logo
logo

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Walczmy o lepszą Polskę

Środa, 1 listopada 2017 (19:27)

Z Zofią Pilecką-Optułowicz, córką rotmistrza Witolda Pileckiego, rozmawia Małgorzata Rutkowska

Sprawy w Polsce idą w dobrym kierunku? Jak Pani, strażnik pamięci wielkiego bohatera, postrzega naszą scenę polityczną?

– Do tej pory bardzo pilnie śledziłam politykę, ale teraz z uwagi na obowiązki rodzinne nie jestem na bieżąco. Tym niemniej widzę, jakie metody stosuje opozycja, atakując rząd Beaty Szydło. Myślę jednak, że nasz Naród kieruje się zdrowym rozsądkiem. Nie można widzieć tylko złych rzeczy. To, co robimy w tej chwili, my, czyli tzw. prawica, to jest coś nadzwyczajnego. Rząd walczy z ogromną, niedobrą spuścizną po dawnych władzach. Te braki są tak wielkie, że trzeba rządzić nie jedną kadencję, ale co najmniej trzy, by uporządkować naszą rzeczywistość.

Wszystko jest ważne, gospodarka, programy społeczne, reformy ustrojowe, ale gdy nie odrodzimy ducha Narodu, próżno będziemy się trudzić?

– Dla mnie najważniejsze jest młode pokolenie, wychowanie poprzez szkoły, ale nie tylko, bo są również inne formy docierania do młodzieży. Mam stały kontakt z uczniami szkół noszących imię Witolda Pileckiego, poświęciłam się całkowicie tej misji i jestem bardzo zadowolona z ich pracy. Mój tata zawsze mówił, że młoda skorupka musi nasiąknąć wartościami od wczesnych lat życia i to potem daje efekty.

To są szkoły wyjątkowe, bo mają za patrona człowieka wyciosanego z kryształu.

– Jest w tej chwili 40 szkół Witolda Pileckiego rozsianych po całej Polsce, również w najtrudniejszych regionach dla polskości, jak Szczecińskie. Na przykład jedna z ostatnich szkół powstała w Będargowie na granicy polsko-niemieckiej. To było moje absolutne olśnienie, ta szkoła cudownie pracuje, wiele szkół, które już przyjęły imię Witolda Pileckiego, powinno do niej przyjechać na naukę.

Witold Pilecki jako patron to wielkie zobowiązanie.

– Ja zawsze mówię: opiekun i przyjaciel. „Patron” to słowo trochę trudne dla dzieci ze szkół podstawowych, bliższa jest im nazwa „przyjaciel”, bo on nigdy nie zawiedzie, przyjacielowi można się wypłakać.

W szkołach Witolda Pileckiego są oczywiście uroczyste obchody rocznic związanych z rotmistrzem, różne warsztaty, ale nie tylko. Te szkoły bardzo dbają o wychowanie na fundamencie najważniejszych wartości, od początku nauki podkreśla się obowiązki wobec Polski. Dla Ojczyzny zawsze i wszystko – pro patria semper et omnia.

Uczniowie chętnie słuchają o tacie?

– Podam gorący przykład. W poniedziałek, 23 października, spotkałam się w Warszawie z uczniami piątej klasy Szkoły Podstawowej nr 2 im. rotmistrza Witolda Pileckiego w Olsztynku. Te dzieci prawie trzy lata czekały na patrona dla swojej szkoły. Ponieważ dorośli nie mogli się porozumieć, uczniowie trzeciej klasy obrali Witolda Pileckiego tylko dla swojej klasy. Coś nieprawdopodobnego, prawda? Dzisiaj szkoła już nosi jego imię, dzieci są bardzo szczęśliwe z tego powodu. Trzeba było widzieć, jak tuliły się do mnie, jakbym była ich mamą, każdy chciał być ucałowany, wyściskany.

Jako pierwsza wolontariuszka Muzeum Żołnierzy Wyklętych i Osób Represjonowanych w PRL ma Pani prowadzić lekcje historii w tym miejscu uświęconym krwią polskich patriotów. Udało się już rozpocząć tę bezcenną formę edukacji?

