje, że próba wprowadzenia ideologii gender do szkół wywołała w Niemczech protesty.

– Najpierw nowy program nauczania został wprowadzony w Berlinie w 2011 roku i bezpośrednio wymagał zajęcia się homoseksualizmem, biseksualizmem i transseksualizmem. To wywołało opór. Kolejna fala protestów wybuchła w Badenii-Wirtembergii w związku z nowym planem nauczania z 2015 roku. Obecnie protesty mają miejsce w Hesji, gdzie wytyczne dla edukacji seksualnej z końca lata 2016 roku zawierały akceptację „różnorodności płciowej”. Centrala BZGA ma fatalną reputację, ale jej materiały i wskazówki dla szkół nie są obligatoryjne, gdyż podlega ona ministerstwu zdrowia, które nie ma żadnego wpływu na szkoły w poszczególnych landach. Jednak niektóre materiały BZGA są wykorzystywane na przykład przez WHO.

W jakim wymiarze i od jakiego wieku obowiązuje edukacja seksualna z elementami teorii gender?

– To trzeba oddzielić. Przedmiot edukacja seksualna (niem. Sexualkunde) dotyczy wyjaśniania różnych aspektów ludzkiej płodności. Natomiast gender jest czymś innym i jedynie nakłada się na kwestie podejmowane podczas lekcji edukacji seksualnej. Gender to filozofia, czy bardziej ideologia, utrzymująca, że płeć jest „konstruktem” kulturowo-społecznym. W związku z tym może być wiele różnych tożsamości genderowych. Papież Benedykt XVI określił gender „rewolucją antropologiczną”. Gender może pojawić się w szkole zupełnie poza zajęciami z seksedukacji i w ogóle bez związku z tym tematem. To sprawia, że starcie z ideologią gender w szkole jest o wiele trudniejsze niż z ograniczoną do jednego przedmiotu edukacją seksualną. Idea „seksualnej różnorodności” może się pojawić choćby na matematyce, na przykład w zadaniu z treścią: „Peter i Hans na swój ślub zaprosili 20 przyjaciół. Każdy ma dostać dwa kawałki tortu weselnego. Na ile części trzeba go podzielić?”. Takie przykłady są wprowadzane dosłownie wszędzie do materiałów szkolnych. Podręcznik do angielskiego, którego autor jest znany ze swojego homoseksualizmu, zawiera rysunek życia wsi, na którym widać dwie dorosłe kobiety trzymające się za ręce. Taka „edukacja genderowa” jest obecna od pierwszej klasy szkoły podstawowej.

Co jest najbardziej destrukcyjne w praktycznej realizacji edukacji seksualnej w Niemczech?

– Według mnie, edukacja seksualna jest kompletnie zła, przede wszystkim ze względu na ideologiczne zakorzenienie w neomarksistowskiej „emancypacji”, którego nie da się usunąć. Najbardziej szkodliwa forma edukacji seksualnej występuje wtedy, gdy ma ona postać jedynie edukacji antykoncepcyjnej, czyli sprowadza się do metod zapobiegania ciąży. Wówczas w praktyce te lekcje są bezwstydne, łamiące poczucie intymności i niemoralne. Trzeba tu podkreślić, że to nauczyciel, teoretycznie w konsultacji z rodzicami, decyduje, jakich używa materiałów. Są wśród nich bardzo bezpośrednie w przedstawianiu fizycznej strony seksualności i odarte z wszelkiego wstydu. Debata publiczna zazwyczaj rozpala się, kiedy ktoś znajduje takie nieprzyzwoite materiały.

To naturalna reakcja.

– Według mnie, jest to problematyczne z wielu powodów. Po pierwsze, wiele materiałów do edukacji seksualnej nie ma żadnych nieprzyzwoitych przedstawień, ale cała ich wewnętrzna ideologia jest zła. Kiedy koncentrujemy się na tych bezwstydnych obrazkach, wygląda to tak, że inne materiały są mniej lub bardziej do zaakceptowania, tymczasem to nie o to chodzi. Powtarzam: edukacja seksualna w szkole jest zła w swoich korzeniach. Po drugie, oponenci edukacji seksualnej używają wyjątkowo nieprzyzwoitych materiałów, by pokazać, jak szkoła demoralizuje uczniów. Ale te najgorsze podręczniki są rzadko wykorzystywane w szkole, więc krytycy pozwalają odnieść wrażenie, że przesadzają. A problem nie leży w obrazkach, choćby najgorszych, ale w edukacji seksualnej jako takiej. To samo dotyczy ideologii gender. To ona sama jest nie do zaakceptowania, nie zaś demoralizujące materiały używane w szkole. Chodzi o to, że aktywiści gender potrafią przystosować swoją ideologię do wrażliwości odbiorcy. Nawet samo słowo „gender” jest rzadko używane. Raczej mówi się o „różnorodności płciowej” i eliminacji dyskryminacji mniejszości seksualnych.

Dokąd to wszystko zmierza?

– Musimy mieć na uwadze, że rewolucja genderowa jest rewolucją bez zaplecza w masach. Promuje ją bardzo wąska mniejszość, która ma wielką siłę oddziaływania na elity polityczne i na media. Do tego nie wyjaśniają oni dokładnie, czym jest gender, mówią tylko, że walczą z dyskryminacją. Ale to nie jest prawda. Chodzi o wykorzystanie sfery seksualnej do narzucenia neomarksistowskiej, pogańskiej i stąd antychrześcijańskiej koncepcji człowieka sprowadzającej go do zmysłowości. Dlatego powinniśmy zwalczać tę doktrynę ze wszystkich sił.

Dziękuję za rozmowę.

Drogi Czytelniku,

zapraszamy do zakupu „Naszego Dziennika” w sklepie elektronicznym

Piotr Falkowski

Nasz Dziennik