– Spotkanie z uczniami z Olsztynka było właśnie tą pierwszą lekcją. Dzieci rozpoczęły swoją wizytę w muzeum od złożenia kwiatów w celi, w której więziony był Witold Pilecki. Potem zaprosiłam je na poczęstunek w sali konferencyjnej – były owoce, słodycze, napoje. Zwiedziły też mój gabinet, gdzie są m.in. wyeksponowane życzenia od uczniów szkół Witolda Pileckiego. Sala jest w trakcie organizacji. Powinnam być w muzeum przynajmniej dwa razy w tygodniu dla wszystkich, którzy chcą się ze mną spotkać, ale z uwagi na obowiązki rodzinne jest to na razie niemożliwe.

O co dzieci najczęściej pytają podczas spotkań z Panią?

– Jeżeli chodzi o uczniów szkoły podstawowej, to są to trudne pytania, przeróżne. Gdy z dyrektorem muzeum Jackiem Pawłowiczem mieliśmy spotkanie w Olsztynku, oblewaliśmy się potem, chcąc zaspokoić ciekawość dzieci. Te spotkania są dla mnie bardzo cenne. Cały czas mówię uczniom: tu nie chodzi o rotmistrza Witolda Pileckiego, waszego opiekuna, przyjaciela, ale o wartości, którymi on żył, bo i pracował dla Ojczyzny, uczył się też dla Ojczyzny, walczył dla Polski, poszedł dobrowolnie do Auschwitz dla niej, i poległ dla niej. Wartości, które reprezentuje rotmistrz, są najważniejsze, nie sam Witold Pilecki. On tylko wskazuje nam drogę, którą mamy kroczyć.

Sprostać jego wielkości? To tak jakby, mówiąc Słowackim, „zjadaczy chleba w aniołów przerobić”.

– Zbliża się 1 listopada. Tylu Żołnierzy Niezłomnych, wielkich bohaterów, jest jeszcze zagrzebanych, tyle mamy do zrobienia. Od naszej pamięci, pracy zależy, żeby chociaż postawić im krzyż tam, gdzie dziś są może tylko ich prochy. Ich ideały zawierają się w słowach „Bóg, Honor, Ojczyzna” i przyświecają nam w walce o wolną, suwerenną, bezpieczną Polskę. Niech młodzież będzie wdzięczna tym, których jeszcze dzisiaj odkopać nie można, i tym, których już odnaleziono, bo oni przekazali drogę życiową dla następnych pokoleń, dla moich dzieci i wnuków.

Jak przekuć te słowa w czyn, żeby to nie było tylko hasło?

– Przede wszystkim praca, począwszy od domu, który dziś niestety nie zawsze jest w stanie podjąć tę misję, tak jak to bywało dawniej, gdy byliśmy w niewoli. Wtedy przekaz naszej prawdziwej, wspaniałej historii koncentrował się w domu. Szkoła nie mogła tego robić, ale to, co wyrosło z domu, owocowało walką o naszą niepodległość, zwycięstwem w 1920 roku, dbałością o dobro Polski.

Dom rodzinny ukształtował Witolda Pileckiego.

– Matka Witolda to wielka patriotka, wielki nauczyciel. Moja mama też była wspaniałym pedagogiem, uczyła bardzo zaniedbane dzieci. Po wojnie nie mogła pracować w szkole, bo była wyklęta ze względu na ojca. Nie tylko on był wyklęty, wyklęta była mama, wyklęte były dzieci, czyli mój brat Andrzej i ja, potem moje dzieci, czyli wnuki Witolda i Marii Pileckich, nie mogły dostać się na studia.

1 listopada, o którym Pani wspomniała, przez tajemnicę świętych obcowania umacnia w Pani nadzieję na odnalezienie rotmistrza?

– Ja się z Witoldem Pileckim kontaktuję codziennie. Idąc spać, nie wyobrażam sobie, żeby nie przekazać tatusiowi relacji z dnia, który minął. Myślałam, że może tu, na Rakowieckiej, odnajdą się prochy ojca. Teraz, gdy znam doskonale teren więzienny, doszłam do wniosku, że egzekucja taty odbyła się na zewnątrz, przy ścianie więzienia. Więźniowie, m.in. ks. Jan Stępień, widzieli z okna, jak w dniu śmierci prowadzony przez strażników Witold Pilecki w pewnym momencie skręcił na lewo, bardzo blisko kotłowni. W ten sposób powstała legenda, że po rozstrzelaniu jego ciało zostało spalone.

Ale ta wersja się nie potwierdza?

– Odkopane szczątki na Łączce są sukcesywnie badane. Jeżeli nie znajdą kości ojca, to i tak jego prochy pozostaną w polskiej ziemi.

Którą tak ukochał, z poświęceniem podnosząc zrujnowany majątek w Sukurczach.

– Pamiętam spotkania na polach, przy krynicy, jak nazywaliśmy źródło, gdzie biła woda lecznicza, nie wolno jej było brać na zupę, tylko na okłady. Ojciec, wskazując na ziemię, dawał mi lekcje: „Popatrz, to nasza mama. Mama rodzi i ziemia też rodzi wszystko, co nam jest potrzebne, a więc zioła, owies, który potem jesz jako owsiankę. Sukieneczka, którą nosisz, jest z lnu, i serwetka, na której jesz. Wszystko, co Pan Bóg chciał nam dać, to nam dał”. Takie były lekcje tatusia.

Wiara była ważna dla rotmistrza? Wiemy, że do końca krzepił się lekturą „O naśladowaniu Chrystusa” Tomasza à Kempis.

– Nie wiem, skąd dostał ten egzemplarz, prawdopodobnie już po wyroku oddał go mamie. Powiedział wtedy: „Gdziekolwiek ty czy dzieci otworzysz, czytaj. To ci da siłę”. Tata był bardzo wierzący. Mam do tej pory medalik z Matką Bożą Ostrobramską z napisem „Zosi” i z datą chrztu. To jest ikona w naszej rodzinie, czy jakiś egzamin, czy wyjazd, to Matka Boża w tym medaliku jedzie z nami.

Wszystko, co się wiąże z wiarą, było ważne dla Witolda. Doskonale pamiętam namalowany przez tatę cudowny, wielki obraz w sypialni rodziców przedstawiający Matkę Bożą Karmiącą czy obraz Matki Bożej Nieustającej Pomocy, który do dziś wisi w kościele w Krupie. Twierdzę, że ta Matka Boża towarzyszyła tacie szczególnie w okresie 2 lat i 7 miesięcy w Auschwitz. W więzieniu też miał Ją w sercu.

 

Skąd takie przekonanie?

– Wiele lat temu opowiadał mi kolega z pracy, pan Eugeniusz Mieszkowski, który siedział na Rakowieckiej, że więźniowie, widząc od czasu do czasu ojca na spacerniaku, zwracali uwagę na jego uduchowiony, promienny wyraz twarzy. Dlatego uważam, że Matka Boża była z nim cały czas.

Żaden z oprawców Witolda Pileckiego ani nikt z sędziów, prokuratorów winnych zbrodni sądowej, nie poniósł kary. Próba naprawy sądownictwa oznacza, że odetniemy się od spuścizny PRL-owskiej?

– To są trudne sprawy w sensie mojej oceny, bo… mogę zostać uszkodzona. Raz już tak było. Dostałam w głowę kamieniem, kiedy w 1979 roku robiłam z Hanną Szczepanowską pierwszą tablicę poświęconą rotmistrzowi Pileckiemu w kościele św. Stanisława Kostki, na zewnętrznej ścianie za figurą Chrystusa Frasobliwego. Zza płotu ktoś rzucił kamieniem, dostałam w głowę, trochę mnie zabolało.

Drugi raz to było kilka lat temu, blisko mojego domu, gdy wracałam z wózkiem z zakupami. Jakieś trzy dziewczyny szły naprzeciwko, poczułam uderzenie w głowę, osunęłam się na ogrodzenie. Może ktoś chciał mnie zastraszyć…

Wracając do sądów III RP. Uczestniczyła Pani w procesie stalinowskiego prokuratora Czesława Łapińskiego, który zażądał kary śmierci dla Witolda Pileckiego. Nazwał go „wrzodem na ciele Polski Ludowej, który trzeba wyciąć”.

– To było żenujące spotkanie, dla niego chyba też. Mówił, że kazali mu wydać taki wyrok, że on nie był inicjatorem. Ktoś z ławy prokuratorskiej zapytał mnie, jakiej kary oczekuję dla oskarżonego. Odpowiedziałam, że żadnego wyroku nie feruję, dlatego że patrząc na postać oskarżonego, mam tylko uczucie litości. Oskarżony żył długo i plugawie, a mój ojciec żył krótko, ale szlachetnie.

 

Dla rotmistrza każdy człowiek był bratem.

– W ogóle kochał ludzi, miał wielki szacunek dla każdego człowieka. Gdy mama z ojcem wracali z towarzyskich spotkań, kazał wyjeżdżać wcześnie rano, bo nie chciał spotkać ludzi w polu. Jakby się wtedy czuł? Chętnie by podniósł tę osobę ciężko pracującą i jeszcze za nią wykonał jej obowiązki. Dla niego drugi człowiek był szalenie ważny. Dlaczego w powstaniu wszyscy mówili do niego „tata”? Bo był bardzo opiekuńczy. Janina Pieńkowska z Armii Krajowej opowiadała mi, jak tata, zmęczony po dniu ciężkiej pracy, przyjechał po to, by pomóc jej w jakichś pracach domowych, z którymi jako starsza osoba nie mogła sobie poradzić, np. zawiesić obraz na ścianie.

Został ochotnikiem do Auschwitz po to, by walczyć, by „jak najwięcej dodać braciom-Polakom sił do walki i jak najmniej oddać do komina krematorium istnień polskich”.

– Po to tam poszedł, przecież nie wiedział, co to jest obóz koncentracyjny. Stworzył Związek Organizacji Wojskowej, organizację, która została przyjęta przez wszystkich, wszystkie opcje polityczne podporządkowały się Witoldowi Pileckiemu. Rotmistrz pisze w swoim Raporcie, że chciałby, żeby w Sejmie polskim na wolności tak się zachowywali wspaniale, jak tu, w obliczu śmierci na co dzień, w obliczu trupów, potrafili się zjednoczyć. A my wiecznie musimy walczyć ze sobą nie wiadomo o co. Bo nie o Polskę.

 

O prywatę, o interesy, ukrywając je przewrotnie pod wzniosłymi ideami.

– Nie, to jest targowica. Politycy niech zastanowią się nad fragmentem wiersza Asnyka „Nowa szkoła historyczna”: „W pełnym świetle jej dochodzeń/ Jasną gwiazdą lśni despotyzm/ I wychodzi czysto na wierzch/ Targowicy patryjotyzm… […] Coraz śmielsze wnioski przędzie/ I, nicując dawne sądy,/ Nie powstrzyma się w zapędzie,/ Aż dowiedzie, że król Herod/ Dobroczyńcą był dla sierot”.

Prorocze. Dziś liberałowie chcą zabijać chore dzieci pod pozorem ulżenia im w cierpieniu i z litości nad matkami.

– A może to jest właśnie ktoś, kto dostał taką rolę do spełnienia w życiu, mając chore dziecko? Czy to nie jest jego droga do Nieba? W kategoriach wiary trzeba to oceniać.

Popiera więc Pani projekt ustawy eliminującej aborcję eugeniczną?

– Niech pani mnie o takie rzeczy nie pyta, to jest oczywiste. Nie ma w ogóle dyskusji na ten temat i niech nie będzie. Feministki tylko mącą ludziom w głowach, szczególnie kobietom. A dla mnie kobieta to jest coś Boskiego, bo ona przekazuje życie.

Pro-life jest szczególnie młodzież. To dla Pani źródło nadziei na zmianę złego prawa?

– Wierzę, że młodzież jest piękna, wrażliwa na te wyjątkowe wartości: Bóg, Honor, Ojczyzna. To są rzeczy tak piękne, że więcej nie potrzeba.

W roku stulecia odzyskania niepodległości obchodzić będziemy 70-lecie śmierci rotmistrza Witolda Pileckiego, rycerza wolności. Nietrudno zgadnąć, jakie jest Pani życzenie.

– Moim największym marzeniem jest otrzymać w przyszłym roku certyfikat potwierdzający, że zidentyfikowano szczątki mojego taty.

Dziękuję za rozmowę.

Drogi Czytelniku,

cały artykuł jest dostępny w wersji elektronicznej „Naszego Dziennika”.

Zapraszamy do zakupu w sklepie elektronicznym

Małgorzata Rutkowska

Nasz Dziennik